Выбрать главу

– Bądź pozdrowiona, Stevie Rae – powiedziała.

– Bądź pozdrowiona – - odpowiedziała Stevie Rae. Spojrzała na mnie uspokajająco i zniknęła w pełnym dymu pomieszczeniu usytuowanym za wejściem.

Wzięłam głęboki oddech i postanowiłam sobie w myśli, że przestanę dumać nad śmiercią Elizabeth, porzucę wszelkie gdybania, przynajmniej na czas trwania obrzędu. Podeszłam do Anastasii. Naśladując Stevie Rae, przyłożyłam rękę do serca.

Wampirzyca umoczyła palce w miseczce wypełnionej, jak teraz zauważyłam, olejem i odezwała się w te słowa:

– Cieszę się, że cię widzę, Zoey Redbird, witaj w Domu Nocy i w swoim nowym życiu. – To mówiąc, nakreśliła pentagram na moim czole nad Znakiem. – Bądź pozdrowiona.

– Bądź pozdrowiona – odpowiedziałam cicho, zaskoczona dreszczem, jaki przeszedł po moim ciele, gdy na czole powstawał wilgotny zarys gwiazdy.

– Wejdź do środka, dołącz do swoich przyjaciół – po wiedziała Anastasia serdecznie. – Nie ma co się denerwować, wierzę, że bogini roztoczyła nad tobą pieczę.

– Dziękuję – odparłam, jąkając się, i szybko przeszłam do środka.

Wszędzie paliły się świece. Największe zwieszały się z sufitu w metalowych żyrandolach. Więcej świec rzucało światło ze stojących świeczników ustawionych wzdłuż ścian. Kinkiety tutaj wyglądały jak powinny, paliły się jasnym światłem, a nie mdłym i wątłym jak na szkolnych korytarzach. Wiedziałam, że kiedyś był tu kościół pod wezwaniem świętego Augustyna wykorzystywany przez Ludzi Wiary, teraz jednak nie przypominał kościoła. Po pierwsze, jego wnętrze oświetlały jedynie świece, a po drugie, nie było tu ławek. (A propos, nie lubię ławek kościelnych, chyba nie ma nic bardziej niewygodnego). Jedynym sprzętem, jaki mogłam dostrzec, był stylowy duży stół umieszczony na środku sali i podobny do tego z jadalni, tyle że inaczej nakryty. Tu oprócz obfitości jedzenia i picia na środku blatu umieszczona była statuetka bogini z uniesionymi ramionami, przypominająca swoje haftowane odwzorowanie na bluzkach wampirzyc. Na stole stał też ogromny kandelabr z białymi świecami rzucającymi jasne światło, a także kilka żarzących się kadzidełek.

Nagle zauważyłam wielki ogień palący się w zagłębieniu kamiennej posadzki. Jego żółte rozdokazywane płomienie sięgały na wysokość co najmniej metra. Ogień wyglądał fascynująco i trochę nawet groźnie, przyciągał mnie i wabił. Na szczęście, zanim wiedziona impulsem zdążyłam ruszyć w stronę ognia, uwagę moją zwróciła Stevie Rae, która zaczęła przyzywać mnie naglącymi gestami. Dopiero wtedy spostrzegłam, dziwiąc się jednocześnie, jak mogłam od razu tego nie zauważyć, tłum ludzi, uczniów i dorosłych wampirów stojących półkolem pod ścianami. Oszołomiona tym wszystkim podeszłam jak automat, czując, że nogi same mnie niosą i zajęłam miejsce w kręgu koło Stevie Rae.

– Nareszcie – westchnął z ulgą Damien.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedziałam.

– Zostaw ją w spokoju – napomniała go Stevie Rae.

– Widzisz przecież, że się denerwuje.

– Cśś – syknęła Shaunee. – Już się zaczyna.

Z czterech pogrążonych w mroku rogów sali wyłoniły się cztery kształty, które zmaterializowały się jako kobiety zdążające w stronę kręgu, jakby wiedzione wskazaniami igły kompasu, by zająć miejsca wśród zebranych. Dwie kolejne postacie weszły drzwiami, przez które i ja dostałam się do środka. Z tych dwóch kształtów jeden okazał się wysokim mężczyzną – wróć, wampirem płci męskiej (wszyscy dorośli tutaj to wampiry) – niesamowicie przystojnym. Wzorzec wspaniałego młodego wampira w dodatku miałam go tuż przed sobą na wyciągnięcie ręki. Mierzył chyba ponad sześć stóp wzrostu, a wyglądał jak gwiazdor filmowy.

– I tylko z tego powodu wybrałam poezję jako dodatkowy przedmiot – szepnęła Shaunee.

– Popieram cię, Bliźniaczko ~ rozmarzonym głosem powiedziała Erin.

– Kto to jest? – zapytałam Stevie Rae.

– Loren Blake, naczelny poeta wampirów, od dwustu lat pierwszy poeta, a nie poetka – odpowiedziała szeptem.

