Выбрать главу

– Możesz błagać do woli, Nefilimie. Nic ci to nie pomoże. Zostaniecie zniszczeni. – W tym miejscu Werchiel przerwał na chwilę, zainteresowany krzykami dziecka,

– Wszyscy z wyjątkiem jego – dodał w zamyśleniu. – Chyba go sobie zatrzymam.

*

Werchiel czerpał widoczną, perwersyjną satysfakcję, widząc, jak Nefilim płaszczy się przed nim, błagając o litość. I to ma być wybawca? Ten, który miał doprowadzić do pokoju między Niebem a Ziemią – pokoju, którego obydwie strony nie zakosztowały od czasu stworzenia? Wydawało mu się to śmieszne – a jednak w tym nędznym robaku dostrzegał coś wyjątkowego.

– Przyprowadźcie mi dziecko – nakazał swoim aniolom skinieniem ręki.

Jeżeli kiedykolwiek ma nastać pokój, to tylko wtedy, gdy wszyscy wrogowie jedynego prawdziwego Boga zostaną starci na proch unoszący się w powietrzu. To przekonanie, które sam stworzył na własne potrzeby, było jedynym, w które potrafił uwierzyć.

– Zostaw go w spokoju! – krzyknął ten, którego nazywali Aaronem, szamocząc się w uścisku jego gwardzistów.

Przeklęty pies ruszył wyzywająco w ich stronę, jeżąc sierść na karku i obnażając kły, na których wciąż widać było ślady krwi zranionego anioła.

– Chcesz się przekonać, który z nas kąsa bardziej? -Werchiel spytał psa, kierując w jego stronę swój miecz.

– Nie! – krzyknął Nefilim. – Chodź, Gabe. Prosze, chodź do mnie.

Pies z wahaniem wrócił do swojego pana, warczał jeżąc się na widok aniołów, którzy go trzymali.

– Dobry piesek. – Werchiel usłyszał, jak Aaron uspokaja bestię. – Już dobrze, wszystko w porządku.

Stwierdził, że nie ma już czasu udowadniać chłopcu, jak bardzo się myli. Przywołał do siebie Uriela, który wciąż próbował zatamować krew płynącą z rozszarpanej przez psa dłoni.

– Dziecko – rozkazał – przynieś mi je.

Anioł wyrwał wrzeszczącego chłopca z objęć matkii podczas gdy Samael i Tufiel przytrzymali jego rodziców. Kakofonia krzyków i wycia doprowadzała Werchiela na skraj wytrzymałości nerwowej, ale zdołał się powstrzymać. W końcu to tylko zwierzęta.

Uriel przyprowadził szarpiące się dziecko przed oblicze Werchiela, przytrzymując je za włosy, by można mu się było lepiej przyjrzeć.

– Ma w sobie sporo energii – rzekł ranny anioł. To prawda – pomyślał Werchiel, przyglądając się chłopcu, który wbił w niego swój nieprzytomny wzrok. Będzie nam dobrze służył – podniósł płonące ostrze i przesunął nim tam i z powrotem przed oczami Steviego, który z uwaga podążył wzrokiem za mieczem.

– Nadajesz się na psa gończego – powiedział na głos. Masz wzrok tropiciela.

Wtedy błagalnym głosem odezwał się znowu Nefilim. Uriel cofnął się o krok, nie wypuszczając dziecka z objęć.

– Uspokój się, Nefilimie – Werchiel zdobył się na dobrotliwy ton. – Powiedziałem ci już, że nie zamierzam robić mu krzywdy. Jednak drzemie w nim potężna moc – pomyślał, przyglądając się Nefilimowi. Czuł, jak promieniuje z ciała tego młodego człowieka. – Czego, niestety, nie mogę powiedzieć o waszych rodzicach – wycedził wolno, wskazując czubkiem miecza Toma i Lori.

– Nie mam z nich żadnego pożytku. A ponieważ zostali skażeni twoim dotykiem…

Samael i Tufiel zdążyli odskoczyć w ostatniej chwili, nim płomień z miecza Werchiela pożarł łapczywie przerażonych rodziców Aarona, ogarniając ich nienasyconym ogniem.

*

Tom i Lori krzyczeli tylko przez kilka chwil, chociaż Aaronowi wydawało się, że trwa to całą wieczność. Ich poczerniałe szkielety, odarte z włosów, skóry i mięśni zwaliły się na ziemię w śmiertelnym uścisku.

Werchiel spojrzał na Aarona, napawając się przerażeniem malującym się na jego twarzy.

– A teraz – powiedział, a w kącikach jego bladych ust pojawił się uśmieszek – jeśli pozwolisz, chciałbym kontynuować.

