Выбрать главу

Kiedy Fandorin próbował się wymówić od „bardzo sutego lunchu”, Kuźma Kuźmicz ogromnie się zdenerwował:

– Ależ jak to, jak to! To by było nie po naszemu, nie po rosyjsku! Z góry zapłaciłem, ze środków wspólnoty – zarząd zatwierdził, dla znakomitego gościa. Fulkors, trzy dania! Z winem!

Kładł szczególny nacisk na wino, najwidoczniej zakładając, że wszyscy prywatni detektywi lubią sobie popić. A może obiad z winem był dla komuny poważnym wydatkiem. Ta ostatnia myśl przesądziła sprawę.

– Tysiączne d-dzięki – powiedział Fandorin i ruszył za Łukowem pod Głowę Indianina, łamiąc w ten sposób dane słowo i rezygnując z pysznego japońskiego obiadu (placuszki ryżowe, marynowane warzywa, zielona herbata), który Masa spałaszuje teraz sam.

– Po cóż ma pan się ekspensować na houtel? – gruchał przewodniczący, wybiegając naprzód i otwierając jedno skrzydło drzwi. – Mógłby się pan zatrzymać u nas w dolinie.

– Tu jest t-telegraf – wyjaśnił krótko Fandorin, rozglądając się po „restauracji”.

Lokal był z kategorii wyjątkowo niewyszukanych. W Rosji nie nazwano by go nawet traktiernią, ale karczmą lub szynkiem, jako że poczesne miejsce zajmował tu długi szynkwas z butelkami i szklankami.

Kilka niemalowanych stołów z grubo ciosanymi krzesłami. Podłoga posypana trocinami. Na ścianie duże lustro, ale stłuczone: dokładnie pośrodku dziurka. Jedyną ozdobę stanowiły zwisające z sufitu wiązki cebuli i suchych strąków papryki oraz wprost nad ladą, na oddzielnej półce, jakiś zakurzony słój, w którym pływała postrzępiona i poczerniała głowa marynowanej kapusty.

Z boku, za rozsuniętą pluszową portierą można było jednak zobaczyć nieco elegantszy pokoik z tabliczką „Dla pań” – zapewne ten, o którym opowiadała Ashleen.

W saloonie było prawie pusto. Tylko przy jednym stole rżnęło w karty niewielkie towarzystwo: dwaj mężczyźni w zwykłych kraciastych koszulach i wiejskich kapeluszach oraz dwaj inni, odziani po miejsku. Kraciaści najwyraźniej byli miejscowi – obaj nosili broń. U jednego z ubranych w surduty, kiedy odchylił się na krześle, również zarysowało się pod pachą charakterystyczne wybrzuszenie.

– Podejrzane typy – szepnął Kuźma Kuźmicz, łypiąc z ukosa na graczy.

Fandorin nie patrzył więcej w tę stronę – zobaczył już dosyć.

– „Podejrzanymi” można nazwać tych, którzy budzą p-podejrzenia – powiedział, siadając przy nakrytym serwetą stole, na którego środku stała pękata butelka, tyle że nie wina, lecz whisky. – Tu zaś wszystko jest całkiem jasne. Ci dwaj w surdutach, którzy zwracają się do siebie „sir” i udają, że dopiero co się poznali, to szulerzy. A sądząc po tym, że obaj są uzbrojeni, również z-zabijacy. Widzi pan, jeden wygrał cały stos monet, a drugiemu gra niby nie idzie. Miejscowym przeznaczono rolę głupców. Ale Bóg z nimi. To nie nasza sprawa. Proszę mi opowiedzieć, co się tam dzieje w tej waszej dolinie.

– Nie, nie, najpierw trzeba zjeść. – Łukow obejrzał się w stronę szynkwasu i zamachał ręką. – Pliz, mister! Okej! Zaraz podadzą zupkę, kukurydzianą. Potem trzyfuntowy stek. A na deser ciasto z melasą. Ale proszę pić wino, proszę. Zaraz panu naleję.

Erast Pietrowicz z grzeczności zjadł łyżkę nieapetycznej brei, podłubał w twardym befsztyku, ciasto przekroił na pół i odsunął. Whisky podniósł do ust i odstawił na stół. Siwucha, jaką poczęstował go palacz na lokomotywie, w porównaniu z tym trunkiem była niczym dom perignon.

Tymczasem Kuźma Kuźmicz, zacierając pulchne rączki i nerwowo popatrując na graczy, opowiadał półgłosem o nieszczęściach biednych osadników.

