Выбрать главу

Kiedy Afrodyta skończyła stanęła dokładnie naprzeciw mnie. Oddech miała przyspieszony, policzki pałające, tak samo jak ja. Wzniosła kielich, po czym mi go podała.

– Wypij to, Zoey Redbird, i dołącz się do naszych próśb o to, co się nam z natury należy, bo zaświadczone jest naszą krwią ciałem i Znakiem zapowiadającym Przemianę, Znakiem, którym i ty zostałaś naznaczona.

Wiem, powinnam powiedzieć: „nie". Ale jak? Zresztą o dziwo, nie miałam ochoty odmówić. Z pewnością nie lubiłam Afrodyty ani jej nie ufałam, czy jednak to, co mówiła, nie było prawdą? Przypomniałam sobie reakcję mojej matki i ojczyma na mój Znak, przestrach K.ayli, obrzydzenie Drew i Dustina. Oraz przykry fakt, że ani razu do mnie mc zadzwonili, nie przysłali żadnej wiadomości, od kiedy wyszłam z domu. Spisali mnie na straty, zostawili samej sobie, bym bez niczyjej pomocy zmagała się z nowym życiem.

Zrobiło mi się smutno, chociaż ta myśl w sumie bardziej mnie chyba zeźliła, niż zasmuciła.

Wzięłam kielich od Afrodyty i upiłam spory łyk. To było wino, ale nie smakowało jak wino pite podczas wcześni ej-s/ego obrzędu. Ono również było słodkawe, miało przy tym aromat, jakiego nigdy przedtem jeszcze nie próbowałam. Ostry, słodko-gorzki smak rozlał się w moich ustach, spłynął po gardle i napełnił mnie szalonym pragnieniem, by napić się go więcej, jak najwięcej.

– Bądź pozdrowiona ~ syknęła Afrodyta i wyrwała mi kielich z dłoni tak gwałtownie, że kilka kropel czerwonego płynu wylało mi się na palce. Uśmiechnęła się do mnie triumfująco.

– Bądź pozdrowiona – odpowiedziałam machinalnie, czując zawrót głowy z powodu wypitego wina.

Afrodyta stanęła teraz przed Enyo, podając jej kielich, a ja nie mogąc się opanować, zlizałam z palców ostatnie krople, by posmakować jeszcze tego wspaniałego smaku rozlanego wina. Było niewypowiedzianie smakowite… I ten aromat… trochę jakby znajomy… ale w głowie mi szumiało i nie mogłam się dostatecznie skupić, by przypomnieć sobie, z czym mi się ten smak kojarzy.

Nie zauważyłam, kiedy Afrodyta skończyła obchód całego kręgu, dając wszystkim po kolei upić łyk z kielicha. Pilnie ją śledziłam, mając nadzieję, że gdy wróci do stołu, dostanę jeszcze jeden łyk. Afrodyta uniosła w górę kielich.

– Wielka, tajemnicza bogini Nocy i pełni księżyca, ty, która rządzisz piorunami i burzami, która prowadzisz duchy i starszyznę, o, piękna i zadziwiająca, której słucha nawet starszyzna sprzed wieków, wesprzyj nas w tym, o co cię prosimy. Tchnij w nas swą moc, magię i siłę.

Następnie przechyliła kielich i opróżniła jego zawartość do ostatka, czemu przyglądałam się z zazdrością. Kiedy skończyła pić, muzyka znów zaczęła grać. W tym czasie Afrodyta obeszła krąg w drugą stronę, śmiejąc się i tańcząc, zdmuchując po kolei wszystkie świece, a na koniec żegnając się z żywiołami. Teraz patrząc na nią inaczej ją postrzegałam, jej obraz najpierw się zamazał i zmienił, tak że w końcu w Afrodycie widziałam Neferet, tyle że jakby młodszą wersję starszej kapłanki.

– Do pomyślnego następnego spotkania – powiedziała na koniec. Wszyscy wygłosiliśmy chórem rytualne słowa pożegnania. Zamrugałam, a wtedy wizja Afrodyty jako młodej Neferet zbladła i Znak przestał mnie palić. Nadal jednak czułam na języku smak wypitego wina. Dziwne. Nie lubię przecież alkoholu. Naprawdę, po prostu nie odpowiada mi jego smak. Ale w tym winie było coś innego, coś znacznie lepszego nawet niż smak czekoladowych trufli (wiem, że trudno w to uwierzyć). I nadal nie mogłam sobie przypomnieć, co w nim było znajomego.

