Выбрать главу

Kałamarz wskoczył z powrotem na biurko. Miedziane wieczko na zawiasie zamknęło się z brzękiem. Nie wiedzieć czemu Luar poczuł się źle.

Nieco odsunął ciężką zasłonę i stał długo u okna, nadstawiając twarz gorącym promieniom słonecznym. Uniwersytet dawno opustoszał, studenci rozjechali się na wakacje. Tylko stary woźny uniwersytecki w żaden sposób nie może pogodzić się z tym, że gabinet dziekana stał się miejscem zamieszkania jego wnuka.

Trzeba zjeść śniadanie. Tym razem miał przygotowany chleb i pieczone udko kurczęcia. Kiedy jednak rozwinął węzełek z jedzeniem, stwierdził, że nie jest głodny.

Zachmurzony, długo zastanawiał się, kiedy ostatni raz odczuwał głód albo pragnienie. Nie mógł sobie przypomnieć. To go jednak uspokoiło i skłoniło, by zabrał się do jedzenia.

Spełnienie pragnień dostarcza zadowolenia, pomyślał, wycierając dłonie serwetką. Gorzej, gdy już się niczego nie pragnie. Nie czujesz głodu ani tym bardziej rozkoszy nasycenia, niczego nie chcesz, stępił się nawet głód wiedzy. Jada teraz z przymusem, to samo z czytaniem. Wkrótce dojdzie do wniosku, że żyje także z przymusu, z przyzwyczajenia, wstydząc się przeszłości i obawiając przyszłości.

Pośrodku gabinetu znajdowała się srebrna czara wypełniona wodą. Luar wyciągnął ku niej dłoń w zamyśleniu. Ile trudu kosztowało stworzenie Wodnego Zwierciadła. Dotarł do pięciu źródeł z pięcioma menażkami, dwa dni ćwiczył zaklęcie i zdążył dziesięć razy załamać się, a potem wziąć w garść, nim tafla wody pociemniała i pojawiły się na niej cienie…

Uderzył wtedy dłonią wodę ze wszystkich sił. Teraz czasza jest bezużyteczna, a zwierciadło ślepe.

Podniósł z podłogi kawałek papieru i złożył z niego stateczek. Krawędzie powinny idealnie do siebie pasować, inaczej wyjdzie krzywo. Och, jak matka na niego kiedyś krzyczała: papier nie jest po to, dlaczego zmarnowałeś całą kartkę, więcej tak nie rób…

Dlaczego zniszczył swoje Zwierciadło? Bał się, wstydził, a może nie było na co patrzeć?

Niebiosa, jak chciałby zobaczyć matkę. I Tantale. Siostrę. Naprawdę tego chciał, więc czemu?…

Magiczne księgi straszyły się srogimi grzbietami. Szczerzył się wypchany szczur, skuty łańcuchem. Cały gabinet spoglądał nań pytająco, jak sędzia albo egzaminator.

„Nie pali się – stwierdził Luar. – Myślałem, że magia mi pomoże. Banialuki, jak mawiała moja stara niania. Banialukami okazały się moje nadzieje. Taki ze mnie mag, jak z tego wypchanego szczura. Oczywiście, mógłbym pokazywać sztuczki na jarmarkach: wtłaczać z powrotem do kałamarza rozlany atrament… Stworzyć zwierciadło w zwykłej filiżance, a potem dręczyć się, przedwcześnie bojąc się, co mi pokaże… „

Wyrodku, powiedział z wyrzutem szczur. Nie powinieneś był się narodzić. Zająłeś miejsce ich prawowitego syna, syna Egerta i Torii, który byłby dobrym chłopcem, przynoszącym szczęście. Wygnałeś go z tego świata, zabiłeś samym faktem swego urodzenia. Ciąży na tobie stygmat przekleństwa. Dlatego Tantala cię wyklęła. Nawet rodzona matka się ciebie wyrzekła: a jak miała postąpić z odmieńcem, który zajął miejsce prawowitego potomka?! Fagirra leży w ziemi. Pochowali go z kleszczami wbitymi w pierś. To samo szykują dla ciebie. Dobiorą się jeszcze do ciebie, skarbie, i dobrze zrobią. Uczyni to ten sam dobry wujek, który nauczył cię składać stateczki, nosił cię na barana i uczył szermierki, ten, którego nazywałeś tatą…

Luar wyciągnął powoli rękę.

Palce naprężyły się i zadrżały. Z ich koniuszków wyskoczył biały, ulotny ognik, który uderzył wyszczerzony pysk szczura.

Przez gabinet przeleciał powiew wiatru. Gdzieś trzasnęła okiennica, zadźwięczało szkło, zawył pies. Luarowi wydało się, że wypchany stwór łypnął nań z niesamowitą złością. Zaraz potem zadzwonił łańcuch, a potworek okazał się tylko pustą wyprawioną skórą.

