Выбрать главу

Znienacka stanęło jej w pamięci wydarzenie ze szkolnych czasów. Na samym początku szkoły średniej kolega zaprosił ją do kina; kiedy wracali, rozpadał się deszcz, wpadli więc na chwilę do niego po parasol. W holu pokazała się matka i poprosiła syna na chwilę do pokoju. Przez otwarte drzwi, chyba nie przypadkiem uchylone, dobiegły ją słowa:

– Roger, w Kora Bay jest dosyć miłych dziewcząt, żebyś nie musiał pokazywać się na ulicy z tą O’Meara. Spójrz tylko na nią; zniszczone buty, znoszone sukienki, a poza tym nie jestem pewna, czy się codziennie myje. Mieszka sama z tym starym dziwakiem, który nie wiem czego jej może nauczyć prócz szwendania się wokół raf na łodzi… Chciałabym mieć synową, która umie się ubrać, zachowuje jak dama i potrafi używać widelca.

Rose nie usłyszała, co odpowiedział jej niedoszły chłopak. W pierwszej chwili chciała wpaść do pokoju i wykrzyczeć na całe gardło, że to właśnie dziadek od najmłodszych lat wpajał jej zasady higieny, uczył zasad grzeczności i uprzejmości oraz mówił o konieczności osiągnięcia w życiu czegoś więcej niż się jemu udało, ale czuła, że usta ma jak zasznurowane. Odwróciła się więc tylko na pięcie i biegiem ruszyła do domu.

Nie miała potem przez całą szkołę żadnej sympatii. Kilka przelotnych znajomości w Brisbane pozostawiło w niej uczucie niesmaku na tyle silne, że jej zmysły aż do wczoraj zasnęły. Przez ostatnie dwa lata troszczyła się tylko o dziadka i coraz bardziej pogrążała w myślach o czekającej ją samotności.

Ale teraz nie była już samotna. Teraz, chociażby miało to trwać tylko chwilę, by potem świat wrócił w stare koleiny, mogła udawać, że jest kochana przez Ryana Connella…

„Kochana”! Słowo to nagle ją oślepiło. Czyżby to ona go kochała? Spojrzała z niedowierzaniem na rękę Ryana, spoczywającą na jej piersiach, na rozluźnione palce z wyraźnymi śladami poparzeń. Nic o nim nie wiedziała, prawie zupełnie nic, jak więc mogła się zakochać?

Tak czy owak, kochała go. Stało się to nie wiadomo kiedy, gdy jednak oddała mu swe ciało, oddała także serce. W pełni i po prostu. Na razie było cudownie. Cierpienie przyjdzie później.

– Trudno – szepnęła – nic na to nie poradzę. Gdy przyjdzie czas na ból, spróbuję go przyjąć, tak jak teraz miłość.

Poruszyła się lekko, a uścisk Ryana natychmiast się wzmocnił.

– Dokąd idziesz? – zapytał sennie.

Na dźwięk jego głosu pierzchnęły wszystkie złe myśli. Rose przewróciła się na bok, zarzuciła ręce na szyję Ryana i pocałowała go mocno w usta, a potem jednym zwinnym ruchem wymknęła się z łóżka i stanęła – naga, nieskrępowana, naturalna – w otwartych drzwiach.

– Idę popływać – oznajmiła. – Tylko miejskie niedorajdy mogą w taki ranek przewracać się w łóżku.

Widząc gwałtowne poruszenie w łóżku, szybko wyskoczyła na pokład. Gdy Ryan stanął na progu kabiny, zobaczył już tylko błysk ciała, które wzbiło się w powietrze i opadło w wodę. Nie poszedł w jej ślady i tylko stojąc przy barierce, przypatrywał się, jak jej smukła sylwetka lekko pruje delikatne fale. Popłynęła do odległej o dobre trzysta metrów rafy. Gdy znalazła się na niej, spojrzała za siebie, pewna, że niedaleko zobaczy swego kochanka, tymczasem nie widać go było nie tylko w wodzie, ale i na pokładzie.

Nagle poczuła się głupio: cała poranna lekkość i entuzjazm zniknęły gdzieś bez śladu. Bez zapału opuściła się do wody i popłynęła z powrotem.

Ryan, ogolony już i ubrany, czekał na nią na platformie płetwonurków. Podał jej rękę. Bez słowa przyjęła podany ręcznik i w nagłym przypływie skrępowania starannie się nim owinęła.

– Musimy wracać do Kora Bay – powiedział oschle.

– Tttak… Dobrze.

