Luar skoczył do przodu jak pijak popchnięty w plecy. Na szorstkiej dłoni starego leżała złota płytka ze skomplikowanym wycięciem.
– Rdzewieje – szepnął tamten. – Jak widzisz pokrywa się rdzą.
Luar nie słyszał. Cały świat skurczył się dla niego do rozmiarów klejnotu w starczej dłoni.
Tamten uśmiechnął się lekko.
– Nie czytałeś Testamentu Pierwszego Wieszczbiarza. Dlatego nie rozumiesz…
Luar wyciągnął drżącą dłoń.
– Do czego jest ci potrzebny? – pytał starzec pozornie niewinnie. – Rzeczywiście jest ci niezbędny?
Nieuchwytny ruch dłoni.
– Nie!!! – zachłysnął się krzykiem młodzieniec.
Złoty łańcuszek błysnął w słońcu. Upragniony Amulet Wieszczbiarza frunął, podskakując, po zielonkawej powierzchni wody…
Woda go parzyła, jakby rzucił się w ogień. Muliste dno uciekło spod nóg i przez chwilę widział wodną gładź od środka: świetlista piana z kulkami pęcherzyków powietrza. A przed nim maleńka złota kometa, opadająca na dno, wlokąc za sobą błyszczący ogon.
Jego dłonie wbijały się w mętną, lodowatą ciecz. Widział tylko ich trupio blady zarys, zieloną wodę i biały piasek na dnie. Nagle zląkł się, że przeoczył miejsce, lecz medalion go wzywał. Cienka płytka sterczała na sztorc, zanurzona do połowy w mule.
Wreszcie jego wyciągnięte palce dotknęły Amuletu Wieszczbiarza.
Rozdział czwarty
Pewnego jasnego, słonecznego dnia Flobaster oświadczył, że jutro – już jutro! – opuszczamy miasto i ruszamy w drogę.
Fantin cieszył się jak dzieciak. Barian wiedział o wszystkim wcześniej, Mucha chrząknął z zadowolenia, Gezina uśmiechnęła się zagadkowo. Tylko ja pozostałam z kamiennym obliczem, jak wieśniaczka, której pokazano pana młodego dopiero na ślubie.
Wieczorem wszyscy wybrali się do tawerny pić i radować się z okazji wiosny i nadchodzących wydarzeń. Siedziałam w kącie, sącząc kwaśne wino i patrząc w stół. Tawerna była jeszcze pełna, gdy Flobaster twardo nakazał nam iść spać. Bramę miejską otwierają o samym świcie, a w daleką drogę najlepiej wybrać się w porze jutrzni.
Wlokłam się z tyłu. Flobaster także trochę zwolnił kroku. Zawołałam:
– Mistrzu Flo!
Najwyraźniej tego oczekiwał, gdyż natychmiast niespokojnie zwrócił się ku mnie. – Tak?
– Nie pojadę – oznajmiłam.
Cały wieczór miałam na końcu języka to krótkie zdanie. I cały wieczór bałam się sobie wyobrazić, jak zmieni się twarz szefa teatru. W zaułku było jednak ciemno, tak więc niczego nie zobaczyłam.
Nastąpiła długa chwila milczenia. Zmieszane razem śmiech Geziny i ochrypły bas Muchy oddalały się coraz bardziej.
– On cię porzuci – powiedział spokojnie Flobaster. – Porzuci i zapomni. Zostaniesz posługaczką w jakimś sklepie, całe życie będziesz zmywać zaplute podłogi i wysłuchiwać wyzwisk. A kiedy tłusty właściciel dopadnie cię w ciemnym składziku, będziesz wspominać swego szlachetnego rycerza i zalewać się łzami…
Zrobiło mi się zimno. Przemawiał tonem obojętnym, a zarazem z przekonaniem, niczym prorok.
– Być może wspomnisz wtedy i mnie. I wyszlochasz w mokry siennik, że stary miał jednak rację. I rzucisz się za nami w pogoń. Na próżno, Tantalo. Ponieważ czegoś takiego nigdy się nie wybacza.
Westchnął. Stałam jak skamieniała.
– Bo widzisz – dodał z uśmiechem – dwadzieścia lat temu sam mogłem zostać kupcem, obarczonym kupą dzieciaków… Talent to jednak nie byle gałgan, by uzależniać go od czyjejś łaski. Znalazł się dobry człek, który mi to wyjaśnił… Do dzisiaj jestem mu wdzięczny. Rozumiesz?
Milczałam. Wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby.
– Powiedz teraz, że żartowałaś i na tym skończymy rozmowę.
Gdzieś nad naszymi głowami poskrzypywała w ciemnościach chorągiewka od wiatru. Przeraźliwie zaskrzeczał marcowy kot, drugi mu odpowiedział. Trzasnęła okiennica i na hałaśliwe zwierzę wychluśnięto pomyje wraz z wiązką przekleństw. Potem znowu nastała cisza, przerywana tylko odgłosem strużek ściekających z dachu.
