Выбрать главу

Wzdrygnęłam się od nieoczekiwanej urazy i natychmiast straciłam panowanie nad sobą. Poczułam ciepło rozlewające się po twarzy, uszach i szyi. Spuściłam nisko głowę, pragnąc skryć się przed wzrokiem gospodarza.

Jego dłoń spoczęła na mym karku.

– Nie ma się co mnie wstydzić…

Zamarłam, bojąc się wstrząsnąć gwałtownie głową i zrzucić jego dłoń. Westchnął, delikatnie pogładził mnie i znowu odszedł ku oknu.

Zaczął znów mówić. Przed mymi oczami jawiły się i rozpływały kolejne obrazy cudzego życia. Widziałam dwudziestoletniego Egerta, po raz pierwszy wchodzącego do gmachu uniwersytetu, dumne oblicze Torii, zatopionej we własnym bólu… Ogromnym bólu. Oboje przeszli drogę przez mękę, by odnaleźć szczęście, które następnie próbował zniszczyć Zakon Łaszą. „Koniec Czasu”, rozkopany kurhan, Czarny Mór, wezwany przez szalonych fanatyków. Nie wiadomo czemu wspomniałam akurat mego starego dziadunia, pomarszczonego i schorowanego, bez przerwy zrzędzącego na moją biedną mamę. Nagle poczułam ciarki na skórze, ponieważ słuchając Egerta, ujrzałam dziekana Łujana jakby własnymi oczami, maga, zwyciężającego zarazę za cenę własnego życia.

Egert zamilkł na chwilę. Posmutniał, przygryzając wargi. Odwrócił się do mnie gwałtownie.

– Fagirra. Tak go zwali. Próbował nakłonić mnie do zdrady. Byłem tchórzem, nie byłem w stanie sprzeciwić się siłą. Spisek mnichów sprawił, że obwiniono Łujana o wywołanie czarami zarazy. Torię uwięziono…

Zadrżałam. Mroczna izba tortur. I ten człowiek, będący prawdziwym ojcem Luara, pytający: „Gdzie to jest? Gdzie Amulet?!”.

– Amulet? – powtórzyłam machinalnie.

Soll chyba nie dosłyszał.

– Byłem świadkiem oskarżenia. A raczej mój strach. Oczekiwali, że powiem to, czego żądał Fagirra, ponieważ strach był silniejszy ode mnie. Uczynił mnie ich niewolnikiem. Fagirra dobrze o tym wiedział…

Znowu usiadł, splatając dłonie. Westchnął z wysiłkiem.

– Ale gdy ona weszła na salę sądową…

Zmrużyłam powieki. Każdy krok sprawiał ból ciała udręczonego torturami. Tłum gęsty jak błoto, nienawistne spojrzenia… Najpierw gwar, potem grobowa cisza. Podest dla świadków. Sędzia za wielkim stołem i ława oskarżonych.

Soll wciągnął głęboko powietrze.

– Ona także wiedziała. Wiedziała, że powiem „tak”. Tak, wysoki sądzie i wy, dobrzy ludzie, Łujan i jego córka wezwali Czarny Mór, byłem przy tym. Ona mi pozwoliła. Tak. Tak…

W jego oczach błysnął groźny ognik. Wstrzymałam oddech.

– Nie wiem, jak to się stało – podjął po chwili – ale powiedziałem „nie”. Nie! To kłamstwo! Nie…

Odchylił się na oparcie fotela. Potarł palcami policzek.

– W tym momencie zaklęcie ustało, Tantalo. Szrama znikła. Wszystko skończyło się… dobrze. Ponieważ… Kleszcze o ostrych szczypcach… prosto w jego pierś. Nie miałem pod ręką innej broni, on zaś miał zatruty sztylet… Zakopaliśmy go. Zapomnieliśmy.

Rozplótł dłonie. W szaroniebieskich oczach widniało zmęczenie.

– To wszystko, Tantalo. Po urodzeniu Luara… Toria długo chorowała. Długo nie mogła urodzić kolejnego dziecka, jakby konający Fagirra ją przeklął. Niemal straciliśmy nadzieję, gdy przyszła na świat Alana. Teraz już wiesz…

Odwrócił się i mówił dalej, patrząc na dzika wyszytego na gobelinie.

– Miałem dużo szczęścia w życiu, tak wiele, że obecny wyrok losu wydaje mi się niemal sprawiedliwy. Toria stała się częścią mnie i jej strata najbardziej boli. Jest jak zbezczeszczona świętość, do której nie sposób wrócić. Nikomu tego nie mówiłem, tylko teraz tobie. Nie wiesz, dlaczego?

Miałam ochotę znowu paść na kolana.

– Jest jeszcze jeden człowiek – dodał, przesuwając bezmyślnie pakami po pysku dzika – któremu mógłbym… ale to byłoby coś innego. On wie wszystko. To właśnie on naznaczył mnie szramą i rzucił klątwę… Złamał mi życie. Potem zwrócił mnie samemu.