– … Jesteśmy ludzie spokojni, przeciwnicy wszelkiego wajolensu, nie mamy broni, nawet wrony z warzywników odpędzamy tylko krzykiem. Właściciel ziemi, mister Cullighan (nazywają go tutaj cattle baron, to znaczy po naszemu „bydlęcy baron”), doprawdy nie może się na nas uskarżać. Rent płacimy punktualnie, z sąsiadami celestianami staramy się nie kłócić, chociaż, prawdę rzekłszy, to wstecznicy i chamy, jakich świat nie widział.

– C-celestianie? – powtórzył Fandorin. – A Mawrikij Christoforowicz mówił o mormonach.

– To są byli mormoni. Ale pokłócili się ze swoimi i przenieśli się z Salt Lake tutaj. Celestial Brothers, „Niebiańscy Bracia” – tak się nazwali. Czyli po prostu celestianie. I naprawdę są braćmi: apostoł Moroniusz, najstarszy, i sześciu młodszych. Każdy ma żony, dzieci.

– Ale przecież mormoni wyrzekli się wielożeństwa?

– Mormoni tak, a Moroniusz i jego bracia nie. Dlatego przyjechali tutaj w taką głuszę, gdzie, za przeproszeniem, ani prawa, ani porządku. Ach, Eraście Pietrowiczu, co myśmy się z nimi nacierpieli! Póki nie wpadliśmy na pomysł, żeby naszą część doliny odgrodzić płotem. Znaczy: żyjcie u siebie jak chcecie, a naszej prajwasy nie zakłócajcie. To akurat Amerykanie rozumieją… Ledwie nam się jako tako ułożyło z tymi kołpakami (celestianie mają takie wysokie czapki podobne do kołpaków, więc nazywamy ich między sobą „kołpakami”), a tu nowe nieszczęście, i to tysiąc razy gorsze od poprzedniego. Zaczęło się trzy tygodnie temu.

Przewodniczący po babsku wsparł policzek na dłoni, chwilę powzdychał, po czym podjął swoją bolesną opowieść.

– Pod koniec lata, jak trawa stwardnieje od dołu, wypasamy owieczki na górskich terasach. Ta ziemia też jest nasza, legalnie. Tak stoi w agrimencie. Dobre miejsce, od urwiska odgrodzone płotem. Nagle w nocy – trach-ba-bach! – palba. I to taka, jakby wojna wybuchła. Wystraszyliśmy się, pozamykaliśmy się w domach. Przybiega pastuszek Charitosza, cały się trzęsie. Mówi, że z ciemności nadlecieli jeźdźcy, na twarzach czarne chusty, i dawaj strzelać – ledwie uszedł z życiem… Rano zebraliśmy się na odwagę, idziemy tam – wszystkie owce wybite. Tylko trojga jagniąt się nie doliczyliśmy – bandyci zabrali je ze sobą. A resztę pozabijali tak sobie, dla psoty. Sto dwadzieścia sztuk! – Kuźma Kuźmicz o mało nie zaszlochał. – I zostawili znak: czaszkę na kiju. Że niby nie zapuszczajcie się tu, bo was zabijemy… A później było jeszcze gorzej. Mało im było górskiej łąki, połaszczyli się także na pole, gdzie mamy owies. Teraz już w biały dzień. Wpadło ich pięciu, z bronią, gęby zakryte czarnymi chustami. Podpalili owies, już całkiem dojrzały. Spalili sterty. Stodołę, co stała w pobliżu, też. I znowu zatknęli kij z czaszką. Owies – trudno. Ale dalej jest strumień, w którym poimy bydło. Kobiety boją się prać bieliznę. A przede wszystkim co teraz? Jeśli ci ganfajterzy przesuną granicę jeszcze dalej, to w ogóle jesteśmy zgubieni.

– K-kto? – zapytał Fandorin, słysząc nieznane słowo.

– Ganfajterzy. Rewolwerowcy, najgorsze typy ze wszystkich Amerykanów. Po naszemu mordercy. Z byle powodu strzelają na wszystkie strony z karabinów i pistoletów… Byliśmy już ze skargą u szeryfa, ichniego isprawnika, pisaliśmy do guberni. Wszystko na próżno. Tylko jeden Mawrikij Christoforowicz dodał nam otuchy. Przyślę wam, powiedział, porządnego Rosjanina. On się z tym upora.

Łukow spojrzał z nadzieją na Erasta Pietrowicza i dodał prosząco:

– Oczywista, dobrze by było, gdyby się obeszło bez wajolensu i krwi. Ale jeśli nie da się po dobroci, nie będziemy mieć do pana pretensji.

– D-dziękuję. – Fandorin znudzony skinął głową. Sprawa nadal wydawała mu się niewarta funta kłaków.

Kuźma Kuźmicz zaniepokoił się nagle:

– Zaraz, ale pan jest przecież sam. A tych bandytów wielu. Nie da pan sobie z nimi rady!

– Nie jestem sam – uspokoił go Erast Pietrowicz.