Gabriel odrzucił łeb do tyłu i zaczął przeraźliwie wyc. Aaron był pewien, że nigdy nie słyszał równie rozpaczliwego tonu w jego głosie.

Jego rodzice nie żyli – zostali spaleni żywcem na jego oczach. Przypomniał sobie dzień swoich ostatnich urodzin, kiedy w tym samym pokoju stał i patrzył na matkę. Przez głowę przeleciała mu wtedy myśl, że kiedyś może jej zabraknąć. Serce biło mu jak szalone i z trudnością łapał oddech.

W powietrzu unosił się gryzący zapach palonego ciała i Aaron resztkami sił zmusił się, żeby nie zwymiotować.

Werchiel coś do niego mówił, ale Aaron nie słuchał. Na suficie nad nimi migała lampka alarmu przeciwpożarowego, ale i na to nie zwracał uwagi. Przed oczami cały czas miał obraz dwójki ludzi, których kochał najbardziej na świecie, trawionych płomieniami. Ich szkielety nadal tliły się u jego stóp.

Niespodziewanie Aarona naszła wątpliwość, czy ogień, którym posługują się zabójczy aniołowie to ten sam ogień, na którym ludzie gotują i który płonie w zapalniczce. Może to jakiś specjalny rodzaj ognia, przydzielany na podstawie specjalnych identyfikatorów przez najwyższych rangą Urzędników w niebie. Aaron uśmiechnął się, choć był to raczej grymas ostrego i nagłego bólu. Jeśli jestem taki niezwykły, może też potrafię się nim posługiwać – zastanowił się.

Kątem oka dostrzegł jakiś ruch i odwrócił wzrok od dogasających resztek Toma i Lori.

Stevie został porwany. Anioł o imieniu Uriel wyniósł go na rękach przez wyrwane z zawiasów drzwi frontowe. Ale dokąd? Nie miał na nogach butów ani skarpetek. W pierwszej chwili Aaron chciał pójść za nim, ale powstrzymał go kolejny koszmar, rozgrywający się na jego oczach w tym samym pokoju. Aniołowie złapali Gabriela.

Czterech gwardzistów przygwoździło psa do podłogi. Nad nimi stał Werchiel z obnażonym mieczem – tym samym, którym pozbawił życia rodziców Aarona, zamieniając ich w kupkę zwęglonych popiołów.

Gabriel walczył, tocząc pianę z pyska i kłapał szczękami, próbując ugryźć któregoś ze swoich wrogów. Aaron chciał mu jakoś pomóc, zagrzać do walki, ale nie miał w sobie tyle sił.

Spojrzał z powrotem na dogasające ciała rodziców. Teraz nie było już widać nawet kości i Aaron zastanawiał się, czy on spłonie równie szybko. Coś go wzywało. Słyszał to echo gdzieś w oddali, ale z początku nie zwracał na nie uwagi. Był zajęty obserwowaniem, jak ogień wieńczy swoje makabryczne dzieło.

Po raz kolejny usłyszał swoje imię, tym razem duzo wyraźniej i zdał sobie sprawę, że dźwięk nie dochodzi z domu, ale gdzieś z wnętrza jego głowy. Obrócil się i zobaczył w zwolnionym tempie, że Werchiel wznosi swój miecz nad Gabrielem.

Dlaczego wszystkie najstraszniejsze rzeczy rozgrywają sie w zwolnionym tempie? – pomyślał z rosnącym przerazeniem.

Coś znów wymówiło jego imię, jeszcze dobitniej. Ten głos wyrwał go na chwilę z letargu i Aaron poczuł narastającą wściekłość. Narastała aż do furii. Oni zamordowali mu rodziców i porwali jego młodszego brata. Nie mógł pozwolić, żeby zabili też Gabriela.

Nadal trzymany przez dwóch aniołów, klęczał, z rekami wykręconymi do tyłu. Czuł, jak przytrzymują go także za głowę. Chcieli, żeby patrzył, jak ostrze Werchiela pozbawia życia jego najlepszego przyjaciela.

Głos w jego głowie nie milknął. Nakłaniał go, żeby coś zrobił – jednak nie za pomocą słów, lecz emocji w jak najczystszej postaci. Aaron wiedział, do kogo należy ten głos. Gdy miał z nim do czynienia po raz ostatni, był to najdziwniejszy z węży, którego zaakceptował i przed którym otworzył cały swój umysł.

Teraz głos był starszy, bardziej dojrzały i mocniejszy.

I choć bronił się przed tym, stanowił jego część.

Aaron poczuł nagły przypływ siły. Wstał z kolan, z łatwością zrzucając z siebie trzymających go aniołów.