Natychmiast całe wnętrze zaczęło się wypełniać dymem – zielonkawym, wijącym się, przybierającym niesamowite kształty duchów. Spodziewałam się, że będzie miał słodkawą woń, jak kadzidełka w świątyni Nyks, ale gdy dotarła do mnie smuga dymu, zaskoczył mnie jego gorzki zapach. Wydał mi się jakoś znajomy, zmarszczyłam brwi, starając się ze wszystkich sił przypomnieć sobie, skąd go znam. Trochę przypominał mi liście laurowe, trochę goździki. (Muszę pamiętać, by podziękować Babci, że mnie nauczyła rozpoznawać zapachy różnych przypraw i ziół). Wciągnęłam raz jeszcze w nozdrza intrygujący zapach i poczułam, że trochę mi się zakręciło w głowie. Dziwne. Miałam wrażenie, że zapach się zmienią w miarę jak rozchodzi się po sali, tak jak niektóre drogie perfumy, które na każdym inaczej pachną. Niuchnęłam raz jeszcze. Tak. Liście laurowe i goździki. Ale coś jeszcze. Coś, co sprawiało, że całość ostatecznie pachniała gorzko i ostro. Zapach ciemny, tajemniczy, pociągający jak zakazany owoc
Zakazany owoc? Tak, teraz już wiem.
Do diabła! Pokój wypełniał zapach dymu ziół zmieszanych z marihuaną. Nie do wiary! To ja broniłam się zawsze przed spróbowaniem skręta (przecież to jest niehigieniczne, a poza tym dlaczego miałabym brać coś, po czym dostaje się dzikiego apetytu na tuczące fast foody?), odrzucałam nawet delikatnie czynione propozycje na różnych imprezach, by zobaczyć, jak to jest, a tymczasem teraz stoję tutaj w kłębach dymu marychy?! Kayla by nigdy w to nie uwierzyła.
Ogarnięta paranoidalnym strachem (może to efekt uboczny działania marihuany), rozejrzałam się po całym kręgu pewną że zaraz zobaczę jakiegoś profesora, który natychmiast wkroczy i… coś zrobi… boja wiem co… na przykład ześle nas do karnego obozu, do jakich zsyła się sprawiających kłopoty nastolatków.
Na szczęście tutaj (w przeciwieństwie do świątyni Nyks) nie było dorosłych, jedynie około dwadzieściorga nastolatków. Rozmawiali normalnie, jakby to była pestka: serwować marihuanę, która przecież jest całkowicie zakazana. Starając się oddychać jak najpłycej, zwróciłam się do dziewczyny stojącej po mojej prawej stronie. Kiedy czujesz się niepewnie (albo panikujesz), utnij sobie małą rozmówkę.
– Powiedz mi, Dejno… masz niezwykłe imię. Czy ono ma jakieś szczególne znaczenie?
– Dejno znaczy: straszna – odpowiedziała z niewinnym uśmieszkiem.
Wysoka blondynka stojąca po lewej stronie wtrąciła promiennie:
– Enyo znaczy: wojownicza.
– Aha – odpowiedziałam grzecznie.
– A imię Pefredo, tej, która zapala właśnie kadzidełka, znaczy: osa. Swoje imiona wzięłyśmy z mitologii greckiej. To imiona trzech sióstr gorgon i Scylli. Według mitu były to czarownice, które miały jedno wspólne oko, ale naszym zdaniem to męska propaganda szerzona przez mężczyzn nie-będących wampirami, a chcących upokorzyć silne kobiety.
– Naprawdę? – zapytałam, nie wiedząc, co powiedzieć. Naprawdę.
– No pewnie – odrzekła Dejno. ~ Ludzcy faceci są beznadziejni.
– Powinni wszyscy wyginąć – dodała Enyo.
Tę złotą myśl zagłuszyła (na szczęście) muzyką więc nie sposób było dalej rozmawiać.
Muzyka rzeczywiście rozpraszała. Bębnienie było zarówno tradycyjne, jak i nowoczesne. Tak jakby ktoś wymieszał pościelowe piosenki z plemiennymi tańcami zalotników. W tym momencie, ku mojemu zdumieniu, Afrodyta zaczęła tańczyć. Owszem, można powiedzieć, że była seksowna. To znaczy: była zgrabna i poruszała się tak jak Catherine Zeta-Jones w filmie „Chicago". Ale na mnie to jakoś nie robiło wrażenia. Nie dlatego, że nie jestem lesbijką, raczej dlatego, że była to nędzna imitacja tańca Neferet do „Gdy stąpa, piękna". W tamtej muzyce była poezja, a jeśli w tej także miała być, to raczej do słów: „Ktoś jej się dobiera do tyłka".
