Выбрать главу

Może zadziałała tu energia ki, może gospodyni była mniej groźna, niż się wydawało na pierwszy rzut oka, może też był jakiś inny powód, w każdym razie panna Flame, również nie odrywając wzroku od Erasta Pietrowicza, nagle powiedziała:

– No dobra. Możecie na chwilę wejść. Dostaniecie szklaneczkę grogu, ale na nic więcej nie liczcie.

I z łomotem ruszyła pierwsza na górę.

Pannie Palmer wejście zajęło znacznie więcej czasu. Niewykluczone, że starsza pani umyślnie udawała słabość.

– Jak dobrze zrobiłam, biorąc pana ze sobą – szepnęła po drodze. – Kobietom tego pokroju zawsze się podobają bruneci o niebieskich oczach.

Wreszcie wdrapali się na piętro i znaleźli się w małej bawialni. Samej panny Flame tam nie zastali – widocznie poszła po grog, dzięki czemu goście mieli czas się rozejrzeć. Wszystkie ściany były zawieszone starymi afiszami i plakatami, przedstawiającymi pannę Flame w różnych sytuacjach: galopującą na koniu, idącą po linie, wkładającą głowę do paszczy lwa i nawet wylatującą z armaty. Był tam też zły, ale za to bardzo jaskrawy portret olejny – nie tyle w stylu Fragonarda, ile Rubensa. W każdym razie panna Flame została na nim wyobrażona w pozie (i stroju) Bat-szeby. Bujność jej kształtów, jeśli nawet artysta nieco przesadził, była doprawdy imponująca.

– A więc tak wyglądała wielka miłość biednego Geoffreya – mruknęła panna Palmer, oglądając płótno. – Cóż, bardzo się zmieniła. Teraz nie bez podstaw można ją nazwać starą miłością.

Fandorin roześmiał się, bo po angielsku kalambur – old Flame – brzmiał bardzo zabawnie.

Wróciła gospodyni. Nie tylko przyniosła dzbanek z grogiem i trzy szklaneczki, ale zdążyła się też przebrać – oto co znaczy sceniczny nawyk błyskawicznej zmiany kostiumów. Teraz miała na sobie obszerną pelerynę haftowaną złotymi nićmi, a jej głowę zdobił mieniący się jedwabny turban.

– „Molly Flame” to pseudonim sceniczny? – zapytał Erast Pietrowicz, działając zgodnie ze starą regułą prowadzenia śledztwa: na początek zapytaj o to, o czym sam obiekt chętnie opowie. – D-dobrze brzmi.

– Sama go wymyśliłam – pochwaliła się gospodyni, duszkiem opróżniwszy szklankę, i natychmiast nalała sobie znowu. – Przez siedemnaście lat to nazwisko było sławne na całym południowym zachodzie, od Gloucester do Weymouth i od Falmouth do Salisbury! Gdyby w sześćdziesiątym dziewiątym nie pogryzł mnie lew… Na samych sztuczkach daleko się nie zajedzie.

– Jak to „pogryzł”? – przeraził się Fandorin. – Boże święty!

Gospodyni podeszła do jednego z afiszy i stuknęła palcem w narysowanego lwa.

– To ten. Wabił się Czaka. Zębiska jak rzeźnickie noże. Ale sama jestem sobie winna. Zapomniałam wyjąć szpilkę z włosów. No i się ukłuł. Ledwie wyrwałam mu głowę z paszczy. Niech pan sam zobaczy.

Emerytowana cyrkówka opuściła głowę i ściągnęła turban. Na karku i potylicy widać było długie, poszarpane blizny.

W tym miejscu Erast Pietrowicz zagwizdał, panna Palmer jęknęła: „Och!”, i dalej rozmowa poszła jak po maśle.

Po jakiejś godzinie czy półtorej opowieści o minionej sławie, przy trzeciej szklaneczce grogu, doszło wreszcie do historii z lordem Berkeleyem – wyraźnie najbarwnieszego epizodu w karierze pogromczyni lwów i serc. Wyliczywszy wszystkie szaleństwa, jakie popełnił dla niej zakochany earl, panna Flame dotarła wreszcie do owego feralnego dnia, kiedy jego lordowska mość padł przed jej progiem rażony apopleksją.

