Выбрать главу

Dogonił mnie na poboczu. Chwycił w ramiona, odwrócił do siebie.

– Ależ ja… muszę jechać! Nie władam już sobą… Ja…

Dobił mnie jego błagalny wzrok. Nigdy w życiu tak jeszcze nie płakałam.

Staliśmy tak na poboczu chyba pół godziny. Obejmował mnie, ja zaś to wyrywałam się, to rzucałam mu na szyję. Postronny obserwator miałby niezłą zabawę. Nie było na szczęście żadnych świadków, oprócz dorodnego źrebca Luara i mojej kobyłki, która nie uciekła tylko dlatego, że ledwie się trzymała na nogach.

Luar drżał. Przygryzał wargi, powtarzając, że mnie kocha i do mnie wróci. W głowie miał jednak coś zupełnie innego, a ja trochę się zmuszałam, by poznać jego tajemnice. Twierdził, że nie panuje nad sobą, że źle się czuje, że przyciąga go tamta rzecz. Słowo „Amulet” nie padło. Oboje go unikaliśmy.

Słowo to całkiem znikło w mej pamięci, kiedy oboje wróciliśmy za miejską bramę tuż przed jej zamknięciem: zgoniona klacz i posiniaczona amazonka.

Żadnych innych wyjaśnień. Tylko to dziwne słowo: „Amulet”.

Flobaster chwycił za bat.

Bezwolnie poszłam za nim na tylne podwórze. Wystraszony Mucha gładził po mokrej szyi wymęczoną klacz. Z kuchennego okna gapiła się ciekawska posługaczka. W beczce pomyj ucztował wyliniały kot. Barian strofował o coś Gezinę. Gdzieś w głębi mej świadomości miotała się paniczna myśclass="underline" Nie! Flobaster nigdy mnie nie chłostał!… Moja panika była jednak jakby nieprawdziwa, leniwa, odległa i niewyraźna. Luar wyjechał. Amulet.

Flobaster tak spojrzał na służącą, że okienko zaraz opustoszało. Potem tak samo srogo popatrzył na mnie. Dzielnie zniosłam to spojrzenie. Zerwał ze mnie płaszcz. Milcząc i posapując zadarł do góry połę mokrej sukienki.

Szeroko otworzył oczy. Zachował groźny wyraz twarzy, lecz wpatrywał się w moje gołe nogi oczami wielkimi jak spodki.

Przeginając się niezgrabnie, podążyłam za jego wzrokiem. Na podwórzu było ciemno. Jedyna latarnia i rozświetlone okna rozpraszały zgęszczający się zmierzch. W tym półmroku dostrzegłam na mym ciele czarne siniaki osobliwego kształtu. Efekt amatorskiej jazdy bez siodła.

Flobaster milczał. Ja również. Czekałam na karę.

Puścił mnie. Wzdychając, zarzucił mi płaszcza na ramiona i odszedł, wlokąc koniuszek bata po rozmiękłej ziemi.

Gońcy zjawili się o świcie. Właściwie mówiąc tylko jeden młodzik w czerwono-białym, zbryzganym błotem mundurze był pełnoprawnym przedstawicielem kapitana straży. Pozostali dwaj byli jego przewodnikami i ochroniarzami.

Otworzył im służący z oczami czerwonymi z niewyspania. Młodzieniec, jak się okazało, w stopniu porucznika, zaprowadzony został prosto do pana Solla, a raczej pułkownika Solla, jak go utytułował czerwono-biały młodzieniec.

Spustoszony salon zrobił na poruczniku silne wrażenie.

Prowadzący go służący słaniał się ze zmęczenia. Kto wie, co młodzian spodziewał się zobaczyć w gabinecie Solla. Jednakże na powitanie wstał zza biurka całkowicie trzeźwy, wychudły człowiek, wpatrujący się w gościa z niechętnym napięciem. Posłaniec wystraszył się.

Egert odebrał od niego list, zapieczętowany znaną mu pieczęcią kapitana straży Jasta. Odczekał chwilę, spodziewając się u siebie oznak przejęcia. Nie doczekawszy się, rozłamał pieczęć i zaczął czytać.

Pułkownikowi Sollowi z życzeniami szczęścia i zwycięstwa. Niech jego dni…

Egert przebiegł oczami zwyczajowe pozdrowienia.

Informuję Pana Pułkownika, że po jego niespodziewanym wyjeździe garnizon stal się bezpański i nie pozostawało mi nic innego, jak przejąć komendę…

Soll skinął obojętnie głową. Dobrze. I tak uważał Jasta za swego następcę… Wszystko układa się jak najlepiej.