Oczywiście każdy się gapił na Afrodytę, kiedy tak zarzucała dupskiem, a ja w tym czasie mogłam rozejrzeć się po kręgu, udając, że wcale nie szukam wzrokiem Erika, gdy go jednak znalazłam, i to vis-a-vis mnie, spostrzegłam, że jest jedyną osobą która nie patrzy na Afrodytę. Bo on patrzył na mnie. Zanim zdążyłam zdecydować, czy powinnam uciec wzrokiem, uśmiechnąć się do niego, pomachać mu albo zrobić jeszcze coś innego (Damien radził mi uśmiechnąć się, a on jest znawcą- to nic, że samozwańczym – chłopaków), muzyka umilkła a ja przeniosłam wzrok z Erika na Afrodytę. Zatrzymała się na środku kręgu, naprzeciwko stołu. Wzięła do jednej ręki świecę, do drugiej nóż. Świeca była zapaloną więc Afrodyta niosła ją przed sobą ostrożnie jak kaganek do miejsca w kręgu, gdzie pośród czerwonych świec tkwiła jedna żółta Nie potrzebowałam ponaglającego szturchnięcia ze strony Wojowniczej czy Strasznej, by zwrócić się na wschód. Gdy wiatr zmierzwił mi włosy, zobaczyłam kątem oka jak Afrodyta zapala żółtą świecę, unosi w górę nóż i kreśli nim w powietrzu pentagram, mówiąc:
O, wietrze niosący burze, przyzywam cię w imieniu Nyks, Spełnij me życzenia, które zanoszę do ciebie I niechaj zapanuje tu magia!
Muszę przyznać, że była w tym dobra. Chociaż nie emanowała taką mocą jak Neferet, to jednak widoczna praktyka sprawiła że panowała nad głosem i jego barwą która stała się aksamitna. Kiedy zwróciliśmy się na południe, sięgnęła po kolumnową czerwoną świecę stojącą wśród mniejszych czerwonych, a wtedy oblało mnie znajome już uczucie gorąca na całym ciele.
Ogniu błyskawicy, przyzywam cię w imieniu Nyks, Ty, który wzniecasz burze, nadajesz moc czarom, Proszę cię, wspomóż mnie w zaklęciach, bym mogła działać!
Odwróciliśmy się raz jeszcze za Afrodytą, znów oblałam się gorącym rumieńcem i tym razem nieoczekiwanie jakaś moc ciągnęła mnie w stronę niebieskiej świecy tkwiącej między czerwonymi. Wystraszona powstrzymywałam się ze wszystkich sił, by nie wystąpić z kręgu i nie dołączyć do Afrodyty, by razem z nią przy wołać wodę.
Nawałnico deszczu, przywołuję cię w imieniu Nyks. Bądź przy mnie ze swoją mocą wciągania w głąb W tym wszechogarniającym rytuale!
Co, do licha, mi się stało? Spociłam się i było mi strasznie gorąco, a nie przyjemnie ciepło jak przy poprzednich obchodach. Znak na czole wprost palił mnie, a w uszach (mogłabym przysiąc) słyszałam ryk oceanów. Bezwiednie zwróciłam się jeszcze raz w prawą stronę.
Ziemio, szeroka i głęboka, przywołuję cię w imieniu Nyks. Niech poczuję, jak się ruszasz z posad, gdy ogłoszą potęgę, Co nastąpi, jeśli wspomożesz mnie w odprawianiu tego obrzędu!
Afrodyta ponownie przecięła powietrze nożem, a ja poczułam ciężar trzonka w dłoni. Poczułam też zapach trawy i posłyszałam krzyk lelka jakby gnieździł się gdzieś w pobliżu, niewidzialny, ale bliski. Afrodyta wróciła teraz do kręgu. Stawiając z powrotem palącą się jeszcze czerwoną świecę na środek stołu, dokończyła zaklęć:
Duchu, dziki i wolny, w imieniu Nyks przyzywam cię, przybądź do mnie!
Odpowiedz! Zostań ze mną podczas tego potężnego obrzędu
I obdarz mnie swoją potęgą!
Jakoś się domyśliłam, co ona teraz zrobi. Niemal słyszałam w głowie, a nawet w duszy jej słowa. Kiedy uniosła kielich i zaczęła obchodzić wokół krąg, to mimo że nie było w niej gracji i autorytetu Neferet, słowa przez nią wypowiadane rozpalały się we mnie, tak jakbym sama miała ogień wewnętrzny, który promieniował na zewnątrz.
– Nadeszła pora pełni księżyca naszej bogini. Jest coś wzniosłego w tej nocy. Starożytni znali jej tajemnice, wykorzystywali je do wzmocnienia siebie… do zerwania cienkiej zasłony dzielącej oba światy, by przeżyć przygody, o których my dzisiaj możemy tylko marzyć. Tajemnice… zagadki… czary… prawdziwe piękno i moc przyobleczone w wampirze formy – nieskażone ludzkimi zasadami czy prawami. Bo my nie jesteśmy ludźmi! ~ Tu jej głos nabrał siły i odbił się echem od ścian, tak jak przedtem głos Neferet. ~ My, Córy i Synowie Ciemności, zanosimy dziś do ciebie te same prośby, które zanosiliśmy podczas każdej pełni księżyca przez ostatni rok: wyzwól w nas siłę, która sprawi, że nabierzemy kociej zręczności i gibkości powszechnej w świecie dzikiej przyrody wśród naszych braci mniejszych, byśmy nie tkwili jak oni w klatkach zniewolenia, w okowach łańcuchów nakładanych przez słabych i ograniczonych ludzi.