Krąg rozsypał się i wszyscy zaczęli się śmiać i mówić jednocześnie. Nad naszymi głowami pozapalały się gazowe lampy, zaczęliśmy mrugać, w pierwszej chwili oślepieni ich blaskiem. Spojrzałam dalej, poza krąg, chcąc sprawdzić, czy czasem Erik mnie nie obserwuje, ale jakieś poruszenie zwróciło moją uwagę. Osobnik wciśnięty w krzesło i pozostający bez ruchu przez całą ceremonię wreszcie zaczął się ruszać. Jakby się szarpnął, z trudem próbując dźwignąć się do pozycji siedzącej. Kaptur ciemnej peleryny zsunął mu się na plecy, ukazując płomienno rudą mierzwę włosów i bledszą niż zazwyczaj pucołowatą i usianą piegami twarz.

To ten nieznośny mały Elliott! Dziwne, że tu trafił. Co Córy i Synowie Ciemności mogli chcieć od niego? Raz jeszcze rozejrzałam się po sali. Tak jak podejrzewałam, wszyscy pozostali byli urodziwi, on jeden był brzydki i nie pasujący do reszty. Nie mógł należeć do tego grona.

Przetarł oczy, zaczął mrugać, ziewać, wyglądało na to, że zanadto nawdychał się kadzideł i trawki. Podniósł rękę, by sięgnąć do nosa (pewnie chciał w nim podłubać) i wtedy zobaczyłam, że ma zabandażowane przeguby. Co do…?

Straszne podejrzenie zjeżyło mi włosy na głowie. Niedaleko mnie stały Enyo i Dejno, rozmawiając z ożywieniem z dziewczyną zwaną Pefredo. Podeszłam do nich i zaczekałam, aż zrobią przerwę w konwersacji. Ukrywając fakt, że żołądek skręca mi ból, uśmiechnęłam się do nich i machnąwszy nonszalancko w stronę Elliotta, zapytałam niedbale:

– Co ten dzieciak tu robi?

Enyo spojrzała we wskazanym kierunku i wzniosła oczy ku górze.

– Ach, on… – powiedziała lekceważąco. – W zasadzie nic. Służył nam dziś za lodówkę.

– Straszny frajer – dodała Dejno z szyderczym uśmiechem.

– Praktycznie to człowiek – dodała z niesmakiem Pefredo. – Nic dziwnego, że nadaje się tylko na bar przekąskowy.

Mój żołądek dał znać, że za chwilę wywróci się całkiem na lewą stronę.

– Czekajcie, bo nie chwytam. Lodówka?… Bar przekąskowy?…

Dejno, czyli Straszna, obrzuciła mnie wyniosłym spojrzeniem swych czekoladowych oczu.

Tak właśnie nazywamy ludzi: lodówka, bar przekąskowy. No wiesz, śniadanie, obiad, kolacja…

– Albo coś jeszcze w przerwach między jednym a drugim posiłkiem – prychnęła Enyo, Wojownicza.

– Nadal nie… – zaczęłam, ale Dejno mi przerwała.

– Och, daj spokój. Nie udawaj, że się nie domyśliłaś, co jest dodane do wina, i że nie uwielbiasz tego smaku.

Tak, nie wypieraj się, Zoey. Przecież widzieliśmy. Byłabyś wszystko wypiła, nawet więcej niż my. Zauważyłam, jak oblizywałaś palce – powiedziała Enyo, przysuwając się do mnie blisko, by pogapić się na mój Znak. – Czułaś się jak ćpunka, no nie? Trochę adeptką a trochę wampir, dwa w jednym. Przyznaj, wypiłabyś więcej krwi tego dzieciaka.

– Krwi?… – - powtórzyłam nieswoim głosem. Słowo „ćpunka" dźwięczało mi w głowie.

Tak, krwi – powtórzyła z naciskiem Straszna. Zrobiło mi się gorąco i zaraz zimno, odwróciłam się od nich, by nie patrzeć na ich domyślne miny, i natychmiast zobaczyłam Afrodytę. Stojąc po drugiej stronie sali, rozmawiała z Erikiem. Nasze spojrzenia się spotkały, a wtedy jej twarz stopniowo rozjaśniał złośliwy uśmiech. Znów trzymała w ręku kielich, uniosła go w górę, jakby chciała mnie pozdrowić w ten sposób, po czym upiła łyk i odwróciła się, wybuchając śmiechem rozbawiona czymś, co powiedział Erik.