Выбрать главу

– Dobry wieczór, jestem Lenobia, a t o – - wskazała na klacz, obrzucając nas pogardliwym spojrzeniem – to jest koń. – Jej głos odbijał się od ścian. Czarna klacz parsknęła jakby dla podkreślenia jej słów. – Wy jesteście moją nową grupą z trzeciego formatowania. Wybrano właśnie was do mojej grupy, ponieważ wydaje nam się, że może ujawnicie zdolności dojazdy konnej. Prawdą jednak jest, że mniej niż połowa dotrwa do końca semestru, a z nich znów mniej niż połowa nauczy się przyzwoicie jeździć na koniu. Czy są pytania? – Przerwała na tak krótką chwilę, że nikt nawet by nie zdążył zadać pytania. – Dobrze. W takim razie zaczynamy. Proszę za mną. – Odwróciła się i skierowała w stronę stajni. Poszliśmy za nią.

Miałam ochotę zapytać, co to za „my", którzy oceniali, czy mogą z nas być jeźdźcy, ale bałam się odezwać i tak jak inni potruchtałam za nią. Zatrzymała się przed szeregiem pustych boksów. Przed nimi stały widły i taczki. Lenobia odwróciła się do nas.

– Konie to nie są duże psy. I nie mają też nic wspólnego z romantycznym dziewczyńskim wyobrażeniem o idealnej przyjaźni ze zwierzęciem, które zawsze będzie was rozumiało.

Dwie stojące obok mnie dziewczyny zaczęły się wiercić niespokojnie, Lenobia jednak przeszyła je zimnym spojrzeniem swoich stalowych oczu.

– Konie wymagaj ą od nas pracy. Potrzebuj ą naszego po święcenia inteligencji oraz czasu. My zaczniemy od pracy. Tam gdzie trzymamy uprząż, znajdziecie również kalosze. Szybko wybierzcie sobie odpowiednią parę, a my przyniesie my rękawice. Potem każdy z was zajmie się przydzielonym boksem i tam popracuje.

– Profesor Lenobio… – zaczęła pucołowata dziewczyna z miłą buzią podnosząc do góry rękę.

– Wystarczy Lenobia. Imię starożytnej królowej wampirów, które sobie wybrałam, nie wymaga dodatkowych ty tułów.

Nie miałam pojęcia kim była Lenobia, więc zakarbowałam sobie w pamięci, by gdzieś to sprawdzić.

– Śmiało. Chciałaś o coś zapytać, Amando?

– Eee, tak.

Lenobia uniosła ostrzegawczo brew.

Amanda z widoczną trudnością przełknęła ślinę.

– „Tam popracuje", to właściwie co znaczy, pro… chciałam powiedzieć: Lenobio?

Oczywiście chodzi o wyczyszczenie boksów. Nawóz ładuje się na taczki. Kiedy taczki będą już pełne, wywiezie cię je na kompost, który zbieramy pod murem stajni. W magazynie znajdziecie świeże trociny, zaraz koło pomieszczenia z uprzężą. Macie pięćdziesiąt minut. Za trzy kwadranse przyjdę sprawdzić wasze boksy. Patrzyliśmy na nią osłupiali.

– Możecie już zaczynać. Teraz. Więc zaczęliśmy.

Może to zabrzmi dziwnie, ale naprawdę nie miałam nic przeciwko temu, żeby sprzątnąć boks. Końskie łajno nie jest takie znowu obrzydliwe. Zwłaszcza że widać było, iż boksy sprzątano codziennie, a nawet częściej. Złapałam kalosze, które były strasznie brzydkie, ale przynajmniej zakrywały mi dżinsy do kolan, parę rękawic roboczych i zabrałam się do pracy. Z głośników naprawdę doskonałej jakości płynęła muzyka. Idę o zakład, że były to melodie z najnowszej płyty Enyi (moja mama lubiła jej słuchać, zanim wyszła za Johną ale przestała, kiedy on uznał, że to pogańska muzyka, więc ja zaczęłam jej namiętnie słuchać). Słuchałam zatem tej niesamowitej śpiewanej poezji gaelickiej i przerzucałam widłami końskie łajno. Nawet nie wiedziałam, kiedy zapełniły się całe taczki, które opróżniłam, by następnie wrzucić do nich czyste trociny. Właśnie je rozgarniałam równo po całej powierzchni boksu, kiedy poczułam, że ktoś mnie obserwuje.

– Dobra robota, Zoey.

Podskoczyłam na te słowa i zobaczyłam, że tuż przy wejściu do boksu stoi Lenobia. W jednej ręce trzymała wielkie miękkie zgrzebło, w drugiej – - lejce dereszowatej klaczy o łagodnym sarnim spojrzeniu.

