Выбрать главу

– Na miękkim piernacie. Żeby żona trzymała mnie za rękę, a w drzwiach tłoczyły się płaczące dzieci. I żeby, kiedy mnie powiozą na cmentarz, żaden sukinsyn w całym kondukcie nie miał u pasa rewolweru. Ech, przyjacielu! Podobno są na świecie takie miejsca, gdzie ludzie chodzą po ulicach bez broni i gdzie jest całe mnóstwo kobiet, w dodatku porządnych kobiet. Niestety, nigdy nie umiałem odkładać pieniędzy, wszystko trwoniłem. Przydałaby mi się duża forsa. Tak z pięć albo dziesięć tysięcy… Wyjechałbym stąd do diabła. Założył rodzinę. Tylko skąd wziąć taką kupę pieniędzy? – Zachichotał. – Chyba żeby obrabować pociąg? A co, na pewno by mi się udało. Tylko nie galopując wzdłuż torów i strzelając na wszystkie strony, jak te bałwany Czarne Chusty. Trzeba położyć w poprzek szyn zdechłą krowę i parowóz sam się zatrzyma. A dalej już prosta sprawa. Załoga lokomotywy nie będzie stawiać oporu, po co im nieprzyjemności! Pasażerów też nie ma co obszukiwać, cóż oni mogą mieć? Trzeba się od razu zająć wagonem pocztowym. Ładunek dynamitu pod drzwi – oczywiście jeśli poczciarze sami nie otworzą. Zabrać worki z pieczęcią skarbu. I szukaj wiatru w polu. Nic prostszego. Jest tylko jeden problem – rozsądni wspólnicy. Tylu poważnych ludzi wpadło przez kretynów, którzy nie potrafili trzymać języka za zębami i za dużo pili. – Melvin tak się rozżalił, że odpił z butelki niemal czwartą część zawartości. – O, z panem bym spróbował. Od razu widać, że nie jest pan gadułą i z nerwami też w porządku.

Puścił oczko i stało się jasne, że był to żart.

Rosyjską osadę objechali bokiem, żeby nie tracić czasu. Melvin Scott zabawiał towarzysza wykładem na temat, jak należy napadać na banki. Okazało się to jeszcze prostsze niż rabowanie wagonów pocztowych.

Kiedy jednak partnerzy dojechali do miejsca, w którym Fandorin zgubił ślad, „pink” urwał w pół słowa, zeskoczył z konia i przypadł do ziemi, czegoś wypatrując.

Odbiegł w bok, gdzie widać było wąziutkie przejście między dwoma głazami, zawęszył jak pies.

– Czuć koński pot… Koń tu nie przejdzie, żeby się nie otrzeć o skałę. Niech pan weźmie mojego za uzdę. I niech się pan do mnie zbytnio nie zbliża, nie przeszkadza.

Obserwować, jak pracuje prawdziwy profesjonalista, to zawsze wielka przyjemność.

Gdzie się podział cyniczny pijanica, który przez dwie godziny zamęczał Erasta Pietrowicza czczą gadaniną?

Ruchy Scotta były oszczędne, płynne, niemal wdzięczne. To wybiegał kilka kroków naprzód, to zastygał w miejscu, to węszył na wszystkie strony.

Fandorin nigdy w życiu nie zwróciłby uwagi na ledwie widoczny odprysk na kamiennej płycie – a zrobiła go końska podkowa, zdaniem „pinka”, nie dawniej niż zeszłej nocy. Potem, wskazawszy palcem ułamaną gałązkę, Scott skręcił w lewo, gdzie koryto wyschniętego strumienia wyprowadziło tropicieli w górę, na krętą ścieżkę, wspinającą się coraz wyżej. Z jednej strony wznosiła się stroma skalista ściana, z drugiej, pod urwiskiem, otwierał się widok na dolinę.

Oglądana stąd, przypominała ogromną miskę zupy szczawiowej, w której niby żółtko jaja pływało pole żyta wspólnoty „Promień Światła”. Erast Pietrowicz zatrzymał swoją kasztankę na samym skraju, żeby się ponapawać tym kulinarnym arcydziełem natury. Gniada klacz „pinka” nerwowo dreptała w miejscu, ciągnąc za uzdę przywiązaną do łęku siodła Fandorina. Nagle zarżała spłoszona, stanęła dęba i szarpnęła się w bok – spod jej kopyt śmignął w zarośla długi cętkowany wąż. Szarpnięta z nagła kasztanka też uskoczyła od skraju urwiska i wielbiciel piękna, ledwie zdoławszy uchwycić się wodzów, pokoziołkował w przepaść.

No, może nie była to przepaść, ale wiszący bezradnie Fandorin miał pod sobą co najmniej pięćdziesiąt sążni pustki i wyglądało na to, że nie uniknie upadku. Kasztanka, rżąc rozpaczliwie, zapierała się na ścieżce wszystkimi czterema nogami, ale nie była w stanie utrzymać człowieka – ślizgając się na kamieniach, klacz zsuwała się coraz bliżej skraju urwiska.