Jednakże coraz gorsze wieści nie pozwalają mi spać spokojnie. Niewielkie szajki rozbójników, ukrywające się dotychczas w okolicach, połączyły się w jedną silną bandę pod przewodem niejakiego Sowy. Złoczyńcy ośmielają się napadać nie tylko na samotnych podróżnych, ale też na duże karawany. Mieszkańcy okolicznych wiosek i chutorów boją się i przysyłają do nas błagalne delegacje… Nikt jednak nie ośmiela się wyruszyć z karną ekspedycją pod Pańską nieobecność… Z każdym dniem coraz gorzej. Błagam, Pułkowniku, aby wrócił Pan do garnizonu i przejął ponownie komendę…

Młody posłaniec niecierpliwie przestępował z nogi na nogę, brzęcząc ostrogami. Egert podniósł oczy. Młodzieniec patrzył nań z czcią, lecz także wyczekująco, a nawet jakby z wyrzutem.

– Przekaż kapitanowi Jastowi…

Egert westchnął, szukając odpowiednich słów.

– Przekaż kapitanowi, że wkrótce przybędę… kiedy tylko zakończę tutaj różne ważne sprawy. Niech kapitan działa na własną rękę, wierzę w jego przywódcze talenty.

Westchnął ponownie, tłumiąc mimowolne ziewnięcie.

Wstrząśnięty posłaniec patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.

Kiedyś, w dzieciństwie ciężko zachorował. Miał wtedy siedem lat i zapamiętał na całe życie gorączkowy majak, podczas którego wydało się mu, że zamiast poduszki ma worek rozgrzanych kamieni.

Potem, wraz z poceniem się przyszła ulga. W ciemności jawiły mu się dalekie zamki wśród morza, gwiazdy nad masztami statków, ryby o wielu odnóżach i ptaki z gorejącymi jak węgle ślepiami.

Obecna podróż przypominała Luarowi tamten majak. Zdawało mu się, że widzi czerwone, błyszczące jabłko z długim ogonkiem, płynące powoli z rzecznym nurtem na powierzchni wody. Chwilami wydawało się młodzieńcowi, że droga jest rzeką, unoszącą go jak owo jabłko.

Nie sprzeciwiał się nurtowi. Początkowo podróż z zamkniętymi oczyma była nawet przyjemna. O niczym nie myślał, spoglądając od czasu do czasu na śnieg topniejący na polach, cienie przepływających obłoków i stada ptaków gromadzące się na odkrytych fragmentach ziemi. Czuł w sercu spokojną pustkę. Niczego nie robił, niczego nie pragnął. Los został wyznaczony dawno i ostatecznie, choć nie wiadomo przez kogo. Luar przysiągł sobie, że kiedyś o to zapyta. Nie teraz. Teraz był pozbawiony woli. Jego zależność jest tak wielka, że niemal graniczy z całkowitą swobodą.

Dni jednak mijały jeden za drugim i z każdym kolejnym noclegiem lub rozwidleniem dróg, jego spokój topniał coraz bardziej.

Bez wątpienia cel był coraz bliżej, lecz z godziny na godzinę duszę młodzika zaczęła przepełniać niejasna pokusa. Przypominała nieco głód albo pragnienie. Czuł się jak dziecko, któremu pokazano, a potem zabrano zabawkę, trzeba więc rzucać się na ziemię, walić piąstkami i żądać… żądać…

Poganiał ciągle konia. Źrebiec chrypiał, pokryty pianą, lecz Luarowi i tak wydawało się, że jedzie zbyt wolno.

Pewnego razu, nocując w stogu siana w czyimś obejściu, poczuł pod palcami krawędź złotej płytki. Było to jak łyk wody pośrodku pustyni. Łańcuszek chłodzi szyję… Nareszcie!

Otworzył oczy. Czuł jeszcze w palcach ciężar medalionu, lecz dłonie były puste. Poczuł skurcz w żołądku.

Tarzał się po sianie, krzycząc niezrozumiale. Zbiegli się ludzie z latarniami. Słyszał poprzez szum w uszach: padaczka, padaczka… To koniec!… Rzeczywiście miotał się z pianą na wargach. Zdawał się sobie pustym workiem, przebitym przez środek szydłem. Miał ochotę wyskoczyć ze skóry.

Nad ranem oprzytomniał. Spokój jednak całkiem go opuścił, zastąpiony nieodpartym pragnieniem zdobycia medalionu. Widział go w gęstwie obłoków. Złoto błyskało na dnie potoku. Każdy napotkany człowiek zdawał się uzurpatorem, nieuprawnionym właścicielem świętości. Szukając wzrokiem złotego łańcuszka, Luar przede wszystkim przyglądał się uważnie szyi każdego człeka. Ludzie ustępowali mu z drogi, mamrocząc obronne zaklęcia, jakby mieli do czynienia z wampirem, gotowym zatopić kły w ich szyjach…