Tym razem zdołałem je poruszyć. Prawe wiosło wynurzyło się z wody, uchwyty zderzyły się gwałtownie i obtłukły mi kłykcie, lewe wiosło wyskoczyło z dulki, a łódź obróciła się i ruszyła prosto na kamienny filar mostu.
Ledwie zdążyłem wepchnąć wiosło z powrotem do dulki i zanurzyć oba pióra w wodzie, zanim uderzyliśmy w most. Ponownie stłukłem sobie kłykcie i w rezultacie wylądowaliśmy na brzegu.
Cyryl wstał i przeszedł na burtę od strony brzegu, jakby przygotował się do opuszczenia pokładu.
No dobrze, do trzech razy sztuka. Wiosłem odepchnąłem łódź od brzegu, wypłynąłem na środek i spróbowałem jeszcze raz, uważając, żeby uchwyty nie stłukły mi palców. Nie stłukły. Lewy podjechał do góry i walnął mnie w nos.
Ale za czwartą próbą odniosłem sukces i po kilku minutach niezdarnej szamotaniny opanowałem podstawy. Przepłynąłem na drugi brzeg, a potem przeprowadziłem łódź pod mostem i z powrotem wiosłując zręcznie, z pluskiem i chlapaniem.
— Nie, nie! — powiedział Terence za moimi plecami. — Nie tak Napieraj całym ciężarem na wiosła na początku pociągnięcia.
Obejrzałem się na niego, a oba wiosła wynurzyły się z wody i trzasnęły mnie w rękę.
— Nie oglądaj się! Patrz, dokąd płyniesz! — skarcił mnie Terence, co wydało mi się odrobinkę niesprawiedliwe. — Jedna ręka nad drugą. Ciągnij równo. Nie, nie, nie! — krzyknął, gestykulując chlebem w jednej ręce i butelką mleka w drugiej. — Pochyl się do przodu. Rozsuń kolana. Trzymaj głowę prosto. Pamiętaj o siedzeniu.
Nic tak nie pomaga, jak wywrzaskiwane wskazówki, zwłaszcza niezrozumiałe. Starałem się zastosować do tych, które zrozumiałem, czyli „Rozsuń kolana”, i w nagrodę usłyszałem wrzask Terence’a:
— Nie, nie, nie! Trzymaj kolana razem! Pióro! Złapiesz raka! Głowa do góry!
Wreszcie jednak złapałem dryg i ciągnąc równo, napierając na wiosła, z głową do góry, z kolanami złączonymi oraz rozsuniętymi, przez cały czas pamiętając o siedzeniu, podpłynąłem do niego z powrotem.
— Powoli i spokojnie — ostrzegł Terence, kiedy zgrabnie zawinąłem do przystani. — O tak. Doskonale. Musisz tylko poćwiczyć.
— Do czego będę miał mnóstwo okazji — zauważyłem. Wziąłem od niego butelkę mleka i wsadziłem do kieszeni. — Ruszamy. Gdzie jest profesor Peddick?
Terence obejrzał się, jakby spodziewał się go zobaczyć.
— Jeszcze nie wrócił z urzędu telegraficznego?
— Nie — odparłem, wysiadłem na brzeg i przywiązałem łódź. — Lepiej chodźmy go poszukać.
— Lepiej niech jeden z nas zostanie w łodzi — zaproponował Terence, spoglądając surowo na Cyryla. — W razie gdyby profesor wrócił.
— Doskonały pomysł — przyznałem. Pod jego nieobecność mogłem znowu zajrzeć do kota i wypuścić go na chwilę.
— Ty powinieneś iść — stwierdził Terence. — Jesteś lepszy z historii — Wyciągnął zegarek i sprawdził godzinę.
Skorzystałem z jego nieuwagi, podniosłem sakwojaż i ukryłem go za plecami.
— Dziesiąta — oświadczył, gwałtownie zatrzaskując zegarek. — Powinienem odwieźć go do domu natychmiast, jak tylko wyciągnęliśmy go z wody.
— Nie było czasu — przypomniałem. — Poza tym sam mówiłeś, że nic go nie powstrzyma, kiedy wbił sobie coś do głowy.
Przytaknął ponuro.
— On jest niepowstrzymaną siłą. Jak Wilhelm Zdobywca. Historia to jednostka. — Westchnął. — Zanim tam dopłyniemy, ona już będzie zaręczona.
— Zaręczona? Z kim? — zapytałem w nadziei, że wspominała o innych zalotnikach, z których jeden okaże się upragnionym panem C.
— Nie wiem, z kim — odparł Terence. — Dziewczyna taka jak Tossie… jak panna Mering pewnie słyszy oświadczyny dziesięć razy dziennie. Gdzież on jest? W tym tempie nigdy nie dopłyniemy do Muchings End.
