Выбрать главу

Spróbowałem w kwadratowym koszu. Zawartość wyglądała bardziej obiecująco: kilka dużych łyżek oraz rozmaite kuchenne przybory, między innymi jeden z ostrzem jak kosa, a drugi z dwoma długimi uchwytami oraz obrotowym walcem wyposażonym w otwory. Prawdopodobnie któryś z nich był otwieraczem. Albo jakąś bronią.

Cyryl przyszedł mi pomóc.

— Nie wiesz przypadkiem, jak wygląda otwieracz do puszek? — zagadnąłem, podnosząc płaską kratkę na długiej rączce.

Cyryl spojrzał na torbę, a potem zaczął obwąchiwać okrągły kosz.

— Tam jest? — zapytałem. Wyciągnąłem z pętelki kołek przytrzymujący pokrywę i otworzyłem kosz.

Księżniczka Ardżumand spojrzała na mnie szarymi oczami i ziewnęła.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Lecz jedna z lekcji, które daje nam życie, mówi, że koty są kotami

P. G. Wodehouse
Puszka Pandory — Bielizna jako temat rozmowy w epoce wiktoriańskiej — Mój błąd — Jakie polecenia wydajemy kotu — Błąd króla Jana — Znaczenie zdrowego nocnego snu — Otwarcie puszki — Kocie odgłosy — Łabędź — Krowa pani O’Leary — Jaś i Małgosia — Piękny koniec pięknego dnia

— Co ty tu robisz? — zapytałem.

Ale już odgadłem, co ona tu robi. Pan Dunworthy odesłał ją ze mną, a ja miałem ją zwrócić do Muchings End, zanim jej nieobecność spowoduje poważne konsekwencje.

Tylko że spóźniłem się o trzy dni i wylądowałem czterdzieści mil dalej z taką dyschronią, że nawet nie zdawałem sobie sprawy, co powinienem zrobić. A w międzyczasie pani Mering pojechała do Oksfordu na konsultację z medium, Tossie poznała Terence’a i księcia de Vecchio, a Terence nie spotkał Maud.

Niekongruencja nie została naprawiona. Znajdowała się właśnie tutaj.

— Nie powinnaś tutaj być — powiedziałem drętwo.

Kotka podniosła na mnie wzrok. Miała szare oczy z plamkami zieleni i z dziwnymi pionowymi źrenicami, jak szparki. Nie wiedziałem, że koty miewają oczy takiej barwy. Myślałem, że wszystkie mają jasnożółte oczy, świecące w ciemnościach.

Myślałem również, że psy ścigają koty, ale Cyryl siedział spokojnie. Patrzył na mnie tak, jakbym go zdradził.

— Nie wiedziałem, że ona tu jest — próbowałem się bronić.

Ale jak mogłem nie wiedzieć? Co takiego mógł zawierać okrągły kosz — z pokrywą! — przyniesiony przez Fincha w ostatniej chwili? Gomółkę sera? I niby dlaczego Finch mówił, że chyba nie powinni mnie wysyłać ze względu na moją dyschronię?

No, z pewnością miał rację. Nie połapałem się nawet wtedy, kiedy Terence mi powiedział, że Tossie zginął kot. Ani kiedy Verity zapytała mnie, gdzie jest kot. Głupi, głupi, głupi.

Mogłem oddać kotkę Verity, żeby ją odwiozła do Muchings End. Albo Tossie. Mogłem pod jakimś pretekstem wrócić do łodzi, a potem udawać, że znalazłem ją na brzegu. Gdybym wiedział, że ją mam. Gdybym chociaż zajrzał do bagażów. Głupi, głupi, głupi.

Kotka poruszyła się. Ziewnęła i przeciągnęła się lekko, wysuwając do przodu jedną białą łapkę. Pochyliłem się nad koszem, żeby zobaczyć pozostałe łapki. Widziałem tylko czarne futerko.

Nawiedziła mnie szaleńcza myśl. A jeśli to wcale nie jest Księżniczka Ardżumand? Tossie mówiła, że jej kotka była czarna z białym pyszczkiem, lecz w 1888 roku niewątpliwie żyły setki czy nawet tysiące czarnych kotów z białymi mordkami. Ludzie musieli topić kocięta, żeby ograniczyć liczebność.

— Księżniczka Ardżumand? — zapytałem na próbę. W szarych oczach nie dostrzegłem żadnej reakcji.

— Księżniczko Ardżumand — powtórzyłem bardziej stanowczo, a ona zamknęła oczy.