– A ma zaledwie dwadzieścia parę lat, naprawdę, nie tylko z wyglądu.

Zanim zdążyłam się odezwać, zaczął recytować, a ja mogłam już tylko słuchać z otwartą buzią jego niebiańskiego głosu.

Gdy stąpa, piękna, jakże przypomina Gwiaździste niebo bez śladu obłoku…

Kiedy wypowiadał te słowa, zbliżał się jednocześnie do kręgu. I jakby jego głos był muzyką kobieta, która wraz z nim weszła, zaczęła najpierw się kołysać, a potem tańczyć wokół żywego kręgu.

Ciemność i jasność – każda z nich zaklina W nią swój osobny czar, i jest w jej oku…

Tańcząca skupiła na sobie uwagę wszystkich zebranych. Doznałam szoku, gdy rozpoznałam w niej Neferet. Miała na sobie długą czarną suknię z jedwabiu, wyszywaną drobnymi kryształkami, które migotały, gdy z każdym jej ruchem światło wydobywało kolejne błyski, co mogło przypominać rozgwieżdżone niebo. Jej ruchy były ilustracją do dawnego wiersza (w każdym razie mój umysł pracował na tyle dobrze, że rozpoznałam w tych strofach wiersz Byrona „Gdy stąpa, piękna").

To miękkie światło, które zna godzina Nocy, gdy blaski dnia zagasną w mroku.

Kiedy Loren wypowiedział ostatnie słowa wiersza, Neferet znajdowała się w samym środku kręgu. Wówczas wzięła ze stołu kielich i uniosła go, jakby zapraszając do poczęstunku zebranych.

– Witajcie, dzieci Nyks, na obchodach jej święta Pełni Księżyca!

– Szczęśliwych obchodów – odpowiedzieli chórem dorośli.

Neferet z uśmiechem odstawiła kielich i sięgnęła po już zapaloną długą cienką świeczkę umieszczoną w lichtarzu. Następnie podeszła do stojącej w kręgu wampirzycy, której nie znałam, a od której zapewne liczył się początek kręgu. Wampirzyca pozdrowiła Neferet, składając zwiniętą dłoń na piersi, po czym odwróciła się do pozostałych zgromadzonych.

– Słuchaj – - Stevie Rae zwróciła się do mnie szeptem. – Teraz wszyscy będziemy się zwracali w cztery strony świata, kiedy Neferet przywoła po kolei cztery żywioły i utworzy krąg Nyks. Najpierw będzie wschód i żywioł powietrza.

Wszyscy, łącznie ze mną choć jako nowa wszystko robiłam ostatnia, zwrócili się twarzami na wschód. Kątem oka widziałam, jak Neferet unosi w górę ramiona, i usłyszałam jej głos zwielokrotniony echem odbijającym od kamiennych ścian świątyni.

– Przywołuję powietrze idące ze wschodu i proszę, by obdarzyło ten krąg wiedzą tak by nasze obchody przepełnione były nauką.

Gdy tylko Neferet zaczęła przyzywać żywioł, poczułam, jak atmosfera się zmienia. Powietrze zawirowało, burząc mi włosy, a uszy napełniając szelestem liści poruszanych przez wiatr. Rozejrzałam się wokół, oczekując, że każdy będzie wyglądał jak w środku mini huraganu, tymczasem u nikogo nie dostrzegłam nawet lekko zwichrzonych włosów. Dziwne.

Wampirzyca stojąca na wschodzie wyciągnęła z fałd swojej szaty grubą świecę, którą Neferet zapaliła. Świecę z migoczącym na wietrze płomieniem uniosła w górę i postawiła u swych stóp.

Teraz odwróć się na prawo w stronę ognia – podpowiedziała mi szeptem Stevie Rae.

Wszyscy się odwrócili w tę stronę, a Neferet mówiła dalej:

– Przywołuję ogień z południa i proszę, by nas obdarzył siłą woli, ażeby nasze obchody tchnęły mocą.

Teraz wiatr, którego lekki powiew czułam na policzkach, ustąpił wrażeniu gorąca. Nie było to przykre doznanie, przypominało raczej gorący rumieniec, jakim się człowiek oblewa, albo rozchodzące się ciepło przy wchodzeniu do wanny z gorącą wodą. Ciepło było na tyle wyraźne i intensywne, że poczułam się nawet lekko spocona. Spojrzałam na Stevie Rae. Włosy miała odrobinę wzburzone, oczy zamknięte, ale na twarzy ani śladu potu. Nagle poczułam jeszcze większe gorąco, więc wzrok zwróciłam znów na Neferet. Zapalała właśnie wielką czerwoną świecę, którą Pentesilea trzymała w ręce. I kiedy wampirzyca zwrócona na południe skończyła, Pentesilea gestem ofiarnym uniosła w górę świecę, po czym złożyła j ą u j ej stóp.