Выбрать главу

Niestety, z czasem wielu Lesliech przestało dbać o pomnażanie rodzinnego majątku. Zapomnieli o generalnej zasadzie, jaką kierowali się ich przodkowie i słono za to zapłacili. Ale ja nie zapomnę, przyrzekł sobie w duchu drugi książę i szósty lord Glenkirk. Nie zapomnę. Do diabła z królewskimi Stuartami i ich poplecznikami!

Tymczasem zawierucha coraz bardziej się wzmagała. Wiatr uderzał o szyby, które głośno dźwięczały. Książę osuszył kielich, nie przestając głaskać mruczącego rozkosznie kota. Nagle stworzenie otwarło oczy i spojrzało wprost na księcia. Patrick uśmiechnął się do zwierzaka, który ugniatał właśnie z zadowoleniem jego uda.

– Zostaniesz dziś na noc w zamku, Sułtanie – powiedział. – Na pewno znajdzie się tu dla ciebie jakaś mysz albo szczur, aby dostarczyć ci rozrywki. Co zaś się tyczy mnie – wstał, stawiając kota delikatnie na podłodze – pójdę się położyć, stary przyjacielu. Jeśli do rana wichura ucichnie, wybiorę się wcześnie na polowanie. Przydałoby się zaopatrzyć na zimę spiżarnie.

Kot otrzepał się, przysiadł na chwilę, by przyjrzeć się psom, po czym umył energicznie łapy i odszedł z godnością, znikając w cieniu. Książę parsknął śmiechem. Prawdę mówiąc, choć wiedział, że nie jest to uważane za oznakę męskości, wolał koty od psów. Psy, niech Bóg ma je w opiece, są lojalne wobec każdego, kto je karmi. Kot nie zaprzyjaźni się z nikim, kogo by wpierw nie polubił. Ruszył ku swej sypialni, odprowadzany przez psy. W zamku było bardzo cicho. Można by pomyśleć, że nie ma tu żywej duszy, pomyślał.

Wysłał służącego wcześniej na spoczynek, gdyż samodzielne rozebranie się i umycie nie przedstawiało dla niego problemu. Włożywszy nocną koszulę, spoczął w wielkim łożu książęcej sypialni. Jeszcze przed kilkoma miesiącami była to sypialnia jego rodziców, i ich łóżko. Matka nalegała jednak, by po pogrzebie ojca przeniósł się właśnie tutaj. Nadal nie czuł się zbyt dobrze w wielkim łóżku. Mimo to szybko zasnął i spał głęboko, bez snów.

ROZDZIAŁ 2

Obudziwszy się następnego ranka, zobaczył, że dzień wstał szary i ponury. Nie padało, a wiatr zupełnie ucichł. Przekonał się o tym, stając w otwartym oknie sypialni.

– Powiedz stajennym, że wybiorę się dziś na polowanie – powiedział do swego osobistego lokaja, Donala, dalekiego krewnego, z którym wspólnie się wychowywał. Rodzina Donala, More – Leslie, służyła panom z Glenkirk od pokoleń.

– Kucharka domyśliła się, że wstaniesz dziś wcześnie, milordzie – powiedział Donal. – W wielkiej sali czeka solidny posiłek. Będziesz chciał wziąć z sobą trochę jedzenia, panie? Uganianie się za jeleniem może zająć cały dzień.

– Tak, masz rację – zgodził się książę. – Będziemy potrzebowali placków owsianych, sera i cydru. Powiedz ludziom, by zaopatrzyli się w kuchniach, nim wyruszymy.

– Dopilnuję, by tak się stało, panie – odparł Donal, podając Patrickowi wpierw kalesony i bryczesy, a potem białą koszulę z pełnymi rękawami, zawiązywaną pod szyją na tasiemkę. Gdy pan naciągał bryczesy na grube, ciemne wełniane pończochy, czekał, trzymając w pogotowiu skórzany kaftan z rogowymi guzikami.

Bryczesy uszyte były z wełny o barwie orzecha. Patrick zawiązał pod szyją koszulę i usiadł, by wciągnąć sięgające kolan buty z brązowej skóry. Następnie wstał, włożył kaftan i zapiął starannie guziki. Chwyciwszy podany mu przez Donala, podbity futrem płaszcz oraz skórzane rękawice, wyszedł z sypialni i ruszył do sali, gdzie czekało śniadanie.