To nie była Księżniczka Ardżumand. To była kotka dozorcy śluzy albo kierownika komitetu parafialnego, która wlazła do kosza, kiedy zwiedzaliśmy kościół w Iffley.

Kotka znowu ziewnęła, pokazując różowy języczek i mnóstwo małych ostrych ząbków, po czym wstała.

Cyryl cofnął się niczym członek Cywilnej Obrony Przeciwlotniczej na widok bomby zapalającej.

Kotka wyszła z kosza i odeszła spacerowym krokiem na czterech białych łapkach, unosząc wysoko ogon zakończony białą kitką. Tylne okolice również miała białe, co trochę przypominało pantalony. Tossie nie wspomniała o pantalonach, pomyślałem z nadzieją, ale potem przypomniałem sobie, że to jest epoka wiktoriańska. Osoby dobrze wychowane nie rozmawiają o pantalonach ani o innych częściach bielizny, prawda? Zresztą ile kotów z białymi łapkami mogło schować się w moim bagażu i zamknąć za sobą kosz?

Kotka właśnie znikała z polany.

— Czekaj! — zawołałem. — Księżniczko Ardżumand! Potem przypomniałem sobie odpowiedni zwrot.

— Stój! — rozkazałem twardo. — Stój.

Szła dalej.

— Wracaj — zażądałem. — Stój. Siad. Sio.

Odwróciła się i spojrzała na mnie wielkimi szarymi oczami.

— Bardzo dobrze — powiedziałem i powoli ruszyłem w jej stronę. — Grzeczny kotek.

Usiadła na ogonie i zaczęła sobie lizać łapkę.

— Baardzo grzeczny kotek — pochwaliłem ją, zbliżając się ostrożnie. — Siad… siad… doskonale.

Delikatnie potarła się łapką za uchem. Dzieliło mnie od niej niecałe pół metra.

— Siad… dobrze… siedź… — nakazałem i rzuciłem się na nią. Odskoczyła lekko i znikła wśród drzew.

— Powiadam, już znalazłeś? — zawołał Terence od strony rzeki. Usiadłem, otrzepałem łokcie z kurzu i spojrzałem na Cyryla.

— Tylko nic nie mów.

Wstałem. Nadszedł Terence z puszką brzoskwiń w ręku.

— A, tutaj jesteś — powiedział. — Poszczęściło ci się?

— Wcale — odparłem. Pospiesznie wróciłem do bagażu. — To znaczy, jeszcze wszystkiego nie przejrzałem.

Wbiłem pokrywę na kosz i otworzyłem torbę, modląc się w duchu, żeby nie zawierała żadnych niespodzianek. Nie zawierała. Znalazłem tam parę wysokich sznurowanych butów, rozmiar najwyżej piątka, wielką chustkę do nosa w grochy, trzy widelce do ryby, dużą warząchew ozdobioną srebrnym filigranem oraz szczypce do ślimaków.

— Czy to się nadaje? — zapytałem, pokazując szczypce. Terence przeszukiwał kwadratowy kosz.

— Wątpię… o, jest — oznajmił i podniósł przedmiot przypominajmy kosę z czerwoną rączką. — Ach, zabrałeś stiltona. Doskonale.

Odszedł, przyciskając do piersi ser i otwieracz, a ja wróciłem na skraj polany.

Nigdzie nie było ani śladu kota.

— Księżniczko Ardżumand, do nogi! — zawołałem. Rozchyliłem gałęzie, żeby zajrzeć pod krzaki. — Chodź, malutka.

Cyryl węszył w zaroślach i spłoszył jakiegoś ptaka.

— Chodź, kotku — powtórzyłem. — Do nogi.

— Ned! Cyryl! — zawołał Terence, a ja wypuściłem szeleszczącą gałąź. — Woda się gotuje! — Nadszedł, niosąc otwartą puszkę brzoskwiń — Co was zatrzymało?

— Chciałem zrobić porządek — wyjaśniłem, wtykając szczypce do, buta — spakować rzeczy, żeby wcześnie rano wypłynąć.

— Możesz to zrobić po deserze — powiedział Terence i wziął mnie za ramię. — No, chodźże wreszcie.

Zaprowadził nas do ogniska, chociaż Cyryl zwlekał i rozgląda się niespokojnie. Profesor Peddick właśnie nalewał herbatę do blaszanych kubków.

— Dum licet inter nos igitur laetemur amantes — zacytował, podając mi kubek. — Piękny koniec pięknego dnia.

Piękny dzień, akurat. Nie zwróciłem kota, przeze mnie Terence nie spotkał Maud, przeze mnie popłynął do Iffley na spotkanie z Tossie i kto wie, co jeszcze?