Licząc pół godziny na śniadanie, wyruszymy na rzekę o szóstej. Przez dziewięć godzin spokojnie dopłyniemy do celu, nawet jeśli zatrzymamy się po drodze, żeby profesor Peddick wysłał telegram do siostry. Przy odrobinie szczęścia zwrócimy kota przed trzecią i niekongruencja zostanie naprawiona do piątej.
— Bez trudu zdążymy na herbatę — poinformowałem Cyryla, składając mapę. Wsadziłem ją z powrotem do torby Terence’a i wyjąłem z kosza jajka, połeć boczku oraz patelnię.
Ptaki zaczęły śpiewać i wzeszło słońce, malując niebo i wodę smugami różanego blasku. Złocista rzeka płynęła powoli i sennie, obramowana zielenią, zaprzeczając wszelkim niekongurencjom — pogodne odbicie bezpiecznego, spokojnego świata, wielkiego i nieskończonego planu. Cyryl patrzył na mnie z miną, która wyraźnie mówiła: „Jak poważnie jesteś dyschronowany?”
— Prawie nie spałem w nocy — oświadczyłem. — Przez ciebie. Chodź tu.
Nastawiłem czajnik, pokroiłem boczek, rozbiłem jajka na patelnię i zszedłem do łodzi, bębniąc łyżką wazową w pokrywę kociołka, żeby obudzić Terence’a i jego tutora.
— Pora wstawać — zawołałem. — Śniadanie czeka.
— Dobry Boże — wymamrotał Terence, nieporadnie sięgając po zegarek. — Która godzina?
— Wpół do szóstej — oznajmiłem. — Chciałeś wcześnie wypłynąć żeby zdążyć do Muchings End na herbatę. Panna Mering, pamiętasz?
— Och — powiedział i wyskoczył spod koca. — Masz rację. Proszę się obudzić, profesorze Peddick.
— „Wreszcie, obrotem godzin przebudzony, powstał poranek i dłonią różaną bramy światłości odryglował” — odezwał się z rufy profesor Peddick, mrugając zaspanymi oczami.
Zostawiłem ich i pobiegłem sprawdzić, co z jajkami i z kotem. Kotka spała głęboko. I bezgłośnie, na szczęście. Postawiłem sakwojaż obok reszty bagażu i zacząłem przewracać jajka.
— W tym tempie wypłyniemy przed szóstą — powiedziałem do Cyryla i nakarmiłem go paskiem boczku. — Miniemy śluzę o wpół do, zatrzymamy się w Abingdon, żeby profesor wysłał telegram, będziemy w Clifton Hampden o ósmej, w śluzie Day o dziewiątej, a w Reading o dziesiątej.
O dziesiątej wciąż byliśmy w Abingdon.
Dwie godziny trwało załadowanie bagażu, który jakby się powiększył, a potem w ostatniej chwili profesor Peddick odkrył, że zniknął jego niebieski kleń.
— Pewnie jakieś zwierzę go zjadło — powiedział Terence, a ja od razu zgadłem, jakie to zwierzę.
— Muszę złapać następny okaz — oświadczył profesor, wyjmując wędkę i przybory.
— Nie ma czasu — sprzeciwił się Terence — a poza tym ma pan jeszcze tego kiełbia albinosa.
Tak, pomyślałem, i powinniśmy dobrze go pilnować, bo inaczej zje go „jakieś zwierzę” i nigdy nie dopłyniemy do Muchings End.
— Musimy wyruszyć, sir, jeśli chcemy jutro dotrzeć do Runnymede — przypomniał Terence.
— Non semper temeritas es felix — oznajmił profesor, wybierając muchę z pudełka. — „Pochopny nie zawsze ma szczęście”. Pamiętajcie, gdyby Harold nie rzucił się w wir walki jak głupiec, wygrałby bitwę pod Hastings. — Starannie przywiązał muchę do linki. — Wczesny ranek to nie najlepsza pora na klenie — stwierdził, wykonując próbne rzuty. — One zwykle wychodzą dopiero późnym popołudniem.
Terence jęknął i spojrzał na mnie błagalnie.
— Jeśli zaraz wyruszymy, późno po południu dopłyniemy do Pangbourne — powiedziałem, rozwijając mapę. — Tutaj piszą, że Tamiza pod Pangbourne od dawna stanowi ulubione miejsce wędkarzy. „Doskonale miejsce na brzany — przeczytałem głośno. — Wspaniale okonie, kiełbie i płocie. Mnóstwo kleni i uklei. Strumień jazu słynie z wielkich pstrągów”.
