Kiedy każdy już napił się wina, kielichy odstawiono na stół.
– Chcę, by dzisiejszej nocy każdy z was poświęcił chwilę lub dwie na skąpanie się w świetle księżyca w pełni. Niech jego blask was oświeci i sprawi, że nie zapomnicie, jak bardzo jesteście niezwykli… albo staniecie się niezwykli… ~ Uśmiechnęła się do kilku adeptów, w tym również do mnie. ~ Możecie się pławić we własnej wyjątkowości. Napawać własną siłą. Nie przystajemy do świata ze względu na niezwykłe cechy, jakimi zostaliśmy obdarzeni. Nie zapominajcie o tym, bo – tego możecie być pewni – świat o tym nie zapomni. A teraz zamknijmy nasz krąg i otwórz my się na noc.
W odwrotnej niż na początku kolejności Neferet złożyła podziękowania czterem żywiołom i pożegnała się z nimi, gdy tylko płomień świecy został zdmuchnięty. Poczułam lekki smutek, jakbym żegnała się z przyjaciółmi. Neferet zakończyła uroczystość słowami:
– Obchody dobiegły końca. Do następnego szczęśliwe go spotkania, pomyślnego rozstania i pomyślnego powrotu.
Wszyscy powtórzyli chórem: – Pomyślnego rozstania i pomyślnego powrotu! Tak się zakończył mój pierwszy obrzęd poświęcony bogini.
Krąg zaraz się rozsypał, szybciej, niż się spodziewałam. Wolałabym zostać tam trochę dłużej i zastanowić się nad dziwnymi doznaniami, które stały się moim udziałem, zwłaszcza podczas przywoływania żywiołów, ale okazało się to niemożliwe. Porwał mnie tłum rozgadanych uczestników. Nawet się ucieszyłam, widząc, że każdy jest zajęty rozmową, bo mogłam liczyć, że nikt nie zauważy mego niezwykłego spokoju; nie wiem, jak bym im wytłumaczyła, co się ze mną działo. Kurczę, nawet sobie nie potrafiłam tego wyjaśnić.
– Jak wam się wydaje, czy dadzą nam znów to świetne chińskie jedzenie? Strasznie mi smakowało podczas ostatnich obchodów, kiedy na koniec podali tego pysznego kur czaka z grzybami mun – powiedziała Shaunee. – Że nie wspomnę o ciasteczkach z wróżbą która dla mnie brzmiała: „Zdobędziesz sławę". To było coś!
– Padam z głodu, więc jest mi obojętne, co nam dadzą do jedzenia, byle w ogóle coś dali – oświadczyła Erin.
– Ja też – dodała Stevie Rae.
– Choć raz całkowicie zgadzamy się ze sobą – - po wiedział Damien, oplatając ramionami mnie i Stevie Rae.
– Chodźmy jeść. Nagle przypomniałam sobie.
– Nie mogę iść z wami. – Prysło przyjemne uczucie po uroczystości. -Muszę…
– Ale z nas idiotki! – Stevie Rae pacnęła się otwartą dłonią w czoło. – Na śmierć zapomniałam.
– O cholera – wykrzyknęła Shaunee.
– Wiedźmy z piekła rodem – powiedziała Erin.
– Chcesz, żebym zostawił ci coś do jedzenia? – zapytał Damien słodziutkim głosem.
– Nie. Afrodyta mówiła że mnie tam nakarmią.
– Pewnie surowym mięsem – domyśliła się Shaunee.
– Aha, jakiegoś biedaka, którego udało im się złapać w swoje sidła.
– I w swoje łapy – uściśliła Shaunee.
– Przestańcie. Wystraszycie Zoey do internatu – powiedziała Stevie Rae, popychając mnie jednocześnie do wyjścia.
– Pokażę jej, gdzie jest aulą a potem wracam do was. Gdy byłyśmy już na zewnątrz, zwróciłam się do niej:
– Powiedz, czy oni żartowali, mówiąc o surowym mię sie?
– Czy żartowali? – powtórzyła Stevie Rae niepewnie.
– Świetnie. Ja nie lubię nawet nie wysmażonego befsztyka. Co mam zrobić, jeśli rzeczywiście dadzą mi do jedzenia surowe mięso? – Odsunęłam od siebie myśl, jakie by to mogło być mięso i z czego.
– Chyba mam przy sobie trochę tumsów. Chcesz?
– Aha – skinęłam głową czując, że robi mi się niedobrze.
ROZDZIAŁ SZESNASTY
– To tu ~ powiedziała Stevie Rae z niepewną miną, zatrzymując się przed schodami wiodącymi do okrągłego, zbudowanego z cegieł domu, który wychodził na wschodnią część murów okalających szkołę. Ogromne dęby jeszcze pogłębiały ciemność skrywającą budynek, tak że ledwo do strzegłam migotliwe i skąpe światło rzucane albo przez gazo we latarnie, albo przez świece, które miały oświetlać wejście. Okna natomiast, wysokie i łukowato wyprofilowane u góry, pozostawały całkowicie ciemne, wydawało się, że oszklone są witrażami.