– Już to przedtem robiłaś – domyśliła się Lenobia.

– Moja babcia miała siwego wałacha, to było słodkie stworzenie, nazwałam go Królik ~ powiedziałam i zaraz sobie uprzytomniłam, że musiało to strasznie głupio za brzmieć. Z wypiekami na twarzy zaczęłam się tłumaczyć:

– Miałam wtedy dziesięć lat, a jego maść kojarzyła mi się z Królikiem Bugsem, więc tak go zaczęłam nazywać i tak już zostało.

Kąciki ust Lenobii uniosły się odrobinę, zapowiadając nikły cień uśmiechu.

– I czyściłaś boks Królika, tak? – zapytała.

– Tak. Lubiłam na nim jeździć, ale Babcia powiedziała, że jak się chce jeździć na koniu, trzeba po nim sprzątać.

– Wzruszyłam ramionami. – No więc sprzątałam po nim.

– Twoja babcia to mądra kobieta. Kiwnęłam głową na znak zgody.

– Nie miałaś nic przeciwko temu, żeby sprzątać po Króliku?

– Nie. Naprawdę nie.

– To dobrze. Poznaj Persefonę. – Lenobia ruchem głowy wskazała stojącą za nią klacz. – Właśnie wysprzątałaś jej boks.

Klacz weszła do boksu, idąc prosto do mnie: przysunęła łeb do mojej twarzy, delikatnie dmuchając przez nozdrza, co mnie zaczęło łaskotać, więc zachichotałam. Bezwiednie pogłaskałam japo nosie i pocałowałam w aksamitny pysk.

– Jak się masz, Persefono? Śliczna z ciebie dziewczynka. Lenobia skinęła głową z aprobatą widząc, jak zawieramy z klaczą znajomość.

– Do dzwonka zostało jeszcze pięć minut i nie ma potrzeby, żebyś zostawała do końca lekcji, ale jeśli chcesz, możesz wyszczotkować Persefonę, zasłużyłaś na ten przywilej.

Zdziwiona spojrzałam na nią znad końskiej grzywy i usłyszałam swój głos wypowiadający słowa:

– Nie ma sprawy, mogę zostać.

– Świetnie. Kiedy skończysz, zostaw zgrzebło w po mieszczeniu z uprzężą. Zobaczymy się jutro, Zoey. – -Lenobia wręczyła mi zgrzebło, poklepała klacz i zostawiła nas obie w boksie.

Persefona wetknęła łeb do metalowego koszyka, gdzie czekało na nią świeże siano, i zabrała się do jedzenia, a ja do wyczesywania jej. Nie pamiętałam już, jak uspokajająco działa oporządzanie konia. Królik bowiem umarł przed dwoma laty na atak serca, a Babcia zbyt była tym wstrząśnięta, by wziąć sobie innego konia. Powiedziała, że Królika (tak go zawsze nazywała) nie da się zastąpić. Tak więc od dwóch lat nie miałam do czynienia z końmi, ale wszystko natychmiast sobie przypomniałam: zapach, ciepło, uspokajający odgłos żucia, szelest zgrzebła przesuwanego po końskiej sierści…

Zaabsorbowana wspomnieniami ledwo rejestrowałam gniewny głos Lenobii, która mieszała z błotem ucznia, jak się domyślałam, zapewne rudowłosego chłopaka.

Zerknęłam spoza karku Persefony w stronę końca rzędu boksów. Oczywiście przed jednym z nich stał rudzielec niedbale oparty o ścianę, a przed nim Lenobia z rękami na biodrach. Nawet z daleka widziałam, że jest zła na niego jak diabli. Czy misją tego dzieciaka było wkurzać każdego nauczyciela? I jego mentorem miałby być Smok? Owszem, facet wyglądał łagodnie, dopóki nie dobył szabli – pardon, floretu – ale wtedy przedzierzgał się z łagodnego miłego faceta w śmiertelnie niebezpiecznego wampira wojownika.

– Temu rudemu dzieciakowi życie chyba jest niemiłe – wyznałam Persefonie, kiedy powróciłam do czesania. Klacz zastrzygła uchem w moją stronę i leciutko prychnęła.

– Widzisz, że się ze mną zgadzasz? Chcesz wiedzieć, jaką mam teorię na temat wykurzenia z Ameryki wyłącznie przez moje pokolenie fajtłap i różnych niedojd?

Wyglądało na to, że Persefona słucha ze zrozumieniem, więc już zaczęłam rozwijać wątek ze swojej przemowy na temat: nie rozmnażaj się z frajerami…

– Zoey! Gdzie jesteś?

– O rany! Stevie Rae! Aleś mnie wystraszyła! -Poklepywałam uspokajająco Persefonę, która się trochę spłoszyła, słysząc mój pisk.