– …Ale pod koniec Geoff całkiem sfiksował. Czego też nie wyprawiał! Przychodzi kiedyś, oczy mu dziko błyszczą. „Kochasz mnie do grobowej deski?”. Ja na to: „Oczywiście”. A co tu powiedzieć, kiedy wargi mu się trzęsą, a w oczach łzy? „Wszystko przemyślałem. Po wiek wieków nikt nas nie rozdzieli. Będziemy leżeć w jednym grobie jak Romeo i Julia”. I plecie coś o testamencie, o Drodze Mlecznej. Jednym słowem, brednie. I nagle wyciąga pistolet! Jak Boga kocham! Nogi się pode mną ugięły. Nie bój się, mówi. Ja wiem, że kobiety boją się strzałów. Pistolet jest dla mnie, a dla ciebie przygotowałem truciznę, i naprawdę wciska mi jakąś flaszkę. Dobrze, że nie straciłam głowy, zawsze byłam sprytną dziewczynką. Z furiatem nie ma co się sprzeczać. „Dobrze, wypiję. Ale ty w żadnym razie nie możesz się zastrzelić. Testament samobójcy nie ma mocy prawnej”. Mówił mi to jeden mój przyjaciel, jurysta, dawno to było, ale sobie przypomniałam. Wzięłam od niego truciznę, nalałam do szklanki, chlup – wypiłam i buch flakonem o kominek, aż szkło się rozprysło.

– Jak to wypiła pani? – Panna Palmer chwyciła się za serce.

– O tak – odparła cyrkówka.

Wzięła z kredensu szklankę, nalała grogu, wychyliła, a potem pokazała, że cała zawartość szklanki znajduje się w przezroczystej szklanej rurce, przymocowanej z boku i zręcznie ukrytej w rękawie.

– Bardzo prosta sztuczka. Występowałam z takimi jeszcze jako piętnastoletnia smarkula. No więc wypiłam, zachwiałam się, łzy w oczach. Wiecie, jaki miałam talent aktorski? Sama Sarah Bernhardt była kiedyś na przedstawieniu i na stojąco biła mi brawo. Jak Boga kocham! Występowałam wtedy w numerze „Gwiazda seraju”…

– No, a co na to lord Berkeley? – łagodnie powróciła do tematu panna Palmer.

– Kiedy mu powiedziałam, strasznie tkliwie: „Idź, ukochany! Żyj! Będę na ciebie czekać, teraz już mnie nie stracisz!” – stary dureń też się rozryczał. Krzyknął: „Nie będziesz czekać długo!”, i wyleciał, nawet nie patrzył, jak będę umierać, a umiałam to robić pierwszorzędnie – oczu nie można było oderwać. Pokazać?

– Trochę p-później – poprosił Erast Pietrowicz. – Ale proszę powiedzieć, na co pani liczyła? Nie bała się pani, że on wróci?

– Jasne, że się bałam. Ale już powzięłam decyzję: dosyć tego dobrego, wynoszę się, i tyle mnie tu w Bath widzieli! Chciałam pojechać do Glasgow, już dawno proponowali mi tam engagement. Tylko że Geoff, biedny dureń, niedaleko zaszedł. Zszedł na ulicę i padł. Szlag go trafił. I wiecie co, nigdy go nie kochałam, a wtedy zrobiło mi się go strasznie żal. Ryczałam chyba z tydzień. – Pannie Flame teraz też łzy nabiegły do oczu. – Nikt nigdy mnie tak nie kochał – ani przedtem, ani potem.

I zaniosła się łkaniem. Nie wydobyli z niej więcej ani słowa.

* * *

– Wie pan, całe moje życie upłynęło na przekonywaniu się o tym, jak słuszne są banalne prawdy – powiedziała panna Palmer, kiedy wyszli od Molly Flame i szybko maszerowali ulicą, żeby zdążyć na ostatni pociąg. – Od wczesnego dzieciństwa podają nam na łyżeczce całą mądrość, jaką nagromadziła ludzkość. Każdego dnia słyszymy: „Cicha woda brzegi rwie”, „Póki życia, poty nadziei”, „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” i tym podobne, a wszystko to jak rzucanie grochem o ścianę. Dopóki człowiek sam się nie potknie o kamień, o który przewróciły się już miliony ludzi, niczego nie zrozumie i niczego się nie nauczy. Za to kiedy już samodzielnie dokona jakiegoś odkrycia, ma ochotę krzyczeć na cały świat: „Ludzie! Słuchajcie mnie wszyscy! Czy wiecie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie? Właśnie to odkryłem!”. Albo: „Ach, jak źle robicie! Zapamiętajcie sobie: nie wszystko złoto, co się świeci!”. Ale nie ma sensu krzyczeć, tylko człowiek zedrze sobie gardło. I ja też tak żyję, drogi Eraście – od jednego banalnego odkrycia do drugiego. Teraz na przykład zrobiłam jeszcze jedno, bardzo ważne: nie taki diabeł straszny, jak go malują. Groźna panna Flame okazała się całkiem miła, nie znajduje pan? Nigdy nie należy wierzyć reputacjom, zwłaszcza złym.