Выбрать главу

Chcąc trzymać się mimo wszystko, użyłam jakiejś błahej wymówki i wyszłam powoli z tej sali. Gdy tylko zamknęłam za sobą ciężkie drewniane drzwi, puściłam się pędem przed siebie, gnając na oślep. Nie wiedziałam, dokąd biegnę, wiedziałam tylko, że chcę stamtąd uciec jak najdalej.

Napiłam się krwi – w dodatku krwi tego okropnego Elliotta – a co gorszą smakowała mi! Teraz wiedziałam, skąd znam ten zapach – tak pachniał Heath, kiedy miał skaleczoną rękę. Nie nowa woda kolońska wydała mi się atrakcyjna i upojna, tylko jego krew. Potem raz jeszcze poczułam jej zapach w holu, gdzie Afrodyta zadrasnęła udo Erika; ja też miałam ochotę ją zlizywać. Byłam ćpunka.

Wreszcie zabrakło mi tchu, więc oparłam się o chłodny kamień muru okalającego teren szkoły i tam zaczęłam wymiotować.

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Rozdygotana otarłam usta wierzchem dłoni i potykając się, odeszłam z miejsca, gdzie zrobiło mi się niedobrze (wolałam się nie zastanawiać, czym wymiotowałam i jak to wygląda). Zatrzymałam się dopiero przy ogromnym dębie, który rósł tuż przy murze i którego potężne konary przewieszały się również na zewnątrz. Oparta o pień starałam się ze wszystkich sił powstrzymać od dalszych wymiotów.

Co mi się stało? Co ja zrobiłam?

W tym momencie usłyszałam miauczenie dochodzące z wyżej położonych gałęzi. Takie zrzędliwe, przeciągłe miauczenie.

Spojrzałam w górę. Na konarze wspierającym się o mur siedziała mała jasnoruda kotka. Wpatrywała się we mnie wielkimi oczami i najwyraźniej nie była za mnie zadowolona.

– Jak się tam dostałaś?

– Miau – odpowiedziała, prychając, i zaczęła ostrożnie posuwać się po gałęzi, chcąc widocznie podejść do mnie bliżej.

– Chodź, kici, kici – wabiłam ją.

– Miiiaaaauuuu – pisnęła ponownie, posuwając się na przód o długość połowy swej małej łapki.

– Dobrze, chodź dalej, maleńka – - zachęcałam ją. Odsunęłam od siebie posępne myśli o swoim uzależnieniu i zwróciłam je na bezpieczniejsze tory ratowania kotka. Prawdę mówiąc, po prostu nie mogłam myśleć o tym, co zaszło. W każdym razie jeszcze nie teraz. Za wcześnie. Za świeże. Kicia pojawiła się w samą porę. W dodatku wydała mi się jakoś znajoma. – No chodź, malutką chodź do mnie – przemawiałam do niej cały czas, a jednocześnie zaparłam się noskiem baleriny o mur, łapiąc za najniżej położoną gałąź, którą potraktowałam jak linę, by móc wspiąć się nieco wyżej i dosięgnąć kotki czyniącej mi nieustannie wyrzuty.

W końcu kotka znalazła się w zasięgu ręki. Patrzyłyśmy na siebie przez dłuższą chwilę, tak że zaczęłam się zastanawiać, czy my się czasem już nie znamy. Może ona wie, że właśnie skosztowałam krwi i że mi bardzo posmakowała? Czy mój oddech zdradza treść wymiotów? Czy mój wygląd się zmienił? Czy wyrosły mi kły? (To ostatnie pytanie może jest głupie, bo przecież dorosłe wampiry też nie mają kłów, no ale zawsze…).

Kocina znów miauknęła i spróbowała przysunąć się jeszcze bliżej. Wyciągnęłam rękę i mogłam już podrapać japo łebku; kotka położyła uszy, zamknęła oczy i zaczęła mruczeć z zadowoleniem.

– Wyglądasz jak małe lwiątko – powiedziałam jej. -Widzisz, o ile jesteś milsza, kiedy nie marudzisz? – Nagle przetarłam oczy zdumiona. Już wiedziałam, dlaczego wydała mi się znajoma. – Ukazałaś mi się we śnie – przypomniałam jej, a odrobina szczęścia znalazła do mnie dostęp przez moje mdłości i lęki. – Jesteś moją kotką!

Kotka otworzyła oczy, ziewnęła szeroko i znów prychnęłą jakby komentując to, że tyle czasu zabrało mi dochodzenie do tego odkrycia. Z pewnym wysiłkiem wdrapałam się na szeroki parapet muru, gdzie mogłam się wygodnie usadowić i skąd było blisko do gałęzi, na której siedziała kotka.

