– Nadal żyje – powiedziała. – Czeka na ciebie – dodała, zwracając się do Flanny. Potem skierowała spojrzenie brązowych oczu na syna i natychmiast czule się uśmiechnęła.
– Pójdę do niego od razu – powiedziała Flanna i wybiegła z sali.
Gdy weszła do sypialni ojca, zastała tam swoją szwagierkę, Ailis.
– Witaj, Ailis – powiedziała.
– Przyjechałaś wreszcie do domu – zauważyła szwagierka kwaśno.
– Najszybciej, jak tylko byłam w stanie – zapewniła ją Flanna.
– Dziewczyno! – zawołał chrapliwie Lachlann.
– Jestem, papo – odparła Flanna, podchodząc do łóżka.
– Wyjdź! – polecił starzec Ailis, ta zaś spojrzała na niego gniewnie, jakby zamierzała wygłosić jedną ze swoich tyrad.
– Myślę, że ojciec chce porozmawiać ze mną sam na sam, Ailis – wtrąciła szybko Flanna.
– Wiem, że nie będziesz miała nic przeciwko temu, no i z pewnością przyda ci się trochę odpoczynku. Wyobrażam sobie, jakie to trudne, opiekować się nim przez cały czas!
Uśmiechnęła się do szwagierki przyjaźnie i uścisnęła ją za ramię.
Ku zaskoczeniu Flanny Ailis odpowiedziała uśmiechem.
– Rzeczywiście – przytaknęła. – Dobrze byłoby też coś zjeść.
– Zostanę z nim, póki ktoś mnie nie zmieni – obiecała Flanna.
– Dziękuję – odparła Ailis, wychodząc.
– Złagodniałaś – zauważył Lachlann.
– Nie, lecz nauczyłam się radzić sobie z innymi, zwłaszcza tymi, którzy stoją niżej ode mnie – odparła Flanna szczerze. – Naprawdę umierasz, papo, czy to tylko pretekst, by wszyscy wokół ciebie skakali?
Starzec zarechotał, lecz zaraz spoważniał.
– Umieram – powiedział. – Gdyby było inaczej, nie posłałbym po ciebie Aulaya. Musimy zakończyć pewne sprawy, ty i ja.
– Chodzi o własność Meg Gordon? – spytała Flanna otwarcie.
Lachlann skinął głową.
– Nie mógłbym spojrzeć w oczy twej matce, gdybym nie przekazał ci tej sakiewki. Choć wolałbym, aby została w Killiecairn, wiem, że to nie nasza własność, lecz twoja.
– Nadal spoczywa ukryta pod kamieniem w kominku? – spytała.
– Kto ci powiedział? No tak, oczywiście, Angus. Flanna potrząsnęła głową.
– Nie Angus, lecz Aggie. Mama rozmawiała z nią przed śmiercią.
– Czy Aggie z tobą przyjechała? – Nie.
– Jest moją wnuczką – zauważył melancholijnie.
– To prawda, powiedziała jednak, że skoro ty nigdy się tym nie przejmowałeś, to czemu ona miałaby? – odparła Flanna szczerze.
Lachlann potrząsnął siwą głową.
– Ma rację – powiedział – ale to bardziej w stylu Brodiech, niż chciałaby przyznać.
Roześmiał się, lecz złapał go atak kaszlu. Flanna otoczyła ojca ramieniem i przysunęła mu do ust mały kubek.
– Pij – powiedziała, a on posłuchał, połykając łapczywie płyn. Gdy kaszel ucichł, poczuła w jego oddechu zapach whiskey.
– Wyjmij sakiewkę – powiedział, opadając znów na poduszki. – I ukryj ją, by tamci nie zobaczyli.
Flanna podeszła do paleniska, po czym, kierując się wskazówkami ojca, wyjęła obluzowany kamień i ukrytą pod nim sakiewkę. Zajrzała do środka i zobaczyła stosik biżuterii. Zacisnęła na powrót mocno tasiemki i wepchnęła sakiewkę do kieszeni bryczesów.
– Moje sumienie jest teraz czyste – oznajmił spokojnie Lachlann.
– Chcesz powiedzieć, że obciążało je tylko to jedno, papo? – zapytała żartobliwie.
Starzec zarechotał znowu, a jego oczy szelmowsko zabłysły.
– Będziesz musiał naznaczyć Aulaya na swojego następcę – powiedziała.
– Jest najstarszy – odparł.