— Ależ dopłyniemy — zapewniłem go. — Przeznaczenie, pamiętasz? Romeo i Julia. Abelard i Heloiza.
— Przeznaczenie — zgodził się Terence. — Lecz jakże okrutne Przeznaczenie, które na cały dzień pozbawia mnie jej widoku!
Zapatrzył się rozmarzonym wzrokiem na rzekę, a ja wymknąłem się unosząc sakwojaż.
Cyryl pobiegł za mną truchcikiem.
— Zostań przy łodzi, Cyrylu — rozkazałem stanowczo i we trójkę wkroczyliśmy do wioski.
Nie miałem pojęcia, gdzie znajdował się urząd telegrafu ani jak wyglądał, ale dostrzegłem tylko dwa sklepy. Spożywczy i drugi z przyborami wędkarskimi oraz wazonami kwiatów na wystawie. Spróbowałem najpierw w sklepie wędkarskim.
— Gdzie mogę nadać telegram? — zapytałem uśmiechniętą staruszkę w czepku. Wyglądała zupełnie jak owca z „Alicji po drugiej stronie lustra”.
— Na wycieczkę po rzece? — zagadnęła. — Mam śliczne talerze malowanymi widoczkami młyna w Iffley. Z napisami: „Szczęśliwe wspomnienia z Tamizy”. Płynie pan w górę czy w dół rzeki?
Nigdzie, pomyślałem.
— W dół — odparłem. — Gdzie jest urząd telegrafu?
— W dół — powtórzyła uszczęśliwiona. — Więc już pan go widział. Śliczny, prawda? — Podała mi żółtą satynową poduszkę z frędzelkami widoczkiem młyna i napisem przez szablon: „Pamiątka z Iffley”.
Zwróciłem jej poduszkę.
— Bardzo ładna. Gdzie można wysłać telegram?
— Z urzędu pocztowego, ale zawsze myślałam, że o wiele grzeczniej jest wysłać list, nie uważa pan? — Wyciągnęła do mnie papeterię z nadrukiem na każdej kartce u góry: POZDROWIENIA Z ABINGDON. — Pół pensa arkusik i pensa za kopertę.
— Nie, dziękuję. Gdzie jest ten urząd pocztowy?
— Trochę dalej na tej samej ulicy. Naprzeciwko bramy do opactwa. Widział je pan? Mamy prześliczny model. A może woli pan pieska z porcelany? Ręcznie malowane. Albo mamy śliczne wycieraczki do piór.
W końcu kupiłem porcelanowego buldoga, który nie wykazywał ani śladu podobieństwa do Cyryla — ani nawet do pudla — żeby się wyrwać ze sklepu, po czym odnalazłem bramę i urząd pocztowy.
Nie było tam profesora Peddicka, a staruszka w czepku za kontuarem nie wiedziała, czy odwiedził urząd.
— Mój mąż poszedł do domu na obiad. Wróci za godzinę. Wycieczka po rzece, co? — zagadnęła i próbowała sprzedać mi wazon z wymalowanym widoczkiem młyna w Iffley.
Nie było go również w sklepie spożywczym. Nabyłem pamiątkowy kieliszek z napisem: WAKACYJNE POZDROWIENIA ZNAD RZEKI TAMIZY.
— Macie łososia? — zapytałem.
— Mamy — powiedziała następna staruszka w czepku i postawił puszkę na ladzie.
— Chodzi mi o świeżego — wyjaśniłem.
— Sam pan może złowić — odparła. — Abingdon ma najlepsze łowiska na całej rzece — i próbowała mi sprzedać parę gumowych waderów.
Wyszedłem ze sklepu i powiedziałem do Cyryla, który czekał cierpliwie przed każdymi drzwiami:
— Dokąd teraz?
Abingdon zbudowano wokół średniowiecznego opactwa. Ruiny wciąż stały, włącznie ze spichlerzem i ogrodzeniem, i wydawały się najbardziej prawdopodobnym miejscem pobytu profesora Peddicka, ale nie było go tam. Ani w klasztorze.
Ani nikogo innego. Ukląkłem pod klasztornym murem, postawiłem butelkę mleka na kamieniu i otworzyłem sakwojaż. Cyryl usiadł z miną pełną dezaprobaty.
— Księżniczko Ardżumand? — powiedziałem, wyjmując kotkę z sakwojażu. — Masz ochotę na śniadanie?
Postawiłem ją na ziemi, a ona przeszła kilka kroków po trawie, po czym skoczyła jak błyskawica i znikła za rogiem. A nie mówiłem, powiedział Cyryl.
— No, nie siedź tak. Biegnij za nią — rozkazałem. Cyryl dalej siedział.
Miał trochę racji. Nasz pościg za kotką w lesie nie zakończył się oszałamiającym sukcesem.