Выбрать главу

Gospodarz zrobił odpowiednią do tego smutnego wydarzenia pauzę, a ja, przeprowadziwszy w myśli proste działanie arytmetyczne, kolejny raz zdumiałem się dokładnością ocen Holmesa: od razu powiedział, że nasz klient jest młodszy, niż wydaje się na pierwszy rzut oka.

– Mógłbym długo wyliczać dziwactwa mojego taty, jego ekscentryczne wybryki, zatrzymam się wszakże tylko na jednym, dla nas najistotniejszym. – Des Essarts zatoczył ręką koło. – Mam na myśli ten dom. Tata rozebrał do fundamentów rodowe gniazdo i całkowicie je przebudował, faszerując różnymi bagatelami… to jest różnymi różnościami: tajnymi przejściami, sekretnymi wnękami, śpiewającymi podłogami, zamurowanymi w ścianach rurami, które przy określonym kierunku wiatru zaczynały wzdychać i wyć… Mamusia nienawidziła tych sztuczek z całej duszy. Po tragicznej śmierci taty zniszczyła, co mogła. Ale bynajmniej nie wszystko udało się jej znaleźć. Na przykład osiem lat temu, kiedy zmieniano tapety w małym buduarze, znaleziono w ścianie wnękę z nieprzyzwoitymi książkami. W zeszłym roku w wąwozie przy ogrodzeniu parku – des Essarts machnął ręką gdzieś w lewo – osunęła się ziemia i w zboczu ukazało się podziemne przejście, które zapewne dawniej prowadziło do domu, ale zdążyło się zawalić. A pozaprzeszłej jesieni…

– Może pan dalej nie mówić. Wszystko i tak jest jasne – przerwał mu Holmes, energicznie zaciskając i prostując palce, co zawsze było u niego oznaką największego podniecenia. – Bomba została umieszczona w skrytce, której położenie nie było znane pańskiej matce, a tym bardziej panu.

– Tak, tak, właśnie to chciałem… Gdzieś tutaj musi być tajny schowek, o którym nie wiem. Proszę mnie nie pytać, skąd ten sekret zna Lupin – to mnie przeraża najbardziej. Znaczy to bowiem, że ten podły złodziej zna dom lepiej niż jego prawowity właściciel!

– Za pozwoleniem, sir – nie wytrzymałem. – Mimo pańskich zapewnień o tym, że szantażysta twardo dotrzymuje słowa, sądzę, że chce pana po prostu zastraszyć. Najprawdopodobniej żadna tajna skrytka nie istnieje.

– Istnieje! – krzyknął des Essarts. – W tym bezczelnym liście łotr podał nawet kod, za pomocą którego można znaleźć bombę!

Teraz już zupełnie przestałem cokolwiek rozumieć, a Holmes rzucił niefrasobliwie:

– Myślę, Watsonie, że czas, byśmy wreszcie zerknęli na ten fatalny dokument.

Gospodarz z obrzydzeniem, jakby dotykał ropuchy, wziął z gzymsu kominka arkusik papieru i podał mojemu przyjacielowi.

Zaglądając im przez ramię, zobaczyłem, że list skreślono zamaszystym pretensjonalnym pismem na błękitnym papierze z monogramem AL.

Holmes przebiegł tekst wzrokiem, uśmiechnął się i przeczytał go jeszcze raz, głośno, od razu tłumacząc na angielski:

30 grudnia 1899 roku

Do właściciela posiadłości Vau-Garni.

Wielce szanowny Panie,

Arsène Lupin ma zaszczyt obłożyć Pana podatkiem od bogactwa.

Jeśli z ostatnim uderzeniem zegara w starym wieku nie przekaże mi Pan 1 750 000 franków, ręczę słowem honoru, że Pański zamek wyleci w powietrze wraz z całą zawartością. Jutro wieczorem, nie później niż o wpół do dwunastej, proszę wyjść z domu albo, jeśli Pan woli, zamknąć się w gabinecie, skąd nie wolno będzie Panu wyjść przed nadejściem dwudziestego wieku. Torbę z pieniędzmi proszę zostawić w jadalni.

Niech Panu nie przyjdzie do głowy złamać choć jeden z tych warunków. I niech Bóg Pana broni przed zwróceniem się do policji – w takim wypadku mechanizm piekielnej machiny zadziała przed oznaczonym terminem i całą odpowiedzialność poniesie wyłącznie Pan. Zabójcą nie będę ja, lecz Pańska chciwość.

No, a żeby miał Pan czym zająć myśli, oto maleńka wskazówka, w której zaszyfrowano miejsce ukrycia ładunku.