– To nie wystarczy. Jeśli nie sprowadzisz ich tutaj: synów, synowe i wnuki, i nie powiesz wprost, że Aulay jest teraz przywódcą Brodiech z Killiecairn, będą się kłócili, nawet zdając sobie sprawę, że nie mają racji. Nie obciążaj Aulaya takim problemem. Był dobrym synem, a Una prowadziła ci gospodarstwo, odkąd zmarła moja matka. Zmuś ich, by przysięgli, że zaakceptują twoją wolę. Aulay to dobry, przyzwoity człowiek i nie przyniesie nazwisku Brodiech wstydu.
– Nie sądziłem, że doczekam dnia, kiedy ujmiesz się za Aulayem, Flanno – zauważył Lachlann.
– Nauczyłam się w Glenkirk, jak ważne jest właściwe przywództwo – przyznała Flanna.
– Powiedz im, by tu przyszli – polecił.
– Teraz? – spytała, zaskoczona.
– Tak, teraz. Nie dożyję ranka, Flanno. Czekałem na ciebie, aby gdy spotkam się znów z twoją mamą, móc jej powiedzieć, że jesteś szczęśliwa. A jesteś?
– Tak, papo, bardzo.
– Nie dałaś jeszcze Lesliem dziedzica – zatroskał się.
– Późnym latem – odparła. – Mówię ci to jako pierwszemu i proszę, byś zachował tę nowinę dla siebie, inaczej Patrick przygna tu z Glenkirk, zabierze mnie do domu i nie pozwoli się ruszyć. Jestem silną dziewczyną i dam Patrickowi zdrowe dzieci, ale nie życzę sobie, by mnie zamknięto.
– Zabiorę do grobu swój cudowny sekret, lecz zdradzę go twojej matce. Na pewno się ucieszy. A teraz idź, powiedz wszystkim, że chcę ich widzieć.
Co, u licha, skłoniło ją, aby zwierzyć się ojcu, choć sama przed sobą nie odważyła się jeszcze przyznać, że naprawdę spodziewa się dziecka? Zamyślona, zeszła do wielkiej sali i oznajmiła:
– Chce widzieć nas wszystkich: synów, ich żony i wnuki. Nie pomieścimy się w sypialni, synowie i żony wejdą zatem pierwsze.
Odwróciła się i ruszyła na górę wąskimi schodami.
Zgromadzili się dookoła dębowego łoża. Aksamitne zasłony wokół niego wydały się Flannie brudne i spłowiałe, a twarze braci zniszczone. Nie byli już młodzi. Aulay liczył sobie pięćdziesiąt dziewięć lat i sam zbliżał się do starości. Następny był Callum, lat pięćdziesiąt osiem, po nim Gillies, lat pięćdziesiąt sześć, Ranald – pięćdziesiąt cztery, Simon – pięćdziesiąt dwa i najmłodszy, Bhaltair, “zaledwie” pięćdziesięcioletni. Razem spłodzili trzydzieścioro siedmioro dzieci, które też miały już potomstwo. Ponieważ wśród wnuków Lachlanna było zaledwie siedem dziewcząt, do tego dawno zamężnych, w Killiecairn mieszkało obecnie ponad sto osób. Dziewczęta z rodziny, gdzie przychodziło na świat tylu chłopców, były cenione jako kandydatki na żony, i to pomimo niewielkich posagów. Wszystkie wyszły dobrze za mąż i udowodniły swoją przydatność, rodząc synów.
Lachlann Brodie otworzył oczy i spojrzał na zgromadzoną rodzinę.
– Umrę jeszcze tej nocy – powiedział. Milczeli, bojąc się przerwać starcowi. Może i umierał, jednak laska, którą zwykł nosić przy sobie w ostatnich latach życia, nadal leżała u jego boku, z pewnością starczyłoby mu też siły, by kogoś nią obić. Czekali zatem z szacunkiem, aby usłyszeć, co powie. Za wąskim oknem sypialni zaczynało mocno wiać, a o szyby uderzyły pierwsze krople deszczu. Płonące polana zatrzeszczały, gdy poryw wiatru dostał się do kominka. Świeca przy łóżku starca zamigotała złowieszczo.
– Wysłuchajcie moich słów i bądźcie im posłuszni. Aulay, mój pierworodny, jest odtąd przywódcą Brodiech z Killiecairn. W naszej rodzinie zawsze pierworodny następował po pierworodnym. Podporządkowałem się tej tradycji i wy też to zrobicie, inaczej moja klątwa dosięgnie was zza grobu, gdzie spoczną me doczesne szczątki. Więc jak, co macie mi do powiedzenia?
– Uznaję mego najstarszego brata, Aulaya, za przywódcę klanu Brodiech z Killiecairn, podobnie mój mąż, książę Glenkirk i jego klan. Wyraził zgodę, bym przemówiła dziś w jego imieniu. Leslie z Glenkirk uszanują ostatnią wolę Lachlanna Brodie, niech stanie się zatem tak, jak postanowił.