Roześmiał się na wspomnienie przewrotności siostry.
– Niestety, zmarła, zanim zdążyła przekazać ten dar Flannie. Dziewczyna nie jest jednak głupia. z czasem nauczy się, jak rządzić bez nieustannych potyczek. Tymczasem musimy być cierpliwi, ponieważ ją kochamy.
Uśmiechnął się do młodszego mężczyzny.
– Pojedzie do Brae i uczyni z niego piękne miejsce, czego zawsze pragnęła. A kiedy skończy, będzie przez jakiś czas z zapałem odgrywać rolę pani na włościach. Do tego czasu jej gniew znacznie ostygnie. Przekonam ją, by cię tam zaprosiła. Da jej to okazję pochwalić się tym, czego dokonała. Mam nadzieję, że do tego czasu będziesz gotowy ją przeprosić. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, wrócicie razem do Glenkirk, a ja zostanę i zabezpieczę Brae. Nie wolno dopuścić, by dalej niszczało, książę. Flanna zamierza odzyskać dla drugiego syna tytuł lorda, a gdy tak się stanie, zamek musi być gotowy do zamieszkania.
– Zgadzam się – powiedział książę, a potem uśmiechnął się do Angusa.
– Snujesz intrygi niczym Leslie, przyjacielu. – A potem dodał, wstając: – Idę się położyć.
Angus także wstał.
– Przed udaniem się na spoczynek muszę sprawdzić, czy wszystko pozamykane i nigdzie nie palą się świece. Dobranoc, panie – dodał z ukłonem.
– Dobranoc, kuzynie - odparł Patrick, wychodząc.
Przez chwilę niewzruszony zazwyczaj Angus wydawał się bardzo zaskoczony, po chwili uśmiechnął się jednak do siebie i ruszył wypełnić ostatnie tego dnia obowiązki.
Flanna nie wyruszyła do Brae w ciągu kilku następnych dni. Nie spieszyła się, wiedząc, że będzie mogła zrobić to w każdej chwili. Z pomocą wuja zebrała robotników, a także potrzebne materiały i narzędzia. Kilku członków klanu miało wznieść w Brae szopę dla robotników i doprowadzić do jako takiego stanu wielką salę, gdzie ich pani mogłaby czasowo zamieszkać. Mali Stuartowie byli bardzo rozczarowani, że nie mogą pojechać z ciotką, gdyż wielce się do niej przywiązali.
– Gdy Brae zostanie odremontowane i będzie można przyjmować tam gości, zaproszę was jako pierwszych – obiecała im Flanna.
– Czy Brae będzie domkiem myśliwskim? – dopytywał się Freddie.
– Brae było domem rodzinnym mojej matki. Lordowie mieszkali tam od czasów pierwszego króla Jakuba, a przed nimi ich przodkowie. Jeśli Bóg da, Freddie, urodzę twemu wujowi kilku synów. Brae przeznaczę dla drugiego z nich. Nie mam jednak cierpliwości czekać, aż się urodzi – zakończyła z uśmiechem.
– Ja zostanę pewnego dnia księciem Lundy – powiedział Freddie. – Jestem dziedzicem ojca. Willy to tylko lord Stuart. Nie wiem, co, poza nazwiskiem, przypadnie mu w udziale.
– Papa na pewno o niego zadba – wtrąciła Brie. – W tej rodzinie dba się o wszystkich: synów i córki. Ja, oczywiście, wyjdę dobrze za mąż. – Westchnęła dramatycznie. – Kiedy ta okropna wojna wreszcie się skończy, wrócę do domu i zajmę należne mi miejsce w towarzystwie.
– Jesteś na to za młoda – zauważył Freddie rozsądnie. – Wszyscy jesteśmy za młodzi. Ja też chciałbym wrócić do domu, dlatego trzeba nam się modlić, by król odzyskał tron i papa po nas przyjechał.
– Nie jesteście tu szczęśliwi? – spytała Flanna. po tej pory dzieci nie przejawiały zbytniej ochoty, by wrócić do Anglii. Czyżby ta nagła chęć powrotu miała coś wspólnego z jej wyjazdem? Stracili matkę, a teraz ona też ich opuszcza.
– Jesteś bardzo mila i gościnna – odparła Brie – tęsknimy jednak za mamą i za Queen's Malvern.
– Wasza mama nie żyje, Brie – zauważyła Flanna ostrożnie.
– Wiem – odparła Brie. – Lecz gdybym mogła usiąść przy grobie i z nią porozmawiać, przyniosłoby mi to pociechę.
– Możesz rozmawiać z nią gdziekolwiek się znajdujesz, Brie – odparła Flanna. – Twoja mama jest teraz w niebie. W Queen's Malvern spoczywają tylko jej kości.
