– O, jesteś, Zoey!
Głos Afrodyty dosięgną! mnie najpierw, zanim ona sama się pojawiła w polu widzenia. Miała na sobie długą czarną suknię wyszywaną koralikami z onyksu, dziwnie przypominającą mi piękną suknię Neferet. Na szyi miała naszyjnik podobny do tych, jakie nosiły pozostałe dziewczyny, tyle że większy i obwiedziony kamieniami szlachetnymi, zdaje się, że były to granaty. Rozpuszczone włosy spadały jej na ramiona sprawiając wrażenie, że ma na głowie złocisty welon. Zdecydowanie była zbyt ładna.
– Dziękuję ci, Eriku, za powitanie Zoey. Teraz ja się nią zajmę. – Starała się, by jej głos brzmiał zwyczajnie, wymanikiurowanymi dłońmi dotknęła jego ramienia gestem niby tylko przyjacielskim, ale jej twarz zdradzała faktyczne uczucia. Miała zaciętą minę, wzrok zimny, a oczy ciskały błyska wice.
Erik ledwie na nią spojrzał i zdecydowanie odsunął rękę, by go nie dotykała. Uśmiechnął się do mnie i wyszedł, nie spojrzawszy powtórnie na Afrodytę.
Świetnie. Tylko tego było mi trzeba: wmieszać się w konflikt rozstającej się pary. Nie mogłam jednak się powstrzymać, by nie odprowadzić go spojrzeniem do drzwi.
Głupia jestem. Znów popełniam te same błędy. Ach.
Afrodyta odchrząknęła i usiłowała przybrać minę kogoś, kto złapany na gorącym uczynku udaje, że nic nie zrobił. Jej wredny uśmieszek nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do tego, że zauważyła moje zainteresowanie Erikiem (i jego mną). I tym razem zadałam sobie pytanie, czy ona wie, że to ja zobaczyłam ich w holu poprzedniego dnia.
Jasne, że nie mogłam jej o to zapytać.
– Musisz się pospieszyć, ale przyniosłam ci coś, w co się będziesz mogła przebrać. – Afrodyta mówiła szybko, jednocześnie gestem wskazując mi drogę do łazienki dla dziewcząt. Rzuciła mi przez ramię krytyczne spojrzenie. ~ Nie przychodzi się na obchody urządzane przez Córy Ciemności w takim ubraniu. – W łazience rzuciła mi sukienkę, która wisiała w jednej z przegródek, i niemal popchnęła mnie do kabiny. – Swoje ubranie możesz powiesić tu, na wieszaku, i potem zanieść je do swojej sypialni.
Mówiła tonem nie znoszącym sprzeciwu, a ja i bez tego czułam się tu dość obco. Byłam inaczej ubrana niż wszystkie i czułam się, jakbym przyszła na zabawę przebrana za kaczuszkę, nie wiedząc, że to nie bal przebierańców i że wszyscy występują w dżinsach.
Szybko zrzuciłam z siebie ubranie i włożyłam przez głowę czarną suknię, wzdychając z ulgą bo to był mój rozmiar. Sukienka prostą ale gustowną uszyta z miękkiego, niemnącego się materiału, miała długie rękawy i okrągły dekolt, który w dużym stopniu odsłaniał moje ramiona (jak dobrze, że włożyłam czarny biustonosz!). Wokół dekoltu, zakończenia rękawów i u dołu suknia została ozdobiona szlakiem czerwonych błyszczących koralików. Naprawdę była ładna. Stopy wsunęłam z powrotem w swoje czarne baleriny, uważając, że można je nosić do wszystkiego, po czym wyszłam z kabiny.
– Przynajmniej pasuje na mnie – powiedziałam. Spostrzegłam jednak, że Afrodyta wcale nie patrzy na moje ubranie, tylko na mój Znak, co mnie wkurzyło. Dobrą mam Znak wypełniony kolorem, i co z tego? Mimo to się nie odezwałam. W końcu to impreza Afrodyty, a ja jestem tu tylko gościem. Czyli: pozostaję w zdecydowanej mniejszości, więc powinnam cicho siedzieć.
– Ponieważ ja prowadzę cały obrzęd, nie będę miała czasu, by cię bez przerwy prowadzić za rączkę.
Może i powinnam trzymać buzię na kłódkę, ale nie wytrzymałam:
– Słuchaj, Afrodyto, wcale nie musisz prowadzić mnie za rączkę.
