Moroni rozwiązał worek, wyjął szklane naczynie i krzyknął.
Brzęk stłuczonego szkła, plusk, po ziemi potoczyło się coś ciężkiego. Starsi odskoczyli na boki.
W złowieszczej ciszy rozległ się płaczliwy głos Washa:
– Upuściliście głowę Rozłupanego Konia, durnie? No, to teraz zobaczycie. Wodzu, ty wiesz, że ja tego nie zrobiłem. Przeciwnie, przywiozłem to, czego szukasz!
Apostoł wziął się w garść.
– Spokój! Słój i tak trzeba by było rozbić. Dajcie jakąś szmatę. I przynieście coś, w co można to włożyć. Jakiś kosz albo co. Nie! W wieży jest srebrny półmisek, w ten sposób okażemy większy szacunek!
Ktoś co sił w nogach pobiegł za bramę, ktoś inny podniósł głowę i zaczął ją wycierać.
Pozostali zaczęli śpiewać psalm.
– Słuchaj, czarny! Za ile podejmiesz się zanieść głowę do Kanionu Węża? – zapytał przymilnie Razis. – Chcesz trzysta… nie, pięćset dolarów? W złocie! No?
Reed trącił klacz i ta z nieoczekiwaną żywością skoczyła z miejsca i odbiegła na jakieś dwadzieścia kroków.
– Patrzcie ich, jacy chytrzy! – krzyknął z bezpiecznej odległości. – A jeśli Bezgłowy mnie pozna? Ja jeden byłem tam czarny, kiedy go wieszali. Co prawda stałem z boku, ale zawsze… Nie zgadzam się za wszystko złoto świata! Wam na tym zależy, więc sami zanieście.
– Tysiąc! – z rozpaczą zawołali starsi, ale Reed zamiast odpowiedzi odjechał jeszcze na dziesięć kroków i prawie zniknął w ciemnościach.
Erast Pietrowicz zawahał się. Nieczęsto można zarobić tysiąc dolarów w złocie w tak niekłopotliwy sposób: wystarczy krótka przejażdżka (wprawdzie z niezbyt apetycznym bagażem). Ale czy wypada się bogacić na strachu zabobonnych ludzi? Szlachetny mąż pewnie by tego nie zrobił.
Tu jednak przyszedł mu do głowy lepszy pomysł – nawet sam Konfucjusz nie znalazłby w tym nic zasługującego na potępienie.
– Panowie, jeśli przykryjecie tę rz-rzecz jakąś serwetką, mogę ją zanieść do Kanionu Węża. Pieniędzy nie chcę, ale przysługa za przysługę. Rano wyruszam z ekspedycją przeciw bandytom. Będę potrzebował solidnych possi – mężczyzn dobrze władających bronią. Gdybyście mi dali piętnastu, dwudziestu ludzi…
– Jest nas dwudziestu ośmiu dorosłych mężczyzn! – zakrzyknął Razis. – Pójdziemy wszyscy!
Poparł go inny:
– Możemy też wziąć chłopców powyżej piętnastu lat, będzie to dla nich z pożytkiem. Wtedy zbierze się prawie czterdziestu konnych!
I będzie można jednym strzałem ubić dwa zające, pomyślał Fandorin. A nawet trzy. Uwolnić dziewczynę, wypędzić z doliny bandytów, a w dodatku poprawić stosunki między sąsiadami. Pułkownik Star będzie zadowolony.
– To nic nie da – powiedział ojciec młodzieńca, uśmierconego przez widmo. – Rozłupany Kamień nie ukaże się bezbożnikowi. Jeszcze się rozgniewa. A my za to zapłacimy.
Spór zakończył sam Moroni.
– Matuzalem ma rację. Nie przystoi nam, ludziom wiary, uciekać się do pomocy bezbożnika. Murzyn też ma rację. To nam na tym zależy i to my zaniesiemy.
Nikt się nie ośmielił zaoponować apostołowi. Decyzja została podjęta.
– Ale który z nas to uczyni? – zapytał Razis.
I wszyscy ze strachem popatrzyli na głowę, spoczywającą na dużym srebrnym półmisku, którego brzegi w świetle pochodni złowieszczo migotały krwawymi blikami.
– Ja – rzekł krótko Moroni i przeżegnał się. – A któż by inny?
Erast Pietrowicz spojrzał na niego z szacunkiem. Jak widać, nie bez powodu celestianie wybrali tego siwobrodego karzełka na apostoła i wyruszyli z nim z rodzinnego gniazda za siódmą górę i rzekę. Tak właśnie powinien postępować prawdziwy wódz.