– Myślisz, że usłyszałaby mnie stąd, z Glenkirk?
– spytała Brie. – Nigdy tu nie była.
– Twoja mama wie, gdzie przebywasz – zapewniła dziewczynkę Flanna. – Ponoć z nieba można zobaczyć cały świat.
– Naprawdę? – twarzyczka Sabriny pojaśniała.
– Więc mama może widzieć też papę?
– Oczywiście – odparła Flanna.
– Czy będzie wojna, Flanno? – spytała dziewczynka.
– Tak, będzie – odparła Flanna. – Lecz w Glenkirk nic nam nie grozi. Wojna rzadko tu dociera. Musielibyśmy zejść z naszych gór, by się z nią spotkać, Brie.
– Lecz papa będzie z królem, prawda?
– Twój papa jest Stuartem, Brie. Tak, będzie z Karolem, gdyż winien zapewnić królowi wsparcie. My wszyscy jesteśmy wobec króla lojalni.
– Więc czemu wuj Patrick z nim nie poszedł? – zapytał Freddie.
– Twój wujek jest równie lojalny, jak inni – odparła Flanna. – Ta wojna nie dotyczy jednak Szkocji, lecz Anglii. Wuj nie będzie walczył za Anglię, ani nie pośle do boju ludzi ze swego klanu. Wasz papa jest Anglikiem. To jego obowiązek walczyć za króla i ojczyznę – wyjaśniła. – Wuj to człowiek honoru. Zostanie w Glenkirk i będzie dbał o to, by rodzina i klan byli tu bezpieczni, gdyż wojna często rozprzestrzenia się na tereny, gdzie jej być nie powinno. Jeżeli dotrze do Szkocji, wuj będzie walczył, i jego ludzie także.
Brie i chłopcy skinęli zgodnie głowami, usatysfakcjonowani wyjaśnieniem.
Patrick Leslie, ukryty w cieniu, przysłuchiwał się rozmowie. Wzruszyło go, że choć byli skłóceni, Flanna wyrażała się o nim z szacunkiem. Z każdym dniem coraz dobitniej uświadamiał sobie, że mimo niezbyt starannego wychowania kobieta, którą poślubił, będzie na nadchodzące czasy idealną księżną.
A on ją kocha.
ROZDZIAŁ 14
Dwudziestego trzeciego lipca Henry Lindley, markiz Westleigh, wjechał na dziedziniec zamku Glenkirk. Był zmęczony, przemoknięty i, pomimo lata, do szpiku kości zmarznięty. Wreszcie zrozumiał, dlaczego babka Gordon i matka zjeżdżają każdego lata do Anglii. W Szkocji pogoda bywała znośna jedynie we wrześniu i październiku. Zesztywniały, z trudem zsunął się z siodła. Podróżował przez kilka dni, wyruszywszy ze swego domu w Cadby, położonego w środkowej Anglii. Ponieważ w młodości zdarzyło mu się spędzić jakiś czas w Glenkirk, znał zamek i ruszył od razu do wielkiej sali, gdzie natychmiast wyszedł mu na spotkanie Angus. Ciekawe, kim jest ten przybysz, pomyślał majordomus. Wydawał się bardzo znużony.
– Witamy w Glenkirk, panie – powiedział.
– Jestem Henry Lindley, markiz Westleigh. Sprowadź mojego brata, księcia. Natychmiast – odparł przybyły.
– Tak, panie – powiedział cicho Angus. Skinął na służącą, aby podała gościowi wino i wyszedł poszukać księcia.
– Wuj Henry? – Z krzesła przy ogniu podniosła się drobna postać. – Wuj Henry!
Sabrina odrzuciła robótkę, którą się akurat zajmowała i ruszyła biegiem przez salę, by rzucić się wprost w otwarte ramiona Henry'ego.
– Sabrina, drogie dziecko! – zawołał markiz. Uścisnąwszy bratanicę, odsunął ją od siebie i powiedział:
– Cóż, Brie, wyrosłaś od czasu, gdy cię widziałem. Pewnego dnia staniesz się prawdziwą pięknością.
Sabrina zachichotała, gdyż bardzo lubiła komplementy.
– Co tu robisz, wuju? – spytała.
– Przyjechałem zobaczyć się z bratem – odparł z uśmiechem.
– Przebyłeś daleką drogę, i to w niespokojnych czasach – zauważyła Brie. Była młoda, ale nie głupia. – Czy z moim ojcem wszystko w porządku, wuju? Powiedz, że jest bezpieczny!
– Nie miałem wieści od twego ojca, odkąd wyjechaliście rok temu z Anglii, dziecko – odparł markiz szczerze. – Wiesz więcej ode mnie.