— Pod Pangbourne, powiadasz? — zamyślił się profesor.
— Tak — skłamałem. — Tutaj piszą: „W tym miejscu Tamizy występuje najwięcej ryb różnych gatunków”.
To załatwiło sprawę. Profesor wsiadł do łodzi.
— Dziękuję — wymówił bezgłośnie Terence pod moim adresem i odbił od brzegu, zanim profesor się rozmyślił.
Spojrzałem na swój kieszonkowy zegarek. Dwadzieścia po VIII, Później, niż się spodziewałem, ale ciągle jeszcze mogliśmy zdążyć do Muchings End na piątą, jeśli wszystko pójdzie gładko.
Nie poszło. Śluza w Abingdon była zamknięta i straciliśmy piętnaście minut na obudzenie dozorcy, który zemścił się na nas wypuszczając wodę cienkim strumyczkiem. Przez ten czas sterta bagaży na rufie rozleciała się i musieliśmy dwukrotnie przystawać, żeby je przywiązać.
Za drugim razem profesor Peddick zawołał:
— Widzicie te lilie wodne? I ten szybki prąd przy samym brzegu? Doskonale miejsce na brzany — i wygramolił się z łódki, zanim zdążyliśmy go powstrzymać.
— Nie ma czasu — powiedział bezradnie Terence.
— Pangbourne — przypomniałem profesorowi.
— Phi — odparł i zachwyciłbym się kolejnym wiktoriańskim wykrzyknikiem, gdybym nie musiał się martwić o sakwojaż i losy wszechświata. — Nie ma lepszego miejsca od tego.
Terence wyjął kieszonkowy zegarek i spojrzał na niego z rozpaczą. Co mogło stąd ruszyć profesora? Bitwa pod Hastings? Salamina-Runnymede?
— W ten sposób zawsze sobie wyobrażałem Runnymede — zacząłem, wskazując łąkę przed nami. — Mgła wstaje z pól, kiedy nadjeżdża król Jan ze swoimi ludźmi. Jak pan myśli, gdzie właściwie podpisano dokument? W Runnymede czy na wyspie Magna Carta?
— W Runnymede — odpowiedział. — Dowiedziono, że król spędził noc w Staines i rano wyjechał na pole.
— Ach — mruknąłem. — Podobno profesor Overforce przedstawia nader przekonujące dowody na rzecz wyspy Magna Carta.
— Wyspy Magna Carta? — powtórzył z niedowierzaniem.
— Nader przekonujące — włączył się Terence. — Pasują do jego teorii, że historię tworzą naturalne siły.
— Banialuki! — fuknął profesor Peddick i odrzucił wędkę.
Terence pochwycił ją i wrzucił do łodzi.
— Przekonujące dowody? — pienił się profesor. — Istnieje niepodważalny dowód, że podpisanie odbyło się w Runnymede.
Wdrapał się do łodzi. Złapałem cumę i odbiłem od brzegu.
— Jakie znowu przekonujące dowody? Tam było za dużo baronów i wielmożów, żeby zmieścili się na wyspie, a król Jan był za bardzo podejrzliwy, żeby zająć pozycję pozbawioną drogi odwrotu. Naturalne siły!
I tak dalej, dopóki nie dotarliśmy do Abingdon.
Minął kwadrans po dziewiątej, zanim prześluzowaliśmy się i przybiliśmy do celu.
Profesor Peddick poszedł wysłać telegram, a Terence udał się do wioski kupić chleba i wędliny, żebyśmy nie musieli zatrzymywać się na lunch.
— I butelkę mleka — zawołałem za nim. Jak tylko zniknął mi z oczu, otworzyłem sakwojaż i zajrzałem do Księżniczki Ardżumand.
Ciągle spala. Postawiłem otwarty sakwojaż między nogami i ująłem wiosła. Dotąd tylko Terence wiosłował, ale nie mógł wytrzymać tego tempa przez cały dzień, szczególnie że zależało nam na czasie. A wiosłowanie to tylko wiosłowanie. Nie mogło tak bardzo się różnić od treningu. Tyle że wiosła były znacznie cięższe. I mniej wyważone. Pociągnąłem do tyłu, ale nawet nie drgnęły.
Usiadłem prosto na ławce, zaparłem się stopami, splunąłem w dłonie i szarpnąłem za wiosła.