Выбрать главу

Nie odpowiedziałam. Zaschło mi w gardle.

– To z powodu Luara? – zapytał wciąż cicho.

Kiwnęłam głową, z nadzieją, że w ciemności tego nie zauważy. Zauważył.

– Na zawsze?

– Panie Egercie – szepnęłam – pójdę już sobie. Proszę wybaczyć… Pójdę.

Wstał, podszedł do biurka i zapalił świecę. Płomień oświetlił najpierw dłonie, potem twarz, zdumiewająco spokojną, niemal obojętną. Zerwałam się, obciągając suknię.

– To już pójdę?

– Siadaj – rzucił, nie odwracając się.

Wystraszyłam się.

– Tantalo – poprosił, wpatrując się w płomyk – opowiedz teraz o sobie.

Długo się męczyłam, próbując oddzielić bajki od faktów. Co chwila mamrotałam: „To wszystko”. Nie mogłam pojąć, że mogło go interesować wszystko, co mnie dotyczy. W końcu coś we mnie pękło i w całej pełni odpłaciłam mu za szczerość, przeżywając od nowa dzieciństwo, przytułek, spotkanie z Flobasterem, potem z Luarem… Opowiedziałam mu o naszej pierwszej nocy na wozie i o gospodzie „Miedziana Brama”, żeby wszystko zrozumiał. Tym razem nie pomijałam niczego, mówiłam o rzeczach najbardziej wstydliwych i ukrytych, upajałam się własną spowiedzią jak podróżnik na pustyni wodą z oazy. Pierwszy raz w życiu zrozumiałam dziewczynki z sierocińca, które tak lubiły opowiadać mi z płaczem historię swego życia…

– Tak – powiedział, gdy skończyłam. – A mnie się zdawało, że minęło tak mało czasu… od chwili, gdy wyjaśniłem Luarowi na czym polega różnica między mężczyzną a kobietą.

Uśmiechnął się i długo spoglądał wyczekująco w me oczy, aż do chwili, kiedy także się uśmiechnęłam.

– Jesteś wspaniałą dziewczyną, Tantalo. Jaka szkoda, że wszystko tak źle poszło. Szkoda…

Gdzieś na dole trzasnęły drzwi i rozległy się liczne głosy. Drgnęłam mimo woli. Służący zastukał cicho.

– Jaśnie panie… Posłańcy… Znowu strażnicy domagają się…

Uśmiech zgasł na twarzy Egerta, w jednej chwili jakby się postarzał i przygarbił. Odwrócił się do ciemnego okna.

– Panie Egercie – rzekłam tak przekonująco, jak umiałam – proszę jechać… Boję się wracać sama…

Ten argument przyszedł mi do głowy w ostatniej chwili. Uradowana, powtórzyłam z naciskiem:

– Tak, boję się! Na drogach pełno zbójców. Panie Egercie…

Lokaj wsunął w szparę drzwi oblicze i dłoń ze świecą.

– Prosić, jaśnie panie?

Egert odwrócił się do mnie powoli.

– Zaczekaj chwilę, Tantalo… Wyjdź, proszę.

Odprowadzana przez sługę, słyszałam wzburzone głosy gońców, czekających w przedsionku. Potem usłyszałam kroki na schodach i brzęk ostróg. Znalazłam się w małym pokoju gościnnym, gdzie służący przyniósł kolację.

Nad wejściem piekarni wisiał gliniany bochenek z wbitym weń wielkim drewnianym nożem. Luar odczekał, aż opuszczą sklep klienci, po czym wszedł do środka. Za ladą stał mały chłopiec, około dwunastoletni. Ujrzawszy Luara uśmiechnął się profesjonalnie i szczerze zarazem.

– Czego pan sobie życzy? Bułki, precle, ciepły chleb…

Luar zawahał się, nie zamierzał bowiem kupować wcale pieczywa. Już chciał wyjść, lecz przemożne uczucie, które kazało mu zaczepić szalonego starca pod mostem, wciąż miało nad nim władzę.

– Chcę rozmawiać z panem Traktanem – oznajmił.

Chłopczyk zmieszał się, zmierzył wzrokiem młodzieńca i wzruszył ramionami.

– Tutaj jest tylko pan Aktan… Może pan pomylił nazwisko?

– Tak – odparł Luar po chwili namysłu – pomyliłem się.

Chłopiec wymamrotał przeprosiny i pobiegł do piekarni na zapleczu.

– Dziadku! – dobiegł jego głos. – Tam… ktoś do ciebie… nie wiem, kto…

Do sklepu weszła kolejna klientka, wyglądająca na stałą. Chłopczyk zaraz ją obsłużył. Tymczasem w drzwiach na zapleczu stanął potężnie zbudowany, rumiany jak kołacz starszy mężczyzna w umączonym fartuchu.

– E… Kto, chłopcze?

Malec wskazał na Luara. Piekarz spojrzał ze zdziwieniem na nieznajomego młodzieńca.

– E… Przepraszam, młody człowieku. Ciasto nam rośnie i nie będzie czekać… Czym mogę…

Luara nagle olśniło.