A ona z kocim westchnieniem oderwała się od gałęzi i skoczyła na mur, po czym przeszła na swych małych łapkach do mnie i zaraz umościła się na moich kolanach. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko znów zacząć drapać ją po łepku, na co reagowała głośnym mruczeniem. Głaskałam kotkę i jednocześnie próbowałam uspokoić zamęt, jaki panował w mojej głowie. Powietrze pachniało zbliżającym się deszczem, choć noc była wyjątkowo ciepła jak na koniec października. Odrzuciłam do tyłu głowę, zaczerpnęłam powietrza głęboko do płuc i wystawiłam się na zbawienne działanie poświaty księżycowej, która nawet zza chmur miała mnie uspokoić. Spojrzałam na kotkę. – Wiesz, Neferet mówiła, że powinno się wysiadywać w świetle księżyca. – - Rzuciłam okiem na niebo. – - Lepiej by było, gdyby te głupie chmury odpłynęły sobie, ale i tak…

Gdy tylko wymówiłam te słowa powiew nagłego wiatru, który zerwał się koło mnie, odegnał chmury przesłaniające księżyc.

– O, dziękuję – zawołałam w przestrzeń, nie zwracając się do nikogo konkretnego. – Co za sprzyjający wiatr. -Kotka zamruczała niecierpliwie, zwracając mi uwagę, że przestałam ją drapać za uszami. – Chyba cię nazwę Nala ponieważ jesteś jak mała lwiczka – powiedziałam, wznawiając drapanie. – - Wiesz, kiciu, taka jestem zadowolona, że cię dzisiaj znalazłam. Po takiej nocy należało mi się coś dobrego. Nie uwierzyłabyś…

Poczułam bardzo dziwny zapach, który mnie zaintrygował do tego stopnia, że urwałam w pół słowa. Co to może być? Ze zmarszczonym nosem zaczęłam węszyć. To był zapach starzyzny, jak po otwarciu domu zamkniętego przez dłuższy czas, może zapach piwniczny. Nie był przyjemny, ale też nie taki okropny, żeby zapierał dech. Po prostu nietypowy i niewłaściwy. Zupełnie nie pasujący do nocy na otwartej przestrzeni.

Coś jeszcze zwróciło moją uwagę. Wyjrzałam poza falisty długi mur. I wtedy zobaczyłam postać dziewczyny, lekko ode mnie odwróconej, jakby niepewnej, dokąd ma pójść. Przydała mi się moja świeżo nabyta zdolność dobrego widzenia nawet w nocy, zwłaszcza że ta część muru pozostawała nieoświetlona. Poczułam rosnące napięcie. Czyżby jedna z Cór Ciemności przyszła mnie śledzić? Stanowczo nie chciałam już mieć z nimi do czynienia, jak na dzisiejszą noc wystarczy.

Musiałam wydać z siebie jakiś artykułowany jęk, choć wydawało mi się, że jęknęłam tylko w myśli, bo dziewczyna podniosła głowę i popatrzyła dokładnie w to miejsce na murze, gdzie siedziałam. Wydałam stłumiony okrzyk, poczułam, jak strach łapie mnie za gardło.

To była Elizabeth! Ta sama Elizabeth Bez Nazwiska która podobno umarła. Kiedy mnie zobaczyła, jej oczy, upiornie czerwone, otworzyły się jeszcze szerzej, krzyknęła niesamowitym głosem, zakręciła się na miejscu i z niebywałą prędkością poszybowała w ciemności nocy.

Nala wygięła w łuk grzbiet i syknęła z taką wściekłością jakiej trudno by się spodziewać po takim małym zwierzątku.

– No już dobrze, w porządku – uspokajałam ją chcąc jednocześnie i siebie uspokoić. Obie trzęsłyśmy się ze strachu, a Nala jeszcze wydawała niski gardłowy pomruk. – To nie mógł być duch. Nie, niemożliwe. To było jakieś dziwne… dziecko. Pewnie je wystraszyłam i…

– Zoey! Zoey! Czy to ty?

Wzdrygnęłam się i omal nie spadłam z muru. Tego już było za wiele dla Nali. Znów przejmująco syknęła po czym zgrabnie zeskoczyła z moich kolan wprost na ziemię. Spanikowana do granic wytrzymałości złapałam się za gałąź, by całkiem nie stracić równowagi, i wytężyłam wzrok, wpatrując się w ciemności.

– Kto tam? Kto tam? – wołałam, a serce tłukło mi się w piersiach jak szalone. Nagle oślepiły mnie strugi światła dwóch latarek skierowane wprost na mnie.

– Jasne, że to ona! Co, ja bym nie rozpoznała głosu swo-jej najlepszej przyjaciółki? Przecież znikła nie tak znowu dawno!