Na widok Werchiela wytrzeszczyła oczy. Wiadro z mydlinami wysunęło się z jej dłoni, a jego zawartość rozlała się po stopniach ołtarza.
Werchiel pomyślał, że jego postać musiała rzeczywiście budzić grozę, kiedy rozwinął w pełni skrzydła, skupiając na nich promienie wschodzącego słońca.
Kobieta próbowała uciekać, wykonała kilka niezdarnych, spazmatycznych ruchów, ale skutecznie sparaliżował ją strach. Starą, wychudzoną rękę przycisnęła rozpaczliwie do piersi, otwierając usta w niemym krzyku. A potem padła na posadzkę; jej gasnący wzrok zatrzymał się na złotym krzyżu, symbolu jej wiary.
Werchiel uśmiechnął się.
– Miło było znów Cię usłyszeć – wycedził przez zęby, biorąc to, co się przed chwilą stało, za znak dany mu przez Boga. – A więc niech tak będzie.
W spodniach od piżamy i T-shircie Aaron zszedł powoli po schodach. Na dole czekał już na niego z niecierpliwością Gabriel. Aaron ziewnął i przysłonił sobie dłonią usta. Poczuł nieprzyjemny zapach snu. Na szczęście mógł wziąć z lodówki trochę soku, wrócić na górę i umyć zęby, zanim będzie musiał otworzyć usta do króregoś z domowników.
Spał dłużej, niż planował, ale biorąc pod uwagę problemy z zaśnięciem w nocy oraz to, że była niedziela, zupełnie się tym nie przejął. Po prostu chciało mu się pić, nic więcej.
– Mogę teraz coś zjeść? - spytał Gabriel, który nie od-stępował go na krok w drodze do kuchni.
– Jak tylko naleję sobie soku – odpowiedział Aaron. Linoleum pod stopami było zimne. Dzięki temu łatwiej mógł zrzucić z siebie resztki snu. Lori siedziała przy kuchennym stole pod oknem, karmiąc Steviego płatkami.
– Cześć – Aaron przywitał się, otwierając drzwi lodówki.
– Dzień dobry – odpowiedziała matka. Gabriel na chwilę zostawił Aarona, żeby przywitać się z Lori i Stevenem. Aaron chciał napić się soku prosto z kartonu, ale pomyślał, że lepiej będzie sięgnąć do szafki po szklankę. Napełnił ją do połowy, oparł się o blat i spróbował ugasić ogromne pragnienie, które tak mu dokuczało.
Wtedy zauważył, że Lori przygląda mu się. Miała ten wyraz twarzy, który mówił, że coś jest nie w porządku. Na pewno zaraz przekaże mu jakieś złe wieści. Aaron aż za dobrze znał to spojrzenie – dokładnie tak samo wyglądała, kiedy musieli odwołać rodzinny wyjazd do Disneylandu, ponieważ organizujące go biuro podróży niespodziewanie splajtowało. Potem już nigdy nie pojechali do parku Disneya. – O co chodzi? – spytał.
Stevie postanowił, że zje śniadanie samodzielnie i wyjął łyżkę z dłoni matki. Nabrał stertę płatków i przysunął sobie miskę.
– Mam dla ciebie bardzo złą wiadomość – powiedziała Lori, odkładając na stół mokrą od łez chusteczkę.
– Co się stało?
Na stole leżała lokalna gazeta i Lori obróciła ją tak żeby Aaron mógł przeczytać nagłówek na pierwszej stronie.
PSYCHIATRA ZGINĄŁ W POŻARZE.
Aaron nie zorientował się, dlaczego powinno go to zmartwić, dopóki nie zobaczył zdjęcia pod tekstem. Na czarno-białej fotografii strażacy z Lynn walczyli z ogniem trawiącym jakiś budynek biurowy. Pod zdjęciem znajdował się podpis: „Doktor Jonas zginął wczoraj w swoim biurze przy Boston Street 257 w którym wybuchł gwałtowny pożar. Dokładne przyczyny wypadku nie są jeszcze znane, mówi się jednak o możliwej eksplozji na skutek wadliwej instalacji gazowej".
Aaron oderwał wzrok od gazety i spojrzał na matkę,
– O mój Boże! – wykrztusił tylko.
Lori podeszła do młodzieńca i ścisnęła go za ramię.
– Tak mi przykro – powiedziała współczującym tonem. – Dodzwoniłeś się do niego wczoraj?