Coś się zmieniło w jego głosie, w jego oczach, jakby nagle ocknął się ze snu. Rozpaczliwie szukała jego spojrzenia.

– Do diabła – żachnął się, odwracając wzrok, – Przestań patrzeć na mnie jak zbity psiak.

Wyprostowała się dumnie i mocniej otuliła ręcznikiem.

– Idę się ubrać.

Poczuła, że jego ręka zatrzymuje ją i odwraca.

– Rose, ta noc…

– Wiem. Żałujesz tego, co się stało, ale nie masz powodu.

– Mój Boże, gdybym wiedział, że to twój pierwszy raz…

– Tobyś mnie nie tknął – szepnęła. – Ta noc… Bardzo cię chciałam, bo jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak samotna. Nie musisz robić sobie żadnych wyrzutów… Ta noc nie znaczy aż tak wiele.

– Chciałbym ci wierzyć – mruknął i zmarszczył brwi.

– To prawda – skłamała. – A teraz puść mnie do łazienki.

Była u wejścia do kabiny, kiedy raz jeszcze usłyszała swoje imię i odwróciła się.

– Tak?

– Rose, będziemy utrzymywać kontakty czysto zawodowe.

– Rozumiem.

– Mam nadzieję. Ale chciałbym, żebyś wiedziała, że trudno mi nawiązać następny związek z kobietą.

Rose odwróciła się i rzuciła przez ramię:

– Powiedziałam ci już, żebyś się nie martwił. Mnie nie tak łatwo poderwać; nie myśl, że gdybym sama tego nie chciała, wystarczyłoby, żebyś tylko kiwnął palcem. Mam swoje życie i ty zajmujesz w nim określone miejsce, jeśli w ogóle będzie nas coś jeszcze łączyło. Powiadasz: interesy. Może, zobaczymy. Teraz idę się przebrać, a ty włącz wreszcie silnik, bo inaczej nigdy nie dotrzemy do Kora Bay.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

„Mandala” zacumowała na przystani kilka minut po ósmej. Rose siedziała na dziobie jachtu, ubrana w znienawidzony, odświętny kostium.

Tak się to wszystko kończy, powtarzała sobie wielokrotnie. Po euforii nocy – ponury poranek. Na chwilę oderwała się od smutnej rzeczywistości, ale teraz do niej wracała. Tyle że nie wszystko było dokładnie takie samo. Czekał ją pusty dom, czekały ją bezsenne noce, ale czekała na nią także perspektywa praktyki lekarskiej. Dzięki Ryanowi…

Obejrzała się i spojrzała na mężczyznę za sterem. Stał nieruchomo, z twarzą bez wyrazu, a chociaż uśmiechnął się do niej, było to zaledwie uprzejme skrzywienie warg. Nic o nim nie wiedziała, z wyjątkiem tego, że się w nim zakochała. Tyle że wspólna noc coraz bardziej zapadała w przeszłość i podobnie powinna odejść miłość. To była piękna, lecz szalona chwila, nietrwała i ulotna.

Ryan do niczego się wprawdzie nie zobowiązywał, ale rozbudził w niej uśpioną dotychczas sferę osobowości, na chwilę odegnał zmorę samotności i podtrzymał nadzieję na karierę lekarską. Powinna mu być wdzięczna, tymczasem nie wdzięczność czuła, lecz jej serce przepełniała… miłość.

Postanowiła, że przez kilka następnych dni zajmie się wycieczkami po rzece, będzie się trzymała z dala od Ryana, a kiedy nadejdzie czas wspólnej pracy, może już odzyska równowagę ducha i zdrowy rozsądek.

Roy czekał na nich na pomoście, najpewniej uprzedzony przez Ryana drogą radiową. Chwycił rzucone liny, a przywiązując je do pachołków, wołał w kierunku Rose:

– Dzień dobry, pani doktor. Dziesięć minut temu była dziewczyna z informacji turystycznej, żeby się upewnić, czy „Krokodylek” dzisiaj wypływa. Zdaje się, że ma pani jakichś chętnych. Mówiła też, że parę osób czeka w punkcie pierwszej pomocy.

– Tak, tak, jeśli są chętni – mówiła pospiesznie Rose, jakby się usprawiedliwiając – to oczywiście, że z nimi popłynę, ale trochę później, bo najpierw muszę się zająć pacjentami.

– Spojrzała na Ryana, który właśnie zbliżał się do nich.

– Dzięki za… wyprawę do raf – bąknęła nieporadnie. – Było bardzo… miło.