Westchnienie.

– Boję się go jednak. Nie potrafiłbym rozmawiać z nim tak, jak dzisiaj z tobą.

– Kim on jest? – spytałam cicho.

– Nazywają go Tułaczem – odparł niechętnie Egert. – Nikt nie zna prawdziwego imienia. Jest stary. Nie jest magiem, ale…

– Potrafi rzucić klątwę?

– Tak. Nikt nie wie, kim jest. Dziekan Łujan uważał, że to on był Odźwiernym, który nie wpuścił na świat stojącej za progiem Trzeciej Siły. Kontakt z ową siłą go jednak odmienił… Ach, prawda, nie wiesz, o co chodzi… Odźwierny, Wrota… Nie wiesz nic. Ja także nie wiem wszystkiego. Raz do roku, w Dzień Wszelkiej Radości, Tułacz zjawia się w mieście. Spotykamy się w karczmie „Pod Ryjówką”. Ani razu nie odważyłem się zacząć rozmowy. Patrzymy na siebie, wypijamy po szklance wina i on wychodzi, zostawiając mnie.

Zamknął oczy, wspominając. Kąciki jego ust nieco się uniosły.

– Nie zmienił się w ciągu dwudziestu lat. Jest taki sam, odkąd go znam. Dziwne… W przypadku zwykłego człowieka. Kto go tam wie… Te jego obojętne oczy, jakby odbijała się w nich obojętność całego świata. Bezrzęse powieki. Dziwne, że interesują go jeszcze nasze, ludzkie sprawy. Zdaje się, że wszystko mu jedno. A jednak zjawia się w Dzień Radości i nigdy się jeszcze nie spóźnił.

Długą chwilę wsłuchiwaliśmy się w szum deszczu.

– Amulet – powiedział, pocierając czoło z westchnieniem. – Luar zdobył Amulet, którego tak pragnął Fagirra. Medalion był ukryty w gabinecie dziekana. Po jego śmierci Toria schowała tę rzecz bez mojej wiedzy, bym nie wygadał się podczas przesłuchania. Sama… nie wydała… tamtemu. A podczas Oblężenia… oddaliśmy medalion. Oddaliśmy Tułaczowi, bo wiedzieliśmy, że zdoła go uchronić. Widocznie Luar spotkał Tułacza, który mu oddał Amulet. To znaczy, że Luar jest nowym Wieszczbiarzem…

Mnie także przychodziła wcześniej do głowy podobna myśl, lecz dopiero wypowiedziana głośno przez Egerta, zamieniła się z domysłu w pewnik.

– I co teraz będzie? – spytałam szeptem. – On… Zdaje mi się, że coś zamierza. Postanowił: „Skoro wszyscy uważają mnie za syna Fagirry, stanę się taki, jak on… „. Co teraz będzie, panie Egercie?

Uśmiechnął się.

– Panienko, nie jestem magiem. Nie umiem przepowiadać przyszłości. Czego oczekujesz?

Zebrałam myśli.

– Chcę, żeby pan wrócił i spotkał się z Luarem. I żeby poprosił pan o wybaczenie panią Torię. Ona bardzo cierpi.

– Niczego nie zrozumiałaś – oświadczył smutno. – Według ciebie zrąbane drzewo wystarczy na powrót postawić na pniu i samo odrośnie.

Rozzłościłam się. Zdrowy rozum podpowiadał mi, że nie powinnam, lecz gniew zapanował nade mną i słowa popłynęły same.

– Pan… jest po prostu… Porzucił pan rannego. Być może śmiertelnie. Upaja się pan własnym cierpieniem… a zostawił tamtych samym sobie. Nic tego nie usprawiedliwia. Porzucił pan Torię akurat wtedy, gdy potrzebowała…

– Zamilcz – powiedział tak zimnym tonem, że dalsze słowa uwięzły mi w gardle.

Zapomniałam, z kim rozmawiam. Kogo ośmielam się pouczać. Strzeżcie Niebiosa przed wszelkimi związkami z pułkownikiem Sollem.

Wcisnęłam głowę w ramiona, patrząc w podłogę i smętnie dumając, że nadszedł koniec mojej misji, która się pozornie powiodła. Będę teraz musiała udać się w drogę powrotną z „prychaniem”, deszczami i nocnym chłodem, by zamiast Luara spotkać młodego Fagirrę, a wtedy pozostanie już tylko milcząc zejść mu z drogi.

Za oknem zaczął się zmierzch. W półmroku pokoju dostrzegałam tylko nieruchomą sylwetkę Egerta. Tak nam minęła co najmniej godzina. Siedział jak posąg, ja zaś nie wstałam i nie odeszłam.

– A co z twoim teatrem? – spytał nagle z cicha. – Nie wyobrażam go sobie bez ciebie.