– Witaj, bracie Traktanie – powiedział szeptem, obserwując potem, jak rumieńce znikają z policzków tamtego i bieleją jak posypane mąką.

Klientka wyszła tymczasem z pełnym koszykiem, a chłopczyk spojrzał na dziadka ze zdziwieniem i niepokojem. Luar czekał. W końcu piekarz zdołał zaczerpnąć powietrza, niczym złowiona ryba.

– Ja…

– Nie jestem wrogiem – oznajmił chłodno Luar. – Chcę tylko porozmawiać.

Tamten otarł nerwowo dłonie o fartuch. Zrobił to dwa razy, jakby chciał zetrzeć dowody zbrodni. Opamiętawszy się, rozejrzał się nerwowo po sklepie i skinął na intruza, mamrocząc pod nosem.

– Tak… Proszę za mną.

Wąski korytarzyk wypełniony był gęstym, upajającym aromatem chleba. Nad krawędzią wielkiej kadzi unosiło się białe jak pierzyna chlebowe ciasto. Piekarz zatrzymał się, najwidoczniej nie wiedząc, dokąd iść dalej. Znów wytarł dłonie w fartuch.

– Skąd pan…

– Nieważne – osadził go młodzieniec. – Chociaż… niech mi się pan przyjrzy uważnie.

Tamten przymrużył powieki, przybliżając załzawione oczy do twarzy młodzieńca. W korytarzu było ciemnawo, toteż upłynęła dłuższa chwila, nim piekarz odskoczył drżący. Na jego czole pojawiły się grube krople potu. Luar poczuł coś na kształt rozczarowania. Tak jakby w głębi duszy żywił nadzieję, że były brat Traktan jednak go nie rozpozna.

– Kim… pan jest? – wykrztusił z trudem tamten.

– Jego synem – oświadczył obojętnie. – Mam parę pytań.

Piekarz zgarbił się. Fartuch już dawno zamienił się w jego dłoniach w zmiętą, brudną szmatę.

– Myślałem… że nigdy więcej… Jestem starym człowiekiem. Mam rodzinę! Dzieci, wnuki… Dawno zmieniłem nazwisko. Myślałem, że wszystko skończone… Czym zawiniłem?

– Niczym.

Piekarz drżał nadal.

– Przez te wszystkie lata… Tak, ocalałem. Chociaż chodziłem z braćmi na wzgórze… Nie wiedziałem, o co chodziło… Myślałem, że Łasz…

Zatkał sobie usta i rozejrzał lękliwie na boki. Ze sklepu słychać było głosik malca, witającego nowego klienta.

– Kto wydał rozkaz? – łagodnie spytał Luar. – Kto wam kazał rozkopać kurhan? Mistrz? Czy Fagirra?

Tamten zatrząsł się na całym ciele.

– Nie było rozkazu… tylko wola Łaszą. Nie dopuścili mnie do sekretu… Nie byłem wtajemniczony. Po co panu to wiedzieć?!

– Tylu ludzi umarło – stwierdził w zadumie młodzieniec.

Piekarz znów się rozejrzał, załamując prosząco ręce.

– Niech pan posłucha… Proszę iść. Ja niczego nie wiem, chciałem o tym zapomnieć. Nie jestem winien, rozumie pan? W baszcie też umierali… Ja też mogłem umrzeć, lecz Niebo zrządziło inaczej. Moje wnuki nie wiedzą… Kim pan jest, żeby przychodzić tutaj i…

Zaciął się. Luar uśmiechnął się cierpko.

– Jestem jego synem, pamięta pan?

Piekarz zmiękł jak balon, z którego wypuszczono powietrze. Zaszeptał błagalnie:

– Niech pan odejdzie. Niczego nie wiem.

Luar stał jeszcze chwilę, lustrując wzrokiem postarzałe, pomarszczone oblicze. Potem pożegnał się z westchnieniem i wyszedł, skinąwszy po drodze głową zdziwionemu chłopczykowi.

Idąc niespiesznie ulicą, nie zdążył dotrzeć do gospody, gdy tłuste ciało piekarza zadyndało na rzemiennej pętli w zamkniętej komórce.

Przebywałam już pięć dni w domu Solla i przez cały ten czas nie powiedział mi „tak” ani „nie”. Nie zgodził się wracać ze mną do Luara, ale też nie odmówił. Straciłam wiarę.

Pułkownik znajdował się w stanie sennego otępienia. Jego zewnętrzna powłoka wyglądała przez okno, błądząc wzrokiem po ulicach, lecz dusza przebywała gdzieś na niedostępnych wyżynach, tam zaś panowały głucha cisza, spokój i obojętność. Jak to powiedział o Tułaczu? „Obojętność całego świata”. Zrozumiałam, słuchając jego roztargnionych odpowiedzi, że któryś z kolejnych posłańców (bo wiedziałam, że nie było to pierwsze poselstwo) nazwał go w oczy tchórzem, czym tylko go rozbawił. Tak się wyraził: „rozbawił mnie”. Wiedziałam, że niczego nie udaje i nie pozuje.