Выбрать главу

– Czy to prawda, że wiele pan podróżował po Wschodzie i nawet mieszkał w Tybecie? – zapytał Fandorin-dono haczykowatonosego Holmesa.

– Tak. I poczyniłem tam sporo ważnych odkryć. Najważniejsze polega na tym, że nasza dusza i ciało są o wiele silniejsze, niż sądzą ludzie Zachodu. Trzeba tylko znaleźć w sobie klucz do źródła siły – powiedział angielski detektyw i od razu zrozumiałem, że mam przed sobą człowieka wielkiej mądrości. – O, jakąż książkę mógłbym o tym napisać, gdybym posiadał talent Watsona!

Z przyjemnością słuchałbym go dalej, ale tu wtrącił się pan zamku (pisałem już, że z twarzy jest on dziwnie podobny do ryżowego placka, a głos ma piskliwy jak kot):

– Arsène Lupin też ma własnego pisarza, monsieur Leblanca. Ja bym takich pisarzy powsadzał do więzienia! Jeśli się wie, gdzie ukrywa się zbrodniarz, trzeba zawiadomić policję.

– Holmes świetnie zna śmiercionośną japońską sztukę walki baricu – powiedział do mnie Watson-sensei. – Z pewnością pan o niej słyszał, panie Sibata.

Nie, o śmiercionośnej sztuce walki baricu nigdy nie słyszałem i nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jakimi znakami można napisać to słowo. Odniosłem wrażenie, że słowa doktora nie sprawiły przyjemności jego starszemu przyjacielowi – w każdym razie Holmes się skrzywił.

– Arsène Lupin też zna jakieś sprytne wschodnie dżicu – znów wtrącił Dezu-san (ten człowiek ma zbyt długie nazwisko, żeby za każdym razem pisać je w całości). – Przechwala się, że może w pojedynkę pokonać trzech przeciwników. Panie Fandorin, dopiero po drodze tutaj dowiedziałem się, że nie jest pan Amerykaninem, lecz Rosjaninem. Arsène Lupin też był w Rosji. Nasze gazety pisały, że ukradł milion z kasy państwowej. Pewnie w Petersburgu do tej pory się o tym mówi?

– Już o tym zapomniano – powiedział mój pan. – W Rosji z kasy państwowej kradnie się nie takie sumy. Panie Holmes, chciałbym pana spytać o organizację przestępczą profesora Moriarty’ego. W zapiskach doktora Watsona wspomina się o niej dość skąpo, a mnie bardzo interesuje kwestia stowarzyszeń k-kryminalnych.

– Trzymałem się instrukcji Holmesa. – Watson-sensei pogładził wąsy. – Nie pozwolił mi wdawać się w szczegóły.

Angielski detektyw pochylił głowę.

– Opowiem panu wszystko, co wiem. Kiedy tylko zakończymy nasze małe śledztwo. Ja zaś z kolei chciałbym poznać szczegóły historii doktora Linda. Czy to prawda, że był prawdziwym geniuszem kamuflażu?

– O tak.

– To bardzo ciekawe. Sam mam niemałe osiągnięcia w tej dziedzinie – powiedział chełpliwie Holmes.

Ukryłem uśmiech. Gdyby wiedział, przed kim się chwali!

– Lupin także jest mistrzem kamuflażu – rzekł smętnie Dezu-san. – Podobno potrafi z łatwością zmieniać wiek, chód, głos. Nawet wzrost!

Jest takie piękne rosyjskie przysłowie: „Ten o tym, ten o owym, a zawszony zawsze o bani”. Doskonale pasuje do naszego gospodarza, który nie jest w stanie myśleć o nikim poza Lupinem. Oczywiście można biedaka zrozumieć, ale zaczynałem mieć go dość – przeszkadzał mi słuchać rozmowy mądrych ludzi.

– To nie jest takie trudne – odrzekł uprzejmie mój pan. – Lind potrafił z łatwością zmieniać płeć. Ja się na coś takiego nigdy nie odważyłem.

– Szkoda, że nie widział mnie pan w emploi staruszki! – wykrzyknął ze śmiechem Holmes.

W zębach miał fajkę i kiedy wydawał szczekające dźwięki „cha-cha-cha”, z ust wyrywały mu się jeden po drugim małe kłaczki dymu.

Gospodarz otworzył usta – zapewne znów chciał powiedzieć coś o swoim Lupinie, ale w tym momencie (Watson-sensei wyjaśnił mi, że „w tym momencie” to bardzo ważny zwrot) zadzwonił telefon, stojący na stoliku przy ścianie.

Dezu-san zerwał się, przewracając kielich z winem, i rzucił się do aparatu.