Najwyższy czas puścić wodze. Po cóż ciągnąć za sobą Bogu ducha winne zwierzę?

Szlachetny mąż nigdy się nie poddaje, nawet jeśli klęska jest nieunikniona. Wyłącznie z tego powodu, a bynajmniej nie po to, by odwlec zgubę, Erast Pietrowicz wczepił się w sterczący z pionowej ściany korzeń i puścił uzdę.

Korzeń był suchy, martwy, i oczywiście nie mógł wytrzymać takiego ciężaru. Nie urwał się, ale zaczął wysuwać się z ziemi. W dół posypał się piasek i drobne kamyki. Fandorin próbował namacać noskiem buta jakiś choćby najmniejszy występ, ale noga wciąż się zsuwała.

W ciągu minionych lat Droga ulubieńca Fortuny mogła się urwać dziesiątki, jeśli nie setki razy, i to ze znacznie sensowniejszych przyczyn, ale los, jak wiadomo, ma swoje racje i trudno mieć doń pretensje. Droga kończyła się głupio, ale przynajmniej pięknie: umrzeć w locie, zdążywszy powiedzieć życiu „dziękuję i żegnaj” – to wszak nie najgorszy finał.

– Dziękuję… – wymamrotał, ale nie dokończył, albowiem pojawiło się nad nim zasępione oblicze Melvina Scotta i silna dłoń chwyciła osuwającego się w dół Erasta Pietrowicza za nadgarstek. – Nie ma sensu – zachrypiał przez zaciśnięte zęby. – Pociągnę pana…

– Trzymam się kamienia – odpowiedział również przez zęby „pink”.

Z kieszeni kamizelki Scotta, kołysząc się i migocząc, zwisał złoty łańcuszek – piękny jak odchodzące życie.

Noga trafiła wreszcie na coś twardego – chyba kamień.

– Teraz spokojnie, nie szarp. – Mel ciągnął Fandorina w górę. – Powolutku, powolutku…

Jakąś minutę później obaj siedzieli ze zwieszonymi nogami na skraju urwiska, ciężko dysząc. Melvin Scott patrzył w dół, Erast Pietrowicz w górę. Oto jeszcze jedna śmierć uleciała w niebyt.

– Dziękuję – powiedział Erast Pietrowicz. – Spadłbym, gdyby nie ty.

– „Dziękuję” nie wystarczy. – „Pink” wstał, otrzepując spodnie. – Należy mi się gratyfikacja. Za dzisiejszy dzień zapłacisz podwójną taksę. Uważam, że tak będzie sprawiedliwie. A ty jak myślisz?

Erast Pietrowicz, wstrząśnięty, kiwnął głową. Nigdy jeszcze nie wyceniono jego życia na pięć dolarów… Scott uśmiechnął się ucieszony.

– No to świetnie. A poza tym obiecałeś dopłacić, jeśli doprowadzę cię do bandy. Chyba wiem, gdzie jest ich kryjówka. Chodźmy, to niedaleko.

Prawie pół godziny pięli się ścieżką która wreszcie wyprowadziła ich na szeroki płaskowyż: z prawej strony nadal było urwisko, ale z lewej rozciągał się spory taras, cały zasypany głazami. Dalej sterczała ściana skał, wyglądających jak wieże gotyckiego zamku.

– Miałem rację. Ukrywają się w starej kopalni. Przytulne miejsce. Nie wychylaj się! – Scott przygiął kark Fandorina i sam też schował się za głazem. Konie zostawili za zakrętem. – Tam jest wartownik!

– G-gdzie?

– Widzisz Dwa Palce?

Erast Pietrowicz wypatrzył w zboczu coś w rodzaju szczeliny; po obu jej stronach wznosiły się dwie wąskie skały, przypominające literę V, którą Amerykanie tak lubią pokazywać dwoma palcami.

– Popatrz przez lornetkę… Nie tutaj, niżej.

Fandorina od dawna już nikt nie traktował jak dyletanta. Zapomniał, jakie to wspaniałe uczucie – mieć przy sobie doświadczonego człowieka, który wie lepiej, co i jak należy robić.

Spenetrowawszy lornetką szarą powierzchnię skały, Erast Pietrowicz natknął się na czarny punkcik. Wyregulował ostrość.

Kapelusz. Czarna chusta zasłaniająca pół twarzy. Połyskująca lufa strzelby.

W połowie lewego „palca” znajdowała się jakby wnęka i właśnie w niej ulokował się wartownik. Gdyby nie „pink”, Fandorin nigdy by go nie dostrzegł.

– Zrobione – oznajmił z zadowoleniem Melvin. – Razem należy mi się od ciebie piętnaście baksów: pięć za dzień roboty, pięć za uratowanie życia i pięć za rezultat. Tam, za Dwoma Palcami, jest nieduże koryto, w którym kiedyś była kopalnia złota Córka Cullighana. Doskonała kryjówka. Na pewno zachowały się jakieś baraki, a więc jest dach nad głową. Woda też. A przede wszystkim nikt się tu nie dostanie. Dałoby się stąd powstrzymać całą armię.