– Jeżeli… jeżeli nie wrócę… – Moroni ze wszystkich sił starał się mówić twardo – ster przejmiesz ty, Razis. A wy, bracia, przysięgnijcie, że będziecie go słuchać, jak słuchaliście mnie.
Pozostali patrzyli nań z uwielbieniem i tylko pokłonili się nisko na znak posłuszeństwa.
Wszyscy razem doszli do niewielkiej dębiny, za którą rozciągało się pole, urywające się nad kanionem. Po drugiej stronie wąwozu wznosiły się skały, ale ich wierzchołki niknęły w szarym półmroku. Świt jeszcze nie nastąpił, ale był już blisko.
– To jest to uschnięte drzewo – pokazał Washington Reed. W odległości jakichś trzystu kroków majaczył czarny kształt – tam zapewne był skraj kanionu.
Blady Moroni stał uroczyście wyprężony, trzymając przed sobą półmisek, na którym ciemniała oderwana głowa. Całkiem jak orszak powitalny z chlebem i solą, pomyślał Fandorin. Brakuje tylko solniczki.
– W żadnym razie nie wolno panu odmawiać modlitw i wzywać imienia boskiego – instruował apostoła Reed. – Bo inaczej on zniknie, nie zabierając głowy i jutro trzeba będzie zaczynać wszystko od nowa. Doniesie pan, położy pod drzewem i zawróci. Można biegiem, to nie szkodzi. Aha, i niech pan nie zapomni powiedzieć: „Nie myśmy zabrali, ale my oddajemy”.
Moroni odsunął doradcę.
– Bracia, dajcie mi broń! W razie czego bez walki się nie poddam.
Podano mu staroświecki szturmak z lejkowatą lufą i apostoł załadował w nią wielką srebrną kulę. Ręce trzęsły mu się jak w febrze. Fandorin kolejny raz uznał prawdziwość maksymy, głoszącej, że prawdziwa odwaga to nie brak strachu, lecz pokonanie go.
– Nie bierz broni! – jęknął błagalnie Wash. – Będzie tylko jeszcze gorzej!
Apostoł zignorował go.
– Teraz się nie módlcie – powiedział braciom na pożegnanie. – Pomodlicie się potem.
I samotnie ruszył przez łąkę. Ścieląca się nad trawą mgła sięgała mu najpierw do kolan, potem do pasa, i wyglądało to, jakby przechodził w bród mleczną rzekę.
– Połowę już przeszedł – odezwał się Reed. – Jeszcze pięć minut i koniec…
– A-a-a! – wrzasnął jeden ze starszych, pokazując gdzieś w bok. – To on! To on!
Wszyscy obejrzeli się jednocześnie, wydając zbiorowe drżące westchnienie.
Z boku, z ciemności, w którą cofała się ustępująca noc, wychynął czarny jeździec w rozwianym płaszczu. Siedział na olbrzymim łaciatym koniu, sam nienaturalnych rozmiarów, a nad jego szerokimi ramionami nie było nic – pustka!
Nawet Fandorin na taki widok poczuł się nieswojo, celestianie zaś, krzycząc i zawodząc, rzucili się do ucieczki. Przy Eraście Pietrowiczu pozostał tylko Washington Reed.
– Rzuć głowę, rzucaj! – wrzasnął do Moroniego. – Rzucaj, bo zginiesz!
Apostoł obejrzał się na krzyk, a może na tętent kopyt. Zobaczył pędzącą na niego zjawę i zamarł.
– Nie stój! Rzuć półmisek i uciekaj! – darł się Wash.
Apostoł szarpnął się w tył, ale Jeździec bez Głowy już odciął mu drogę do dębiny. Wobec tego Moroni pobiegł do przodu, wciąż trzymając przed sobą półmisek. O szturmaku ze srebrną kulą najwyraźniej zapomniał.
Erast Pietrowicz skoczył do konia i wyrwał z olstra karabin. Murzyn uwiesił mu się na ręce.
– Co pan?! Oszalał?!
Zresztą nie było już czasu, by celować.
Moroni dobiegł do drzewa, wyprzedzając Jeźdźca zaledwie o mgnienie. Odwrócił się, uniósł nad głową półmisek, ale nie wytrzymał straszliwego widoku – cofnął się, zachwiał i razem ze swym ciężarem runął w przepaść.
Fandorin i Reed krzyknęli.
Na skraju kanionu koszmarny jeździec poderwał srokatego konia na tylne nogi i zawrócił. Mignąwszy czarnym cieniem wzdłuż urwiska, zniknął we mgle.
– Pojechał po głowę – wybełkotał Reed. – A gdyby pan do niego strzelił – koniec z panem.
Erast Pietrowicz odepchnął go i pobiegł w stronę drzewa.