Aaron usłyszał to pytanie jak przez mgłę. Doktor Jonas nie żył. Mieli się spotkać wczoraj, ale po tym wszystkim, co się zdarzyło, i po rozmowie z Ezekielem kompletnie o tym zapomniał. Postanowił więc, że zadzwoni do psychiatry w poniedziałek i przeprosi za swoją nieobecność.
Lori ścisnęła go znowu za rękę.
– Aaronie?
– Przepraszam, wyłączyłem się na moment. Co mówiłaś?
– Doktor Jonas dzwonił tu wczoraj, kiedy cię nie było. Oddzwoniłeś do niego?
Aaron wolno pokręcił głową. – Dzwonił? Ja nie… nie widziałem żadnej wiadomości.
Kiedy wrócił wieczorem do domu, był skonany. Rodzina poszła gdzieś na kolację, w domu panowała błoga cisza. Aaron nakarmił Gabriela, wyprowadził go, a potem poszedł na górę do łóżka, żeby pooglądać telewizję.
– Nie wiedziałem, że dzwonił – powtórzył zamyślony, wyobrażając sobie lekarza, którego widział zaledwie dwa dni temu, pełnego życia i chętnego do pomocy. 'Jak mogło do tego dojść? – zadał pytanie, nie spodziewając się odpowiedzi.
– W gazecie napisali, że to prawdopodobnie wybuch gazu – wyjaśniła Lori, zabierając pustą miskę po płatkach i wstawiając ją do zlewu.
Stevie wstał od stołu i podreptał do salonu, nie zważając na nic, co mogło stanąć mu na drodze.
Aaron zorientował się, że krążący po kuchni Gabriel nic jeszcze nie jadł.
– Przepraszam, kolego – powiedział, podchodząc do suszarki i zdejmując z niej psią miskę.
Lori zabrała się za zmywanie naczyń po śniadaniu.
– Jeśli to rzeczywiście gaz, to wystarczyła jedna iskra…
Aaron nasypał Gabrielowi karmę do miski i postawił ją na macie, obok miski z wodą. Jego matka wciąż mówiła, ale uwagę Aarona zwróciło tylko to jedno zdanie.
W myślach zobaczył, jak Zeke zapala papierosa.
– Jeśli to był gaz…
Słowa matki odbijały się echem w jego głowie. Zeke zapalił papierosa opuszkami palców. Z jego palców wystrzelił płomień.
– …wystarczyła jedna iskra.
ROZDZIAŁ 8
Aaron nie mógł się doczekać poniedziałku.
Liceum imienia Kena Curtisa stało się jego azylem. W jego murach obowiązywały proste zasady – chodzić na lekcje, odrabiać zadania, zaliczać klasówki. Nie tak jak w świecie zewnętrznym, który z każdym dniem stawał się dla niego coraz bardziej obcy i nierealny.
W szkole nie musiał zawracać sobie głowy gadającym psem, Nefilimem, Potęgami ani śmiercią. Był bezpieczny, przynajmniej do zakończenia lekcji czyli do wpół do trzeciej. Szkoła skutecznie odwracała jego uwagę i właśnie tego potrzebował.
W przerwie obiadowej Aaron poszedł do swojej szafki, żeby zostawić tam podręczniki z porannych zajęć. Nie był głodny, ale świadomość, że po szkole musi jeszcze iść do pracy w klinice, skłoniła go do przekąszenia czegoś.
Kiedy pakował książki i zeszyty do szafki, upadł mu na ziemię skrypt z psychologii. Aaron schylił się po podręcznik i wtedy pomyślał o Michaelu Jonasie. Natychmiast w jego głowie zakiełkowało pytanie, które od weekendu nie dawało mu spokoju: Co naprawdę spowodowało ten pożar?
Po raz kolejny przed oczami stanął mu widok anioła Ezekiela zapalającego papierosa palcami.
Dlaczego tak mnie to zastanawia? Po co te spekulacje? -pomyślał Aaron, odkładając z powrotem skrypt do szafki. Wiedział przecież, że Zeke nie miał nic wspólnego z pożarem, w którym zginął psychiatra. W gazecie było napisane, że ogień wybuchł wczesnym popołudniem, kiedy Aaron i Gabriel siedzieli z upadłym aniołem w pokoju hotelowym.
Ale co z innymi? - nie opuszczało go złe przeczucie,
– Co z tymi… Potęgami?
Zamykając szafkę, poczuł nagły ucisk w żołądku. Może jednak daruję sobie obiad i pójdę od razu do biblioteki?- pomyślał.