Miałam chęć zapaść się pod ziemię. Odpowiedź mogła być tylko jedna. Musiałam jednak wyobrazić sobie, jak zdołam żyć bez sceny i mojej trupy. Tak samo jednak nie mogłabym żyć bez Luara. Flobaster tego nie zrozumie. Jestem w jego oczach… wolałam o tym nie myśleć. Lepiej już umrzeć z nędzy w przytułku.
Kocia muzyka rozpoczęła się na nowo na sąsiednim dachu. Flobaster dyszał ciężko w mroku.
– Nie pojadę – powiedziałam ledwie dosłyszalnie.
Żelazna chorągiewka zaskrzypiała rozdzierająco.
– Jak chcesz – rzekł głucho Flobaster. – Żegnaj.
Odwrócił się i zniknął w ciemności.
Luar stał pośrodku placu, a wiosenny wiatr kołysał nim jak trzciną.
Czuł się jak człowiek, który wyzdrowiał po długiej chorobie. Źle wspominał drogę: towarzyszyły jej odurzenie i szał, zakończone w lodowatej wodzie. Zaraz potem znalazł się na placu z zamkniętą na głucho Wieżą Łaszą, kukłą wisielca przed gmachem sądu i z lochami pod nim, gdzie chłopak został poczęty.
Skonstatował ze zdziwieniem, że cieszy go powrót. Pogoń za medalionem wydawała mu się teraz baśnią, opowiadaną dzieciom na dobranoc.
Owa myśl wywołała drgnienie niepokoju. Sięgnął dłonią za pazuchę. Na szczęście medalion był na miejscu. Dobrze byłoby teraz położyć go sobie na dłoni i drobiazgowo obejrzeć… Nie powinien. Z jakiegoś powodu bał się oglądać publicznie swą zdobycz.
Puścił z żalem złoty łańcuszek, zwieszający się z jego szyi. Szybko otulił się płaszczem, chociaż plac wokół żył własnym życiem i nikogo nie interesowały tajemnice Luara. Ludzie handlowali i zabawiali się. Czterech lokajów w liberiach taszczyło, ciężko dysząc, niegustownie pstrokaty palankin. Wychylająca się zza zasłonki tłusta rączka skinęła na rumianą kwiaciarkę. U podnóża baszty błąkał się szalony starzec w wystrzępionych łachmanach. Dwóch gapiów, chyba ze wsi, patrzyło na niego jak na dziwowisko. Obok straganiarz przywabiał klientów, zręcznie podrzucając makowe bułeczki. Sprytny ulicznik podbił mu łokieć, chwycił lecącą na ziemię bułkę i ruszy! biegiem prosto w dziobiące okruchy stadko gołębi. Ptaki wzleciały ku niebu, łopocząc skrzydłami i masowo defekując. Mieszczanie krzywili się, oczyszczając odzież z ptasich odchodów. Luar uśmiechnął się ponuro.
Do radosnego uczucia powrotu wmieszała się swego rodzaju przykrość. Miał za sobą długą drogę, lecz teraz był znowu na jej początku. Znów znalazł się w punkcie wyjścia, jak wskazówka zegara albo szczur biegający po obwodzie drewnianego koła…
Stał teraz przed budynkiem uniwersytetu. Któryś z przechodzących studentów poznał go i pozdrowił, lecz na próżno, ponieważ Luar nie zwrócił na niego uwagi. Nie odrywał wzroku od okien biblioteki, dwóch sporych witraży, z których jeden był lekko uchylony.
Bezwiednie wsunął znów dłoń za pazuchę. Wydało mu się, że medalion pulsuje pod palcami, chociaż raczej tak pulsowała jego krew.
Nie można wciąż się oszukiwać. Nie można przestać myśleć o kobiecie… Tej, która często otwierała od środka witrażowe okno i śmiejąc się, machała ręką do chłopca, siedzącego na ojcowskich ramionach… A raczej na ramionach całkiem obcego człowieka, którego później zły los zranił do głębi serca…
Luar uśmiechnął się krzywo. Co począć. Trudno utrzymać pod koszulą rozżarzony węgielek…
Dłoń ściskająca medalion drgnęła, jak oparzona. Gorejący węgielek za pazuchą na złotym łańcuszku. Kto by pomyślał.
W gospodzie zamknął pokój na klucz, zasłonił okno, zdjął Amulet i położył na biurku pośrodku przetartego aksamitnego obicia. Płytka leżała spokojnie, połyskując mętnie złotą krawędzią. Luar uważnie obserwował zawiłe wycięcie, starając się nie zauważać przy tym ciemnych plam rdzy na powierzchni.