– W porządku, dziękuję za tumsy. – Starałam się, by mój głos nie zdradzał zdenerwowania. – - Trzymajcie dla mnie miejsce. To na pewno długo nie potrwa. Chyba zdążę tu pobyć i jeszcze do was wrócić.
– Naprawdę nie musisz się spieszyć. Może poznasz kogoś, kto ci się spodoba i będziesz chciała zostać tam dłużej. W każdym razie nie martw się, jak nie zdążysz. Nie będę się wściekała a Damienowi i Bliźniaczkom powiem, że dokonujesz rozpoznania terenu.
– Stevie Rae, ja nie zamierzam zostać jedną z Cór Nocy.
– Wierzę – powiedziała, ale oczy miała okrągłe i szeroko otwarte.
To na razie.
– Okay, na razie – odpowiedziała i zaczęła się oddalać w stronę głównego budynku.
Nie chciałam odprowadzać jej wzrokiem, wyglądała na zagubioną i mocno wystraszoną. Weszłam po schodach i zaczęłam sobie powtarzać, że to nic wielkiego, nie może być nic gorszego niż wtedy, gdy uległam prośbom swojej siostry, bym z nią pojechała na zgrupowanie cheerleaderek (nie mam pojęcia, co mnie podkusiło, by ją posłuchać). Przynajmniej to fiasko nie będzie trwało tydzień jak tamto. Tutaj zapewne utworzą podobny krąg, co właściwie mi się podobało, odmówią oryginalne modły jak Neferet, a potem nastąpi przerwa na kolację. Wtedy ja zręcznie i z uśmiechem się wymknę. Łatwe i proste.
Pochodnie umieszczone po obu stronach wielkich drzwi zasilane były gazem, a nie naturalnym płomieniem świec jak w świątyni Nyks. Wyciągnęłam rękę w stronę ciężkiej żelaznej kołatki, ale drzwi otwarły się zadziwiająco lekko, wydając odgłos podobny do westchnienia, pod samym dotykiem moich palców.
– Witaj i bądź pozdrowiona, Zoey.
O matko!… To był Erik. Cały w czerni, z tymi swoimi kręconymi włosami i niesamowicie błękitnymi oczami przypominał mi Clarka Kenta choć oczywiście bez tych jego idiotycznych okularków i przylizanej fryzury… W gruncie rzeczy przypominał mi (znów) Supermena, oczywiście nie miał na sobie czarnej pelerynki ani obcisłych trykotów z wielką literą S…
Głupie myśli ustąpiły natychmiast, gdy umoczonym w oleju palcem starannie nakreślił na moim czole pentagram.
– Bądź pozdrowiona – powitał mnie.
Bądź pozdrowiony – - odpowiedziałam szczęśliwa, że głos mi się w tym momencie nie załamał, nie zachrypiał ani nie zaskrzeczał. O rany, jak on bosko pachniał, ale nie potrafiłam odgadnąć czym. W niczym to nie przypominało żadnej z wód kolońskich, jakimi obficie zlewają się chłopaki. Pachniał… czym on pachniał?… Może lasem po wieczornym deszczu, czymś płynącym z ziemi, czymś czystym…
– Możesz wejść – powiedział do mnie.
– A, dziękuję – - odpowiedziałam mało błyskotliwie i weszłam do środka. Zaraz się jednak zatrzymałam. Po mieszczenie było wielką salą. Czarny aksamit pokrywał owalne ściany, szczelnie zasłaniając okna i blask księżyca. Pod ciężką materią zasłon rysowały się dziwne kształty, które najpierw przejęły mnie strachem, dopóki nie uświadomiłam sobie, że to przecież sala rekreacyjna, więc gdzieś trzeba było odsunąć telewizor i różne gry, a przykryte wyglądały bardziej niesamowicie. Uwagę moją jednak przykuł przede wszystkim sam krąg. Został utworzony na środku sali ze świec wetkniętych w wysokie pojemniki z czerwonego szkła, przypominających modlitewne świece, jakie kupuje się w sklepach z meksykańskim jedzeniem, gdzie unosi się woń róż i starych kobiet. Tych świec musiało być więcej niż sto, rzucały światło na dzieciaki stojące za nimi w swobodnym kręgu, rozgadane, roześmiane, z czerwoną poświatą na policzkach. Wszystkie ubrane były na czarno, ale żadne nie miało haftowanych emblematów oznaczających stopień, miały natomiast zawieszone na szyi srebrne łańcuchy z jakimś dziwnym symbolem. Składał się z odwróconych od siebie dwóch półksiężyców na tle księżyca w pełni.