24b, 25b, 18n, 24b, 25b, 23b, 24b.

Jeśli rozwiąże Pan tę zagadkę i znajdzie skrytkę, Pańskie szczęście. Może Pan wówczas zatrzymać swoje pieniądze, jako że inteligencja zasługuje na nagrodę. Mechanizm zegarowy wyłącza się, przesuwając po prostu czerwoną dźwignię w lewo.

A zatem, jak mówią sprzedawcy losów na loterię, „Graj i wygrywaj!’.

Z wyrazami najgłębszego szacunku

A.L.

– Co za nikczemność! – nie wytrzymałem. – On się z panem bawi jak kot z myszą! Postąpił pan słusznie, sir, zwracając się do nas. Holmes, przyjacielu, koniecznie musisz rozwiązać tę zagadkę. Trzeba temu spryciarzowi utrzeć nosa!

– Jestem teraz cały przy nadziei – wyszeptał des Essarts, chcąc zapewne powiedzieć „w tym cała moja nadzieja”. Spoglądał na detektywa ze strachem i ufnością.

Holmes w skupieniu ściągnął brwi.

– Mam trzy pytania, sir. Pierwsze: dlaczego właśnie milion siedemset pięćdziesiąt tysięcy? Szantażyści na ogół żądają okrągłych sum. Drugie: co oznacza podkreślony fragment „z całą zawartością”? Trzecie: o jakim zabójstwie mowa? Czy zna pan odpowiedzi na te pytania?

Des Essarts westchnął z ubolewaniem.

– Tak, drogi panie Holmes. Znam aż za dobrze. Na moim rachunku w banku jest dokładnie milion siedemset pięćdziesiąt tysięcy franków. To cały mój kapitał. Niestety, des Essartsowie nie są już tak bajecznie bogaci jak kiedyś. Fanaberie taty i niepraktyczność mamusi mocno nadszarpnęły niegdyś bardzo duży majątek. Klejnoty familijne z kufra Jeana François – wskazał na portret perkatonosego przodka – zostały zamienione na gotówkę i po większej części roztrwonione. Podejrzewam, że Lupin zainteresował się zamkiem Vau-Garni, gdyż doszły do niego pogłoski o słynnym korsarskim kufrze. Wszelako, jak panowie widzicie, nie domaga się brylantów i szmaragdów. Wie, że już ich nie ma. I wymieniając sumę z taką buchalteryjną dokładnością, daje do zrozumienia, że jest dokładnie poinformowany o mojej sytuacji finansowej. Chce mnie oskubać do jednej nitki! To jest do suchej nitki!

– Pozwoli pan zatem, że zadam jeszcze jedno pytanie. – Holmes rozejrzał się po pokoju. – Ile jest wart ten dom?

– Myślę, że jakieś trzysta tysięcy.

Spojrzeliśmy z Holmesem po sobie.

– Ależ łaskawy panie – powiedziałem z mimowolnym uśmiechem. – Wartość domu jest prawie sześciokrotnie mniejsza niż żądany okup. Co za sens oddawać tak dużo, skoro można ponieść mniejszą stratę? Poza tym w krajach cywilizowanych nieruchomości się zazwyczaj ubezpiecza.

– Zamek jest ubezpieczony, akurat na trzysta tysięcy – potwierdził des Essarts, po czym w ogóle przestałem cokolwiek rozumieć.

– Chwileczkę, Watsonie. – Holmes dotknął mego łokcia. – Pan des Essarts nie odpowiedział jeszcze na dwa kolejne pytania.

W oczach naszego gospodarza stanęły łzy. Wyjął z kieszeni chustkę, głośno wytarł nos i jęknął:

– Tu w ogóle nie chodzi o dom!… Nie, nie mogę… Chodźmy, sami panowie wszystko zobaczycie.

Zerwał się z krzesła i podreptał w stronę wąskiego korytarza, po obu stronach zabudowanego ściennymi szafami. Spojrzeliśmy po sobie i ruszyliśmy za nim.

IV

Korytarz wiódł do schodów, którymi weszliśmy na drugie piętro i znaleźliśmy się w obszernym pokoju – gospodarz nazywał go bawialnią. Pod wszystkimi ścianami stały tam kanapy i fotele. Zdyszany des Essarts padł na jeden z nich i jął chwytać ustami powietrze.

– Zaraz… Chwilę… Serce…

Holmes rozejrzał się i wskazując na drzwi, umieszczone w najdalszym kącie, zapytał:

– Jeśli właściwie się zorientowałem w rozplanowaniu domu, to jest wejście do dużej wieży, przylegającej do budynku od północy? Tam nas pan prowadzi?