Moja francuszczyzna, niestety, jest słaba, toteż nie zrozumiałem, co Dezu-san mówił do słuchawki. Co prawda, więcej słuchał i wykrzykiwał: „merde, merde!” – zapewne coś w rodzaju naszego „hai”. Zakończywszy rozmowę, powiedział z przejęciem:

– To Bosco! Byliście w błędzie, panowie. Lupin jednak zadzwonił! Wszystko wie! Przesyła ukłony monsieur Holmesowi i monsieur Fandorinowi! Powiedział, że nie ma do mnie pretensji, gdyż warunki gry nie zabraniają mi prosić o pomoc prywatnych detektywów. Ale jego żądanie pozostaje w mocy: do wpół do dwunastej musicie opuścić dom. Powiedział też, że cieszy się, mogąc skrzyżować szpady z takimi przeciwnikami.

Holmes wstał.

– Proszę mnie połączyć z zarządcą. Muszę mu zadać kilka pytań.

– W tej chwili! Wystarczy raz zakręcić korbką.

Dezu-san zakręcił korbką. Dmuchnął w słuchawkę. Jeszcze raz zakręcił. Jeszcze raz dmuchnął. Bardzo głośno powtórzył słowo „merde!”.

– Łączność się zerwała… To się, niestety, zdarza. Ale nie szkodzi! Pobiegnę i przyprowadzę Bosco tutaj, i będzie pan mógł zadać mu swoje pytania.

Pochylony, ruszył biegiem do drzwi – niezgrabne nogi ledwie za nim nadążały.

Odczekawszy, aż gospodarz się oddali, doktor Watson powiedział z oburzeniem:

– Typowo francuska brawura! Co za bezczelny typ z tego Lupina!

Na to Sherlock Holmes powiedział… Nie, przypomniałem sobie, że podczas kolejnej rozmowy o kunszcie pisarskim sensei pouczył mnie, żebym nie pisał ciągle „powiedział, powiedział”. Należy używać synonimów: „rzekł”, „odezwał się”, „przemówił”, a jeszcze lepsze są wyraziste czasowniki w rodzaju „wykrzyknął”, „jęknął” czy „wychrypiał”.

A więc Sherlock Holmes rzekł:

– To się nazywa „gaskonada” – zuchwałe wyzwanie. Francuzi wszystko robią dla efektu, na pokaz. Cóż pan myśli o tym nowo objawionym Robin Hoodzie, panie Fandorin?

Mój pan skrzywił się.

– Niedobrze mi się robi na myśl o tym łajdaku. Chełpi się tym, że nigdy nie zabija. A moim zdaniem lepszy już uczciwy m-morderca niż podły szantażysta, korzystający z cudzego nieszczęścia.

Energicznie kiwnąłem głową na znak, że całkowicie podzielam ten punkt widzenia.

– Absolutnie się z panem zgadzam – przyłączył się do naszej opinii angielski detektyw. – Musimy nie tylko znaleźć skrytkę z bombą, ale też wsadzić monsieur Lupina za kratki, gdzie jest jego miejsce.

– Bardzo bym jednak chciał, żeby przedtem stawiał opór – rzekł marząco Fandorin-dono. – Zobaczylibyśmy, jak dalece opanował zasady jujitsu.

Każde słowo mojego pana jest na wagę złota.

W tym momencie (można również powiedzieć „w tej samej chwili” – też nieźle brzmi) z korytarza dobiegły kroki i do jadalni wszedł mężczyzna z wąsami podkręconymi jak u Ody Nobunagi i bardzo bujną fryzurą. Właśnie po niej natychmiast odgadłem, że to zarządca. Widzieliśmy wcześniej jego sylwetkę w oknie stajni.

Dyszał urywanie – zapewne bardzo się do nas śpieszył. Powitał nas, obrzucając wszystkich pełnym przejęcia spojrzeniem, a ja pokłoniłem mu się z szacunkiem, albowiem ten Bosco zachował się jak przystało na wiernego wasala – wiedząc o bombie, nie opuścił w nieszczęściu swego pana.

– Monsieur jeszcze nie może złapać tchu. Dałem mu wody. Przyjdzie, jak tylko odsapnie. Mnie zaś kazał przyjść tutaj i odpowiedzieć na panów pytania – powiedział bardzo szybko po francusku.

Holmes tłumaczył wszystko doktorowi, a ja starałem się nie uronić ani słowa. Pan szepnął mi po rosyjsku, że Bosco mówi z włoskim akcentem. Włosi znani są jako doskonali służący, zatrudniają ich chętnie najlepsze domy Francji.