Popatrzyła na mnie spod zmrużonych powiek, a ja przygotowałam się na kolejną scenę zazdrośnicy. Ona jednak uśmiechnęła się nieprzyjemnie, co bardziej przypominało obnażenie kłów przez rozwścieczonego psa. Nie nazwałam jej jeszcze suką, ale skojarzenie samo się nasuwało.
– Jasne, że nie muszę. Po prostu prześlizgniesz się przez te obchody tak samo, jak prześlizgnęłaś się przez wszystko inne. W końcu jesteś nową pupilka Neferet.
Świetnie, nie ma co. Nie dość, że była zazdrosna o Erika i zaniepokojona moim niezwykłym Znakiem, to jeszcze zazdrościła mi tego, że Neferet jest moją mentorką.
– Wiesz, Afrodyto, nie sądzę, bym była nową pupilka Neferet. Po prostu jestem tu nowa. – Starałam się przemawiać do niej rozsądnie, nawet się uśmiechnęłam.
– Mniejsza o to. Gotowa jesteś? Zrezygnowałam z pomysłu przeprowadzenia z nią rzeczowej rozmowy, marząc, by jak najszybciej odbył się i zakończył ten nieszczęsny rytuał.
– Chodźmy. – Przeszła ze mną przez resztę sali i po prowadziła mnie do kręgu. Dwie dziewczyny, do których podeszłyśmy, rozpoznałam jako „wiedźmy z piekła rodem" towarzyszące jej w stołówce. Tyle że teraz nie miały miny, jakby zjadły kwaśną cytrynę, ale uśmiechały się do mnie ciepło.
To mnie nie zwiodło. Mimo wszystko też się do nich uśmiechnęłam. Kiedy jest się na terytorium nieprzyjaciela, najlepiej wtopić się w otoczenie, niczym się nie wyróżniać i udawać głupka.
– Cześć, jestem Enyo – powiedziała jedna z nich, ta wyższa. Oczywiście była blondynką ale jej długie włosy przypominały bardziej łan zboża niż złoto, choć w wątłym blasku świec trudno było orzec, które z tych banalnych określeń jest trafniejsze. Ponadto nie wydawało mi się, by Enyo była naturalną blondynką.
– Cześć – odpowiedziałam.
– A ja jestem Dejno – - odezwała się ta druga. Na pewno była mieszańcem dwu ras, jej cera przypominała kawę mocno rozbieloną śmietanką włosy miała wspaniałe, gęste i kręcone, pewnie takie, które nie dają się rozprostować ani na chwilę bez względu na wilgotność powietrza.
Obie były na swój sposób idealne.
– Cześć – powtórzyłam. Czując się klaustrofobicznie, stanęłam miedzy jedną a drugą, gdyż zrobiły mi miejsce w kręgu obok siebie.
– Życzę wam trzem przyjemnych obchodów – powie działa Afrodyta.
– Na pewno będzie przyjemnie – obie odpowiedziały chórem i wymieniły między sobą tak znaczące spojrzenia że skóra mi ścierpła. Starałam się zwrócić uwagę na coś innego, bym wiedziona impulsem, a nie dumą nie wyparowała z tej sali.
Teraz z wnętrza kręgu lepiej mogłam widzieć resztę sali: wyglądała podobnie jak świątynia Nyks, z tą tylko różnicą, że przy stole dostawione było krzesło, na którym ktoś siedział w niedbałej pozie. Siedział, to może za dużo powiedziane. Wciśnięty w krzesło albo rzucony na nie – on lub ona – w kapturze zasłaniającym głowę.
No cóż…
Stół nakryty był taką samą aksamitną materią w czarnym kolorze, która pokrywała ściany, a na blacie stał posążek bogini, misa z owocami, chlebem, kilka kielichów i dzbanek. Oraz nóż. Przetarłam oczy, by mieć pewność, że dobrze widzę. Tak, to był nóż, z kościanym trzonkiem, długim zakrzywionym ostrzem, stanowczo zbyt ostrym jak na nóż, którym bezpiecznie można kroić owoce czy chleb. Dziewczyna, którą chyba widziałam już w internacie, zapalała grube trociczki wetknięte w ozdobne kadzielniczki ustawione na stole, całkowicie ignorując tego kogoś na krześle. O rany, czy ten dzieciak zasnął?