Samotność nie wpłynęła na apetyt księcia. Pochłonął owsiankę z miodem, kilka jaj w sosie z marsali, trzy plastry szynki i cały bochenek wiejskiego chleba z masłem i kawałkami twardego sera. Spłukał zaś jedzenie gorącą herbatą, napitkiem z kraju swej matki, który przyzwyczaił się pić rankiem. Trzymał się pustego żołądka lepiej, niż piwo czy wino. Dwaj młodsi bracia często żartowali sobie z upodobania Patricka do gorącego napoju, gdyż sami, podobnie jak ojciec, woleli popijać śniadanie piwem. Uśmiechnął się na to wspomnienie, zastanawiając się, jak Duncan i Adam radzą sobie we wstrząsanej ciągłymi niepokojami Irlandii. Oni także, podobnie jak Patrick, pozostali kawalerami. Westchnął, zrezygnowany. Nie ma rady, trzeba dać im w końcu dobry przykład, pomyślał.

Skończywszy posiłek, zauważył zaniepokojony, że kucharka szybko przyzwyczaiła się gotować dla jednej osoby. Napełniło to jego serce smutkiem. Wstał od stołu i ogarnął spojrzeniem wielką salę. Na starych dębowych meblach widać było warstewkę kurzu. Zamek zdecydowanie potrzebował kobiecej ręki. Bez ciągłego nadzoru ze strony zarządcy matki, Adalego, służący szybko się rozleniwili. Potrzebował żony, tylko gdzie, u licha, ją znaleźć?

Glenkirk położone było głęboko pośród wschodniego pasma wzgórz szkockiego pogórza. Należące do majątku włości rozciągały się na mile w każdym kierunku, co było dobre, oznaczało też jednak, że nie mieli bliskich sąsiadów. Prawdę mówiąc, najbliżej było stąd do Lesliech z Sithean albo Gordonów z BrocCairn. Pozostawał w dobrych stosunkach z oboma rodzinami, co zapewniało wszystkim większe bezpieczeństwo. Rodzina babki ze strony ojca sprzedała włości w Greyhaven panom z Glenkirk i wyjechała do Anglii z królem Jakubem, by szukać tam szczęścia i majątku. Ich stary dwór, nienadający się już do remontu, został zburzony.

Od pewnego czasu rzadko widywał kuzynów i nie potrafił przypomnieć sobie, czy są pomiędzy nimi dziewczęta w odpowiednim wieku. Jak znajdowano dziś żony? Może powinien latem udać się na zabawę i wybrać sobie jakąś ślicznotkę. Musiałby tylko sprawdzić, czy potrafi prowadzić dom. Prawie każdą dziewczynę da się przyuczyć, by była dobra w łóżku, lecz jeśli nie potrafi zarządzać służbą, albo przynajmniej wymusić na niej posłuchu, nie na wiele mu się przyda.

Choć izolacja była w tych trudnych czasach zaletą, miała też niekorzystne strony. Znowu spróbował przypomnieć sobie, czy w Sithean albo BrocCairn mieszkają niezamężne kuzynki. Wśród jego rówieśników byli wyłącznie mężczyźni, do tego wszyscy, o ile sobie przypominał, żonaci. Jak, do diaska, udało im się znaleźć odpowiednie kandydatki? Może powinien poprosić któregoś, by udał się wraz z nim na zabawę i doradził w tej delikatnej sprawie. Podejrzewał, że kuzyni uznają jego prośbę za wielce zabawną, nic jednak nie mógł na to poradzić. Potrzebował pomocy. Znużony, potrząsnął głową i ciaśniej otulił się peleryną.

Na dziedzińcu czekał już ogier. Olbrzymi siwek uderzał niespokojnie kopytami o bruk, niecierpliwiąc się, by wreszcie pobiec. Kilku mężczyzn z klanu także czekało w gotowości. Książę wskoczył na siodło i naciągnął skórzane rękawice. Peleryna rozpostarła się szeroko, zakrywając koński zad. Ze stukotem kopyt przejechali zwodzony most i skierowali się ku lasowi. Psy poszczekiwały, podniecone. Ponieważ nie było wiatru, wśród drzew nadal unosiła się mgła.

Tu i ówdzie pośród ciemnej zieleni jodeł widać było jeszcze przebłysk koloru. Po kilku godzinach udało im się wypłoszyć z zagajnika wielkiego jelenia. Obdarzone imponującym porożem zwierzę pomknęło wśród drzew, uskakując i zmieniając kierunek z wprawą, wynikłą z wieloletniego doświadczenia. Ujadające psy pognały za zdobyczą. Tymczasem jeleń, przeprowadziwszy pogoń przez las, dotarł do niewielkiego jeziorka, po czym wszedł do wody i popłynął, znikając we mgle i szczęśliwie uchodząc prześladowcom. Szczekanie psów, doskonale słyszalne mimo mgły, przeszło w pełne zawodu skomlenie.

Myśliwi dotarli nad jeziorko i zatrzymali się. Konie tańczyły niespokojnie, omijając kręcące się pod nogami psy. Ślad na wodzie, powstały w miejscu, gdzie przepłynął jeleń, był jeszcze widoczny, choć samo zwierzę zniknęło już we mgle.