Luar siadł na podłodze. Dłonie mu drżały. Zrozumiał coś znacznie gorszego. Nie rozmawiał przecież z wypchanym szczurem, tylko sam sobie wywalił szczerą prawdę. Przynajmniej większość. Któż wie, ile lat temu zdechło zwierzątko, on zaś zabił je dziś ponownie, tym razem na dobre.

Skóra kukły trzaskała i zwijała się jak od ognia. Po chwili w zwojach łańcucha leżała kupka popiołu. Za oknem zbierało się na burzę, szybciej, niż powinno.

Jesteś mocny, powiedział z szacunkiem Fagirra.

Jestem słaby, pomyślał Luar. Żałosny. Nigdzie nie ma dla mnie miejsca…

„Nie na tym świecie… „.

Za oknem błysnęła sina błyskawica. Grom uderzył głucho z pewnym opóźnieniem, jakby drewniany chodak niezdarnego gospodarza uderzał w to miejsce, gdzie jeszcze przed sekundą był karaluch.

„Nie na tym świecie, lecz może… „.

O szyby zadzwonił deszcz, w jednej chwili zmieniając się w ulewę.

Dlaczego nie chcesz być magiem, zdziwił się Fagirra.

Luar podszedł ku oknu i rozciągnął zasłony. Świat za szybą tonął w szarym odmęcie. Najwyższy czas zasiąść przy ogniu, przytulić się do ciepłego ojcowskiego boku i posłuchać opowieści o wspaniałych zwycięstwach, bojach i wyprawach, zacnym orężu i pokonanych wrogach…

Dłoń Luara odszukała medalion na piersi.

Piorun błysnął jednocześnie z grzmotem i młodzieniec ujrzał na niebie siną siatkę żył. W świetle następnej błyskawicy zobaczył Amulet na swojej dłoni. Niemal całkowicie pokryty rdzą.

Kolejne wyładowanie oglądał przez wycięcie. Grom ogłuszył go jak uderzenie pałką.

Człowiek siedział przy klawesynie. Palce spoczywały nieruchomo na klawiszach, a jednak słychać było muzykę. Stara piosnka pastusza, grana niby triumfalny hymn.

– Odejdź – powiedział z krzywym uśmieszkiem tamten – i zostaw mnie w spokoju.

Jedno jego oko spoglądało z ponurą ironią, drugie, martwe, wydawało się szklane. Muzyka ucichła. Tamten bębnił w klawisze długimi, suchymi palcami, wydając monotonne, jednostajne dźwięki.

– Zapytaj go – wymamrotał przechylając w roztargnieniu głowę na ramię. – Powinien wiedzieć… Ma większą moc, ponieważ ciągle żyje. Chociaż trudno to oceniać… Hm… Za wcześnie, czy zbyt późno… Ja mam to już za sobą.

Uderzył mocno w klawisze, wydobywając dziwaczny akord, pełen dysonansów.

– Kim pan jest? – spytał Luar, nie słysząc własnego głosu.

Człowiek za klawesynem wzruszył ramionami.

– Dlaczego odwrócili jego imię… i dali tobie. Wypowiedz od końca…

Zamknął szybko wieko instrumentu i wsparł się na nim łokciami.

Luar cofnął się przed przenikliwym spojrzeniem jednego oka.

Nieznajomy westchnął.

– Nie gniewaj się… ale jeśli wytarzasz wronę w mące i tak nie stanie się łabędziem, prawda?

– Tak – przyznał Luar.

Nieznajomy uśmiechnął się.

– Czy niebo pokryte jest skórą? Niebieską skórą? Spływa z niej krwawa posoka? Co mówią zakurzone księgi? Wiem, dlaczego… Tamten jednak się nie odważył.

Pokiwał głową ze smutkiem.

– Pójdę – szepnął Luar.

– A kto cię zatrzymuje – mruknął tamten z roztargnieniem, znowu otwierając wieko klawesynu.

Za plecami miał ogromne lustro, sięgające sufitu. Odbijał się w nim poważny, czarnowłosy mężczyzna, ze smutnymi, niemal psimi oczami.

– Tylko zapal świece – przypomniał człowiek za klawesynem.

Znowu zabrzmiała pastusza śpiewka, tym razem grana niczym marsz pogrzebowy.

Luar otworzył oczy.

W gabinecie było ciemno, za oknem padał deszcz. Na biurku płonęła świeca, która wzięła się nie wiadomo skąd.

W połowie dnia wszyscy mieszczanie porzucili swe zwykłe zajęcia, prace i miłostki. Niedojedzone obiady stygły na stołach. Wstrząsająca wieść wygnała na ulice kupców i szwaczki, studentów i rzeźników, plebejuszy i arystokratów, dorosłych, dzieci i staruszków. Ogromny tłum płynął w stronę bramy miejskiej. Strażnicy wiele razy musieli odpychać lud drzewcami kopii, żeby utrzymać względny porządek.