— No więc co proponujesz?
Położył się, opierając pysk o butelkę mleka. Niezły pomysł. Wyjąłem spodek z sakwojażu i nalałem do niego mleka.
— Chodź, kotku — zawołałem i postawiłem spodek pod ścianą. — Śniadanie!
Jak mówiłem, to był niezły pomysł. Niestety nie przyniósł pożądanych rezultatów. Ani przeszukiwanie ruin. Ani rynku. Ani uliczek z domkami z muru pruskiego.
— Wiesz, jakie są koty — powiedziałem do Cyryla. — Dlaczego mnie nie ostrzegłeś?
Ale to była moja wina. Wypuściłem ją i pewnie powędrowała już do Londynu, żeby spotkać się z Gladstone’em i spowodować upadek Mafekingu.
Dotarliśmy na obrzeża wioski. Droga kończyła się na łące, poprzecinanej wąskimi strumykami.
— Może Księżniczka wróciła na łódź — powiedziałem z nadzieją do Cyryla, ale on nie słuchał. Patrzył na ścieżkę, prowadzącą do mostu nad wąskim strumieniem.
A tam, przy mostku, stał profesor Peddick, po kolana w wodzie, Podwiniętymi spodniami i dużą siatką w ręku. Za nim na brzegu zoczyłem blaszany czajnik pełen wody i niewątpliwie ryb. Oraz Księżniczkę Ardżumand.
— Zostań tutaj — rozkazałem Cyrylowi. — Mówię poważnie.
Podkradłem się do zaczajonego kota, żałując, że okazałem się mało przewidujący i nie kupiłem takiej samej siatki.
Księżniczka Ardżumand skradała się do czajnika, bezgłośnie stawiając białe łapki na trawie, a profesor, równie skupiony jak kot, pochylił się i powoli opuścił sieć nad wodę. Księżniczka Ardżumand zajrzała do czajnika i na próbę włożyła tam łapkę.
Skoczyłem, nakryłem ją otwartym sakwojażem i podebrałem jak rybę, na którą polowała. Również profesor Peddick opuścił sieć i wyciągnął z wody trzepoczącą rybę.
— Profesorze Peddick! — zawołałem. — Wszędzie pana szukaliśmy.
— Ciernik — oznajmił, wydobył rybę z sieci i wrzucił do czajnika. — Tu są doskonałe stanowiska na pstrągi.
— Terence przysłał mnie po pana — powiedziałem i wyciągnąłem rękę, żeby pomóc mu wejść na brzeg. — Spieszno mu do Pangbourne.
— Qui non vult fieri desidiosus amet — zacytował profesor. — Owidiusz. „Kto nie pragnie bezczynności, niech się zakocha”.
Jednak wylazł z wody, usiadł na brzegu, nałożył buty i skarpetki.
— Szkoda, że nie spotkał mojej siostrzenicy, Maudie. Spodobałaby mu się.
Podniosłem czajnik i sieć. Na rączce miała wydrukowany napis: PAMIĄTKA ZNAD RZEKI TAMIZY. Cyryl wciąż siedział tam, gdzie kazałem mu zostać.
— Dobry piesek! — pochwaliłem go, a on przybiegł pędem i podciął mi kolana. Woda chlusnęła z czajnika.
Profesor Peddick wstał.
— Naprzód. Minęło już pół dnia — oświadczył i dziarskim krokiem ruszył do wioski.
— Wysłał pan telegram? — zapytałem go, kiedy mijaliśmy urząd pocztowy.
Włożył rękę do kieszeni surduta i wyjął dwa żółte kwitki.
— Z opactwem są związane drobne historyczne ciekawostki — oznajmił, wsadzając kwitki z powrotem do kieszeni. — Ludzie Cromwella splądrowali je podczas Protektoratu. — Zatrzymał się przed wejściem. — Jest tutaj piętnastowieczna brama, którą powinieneś zobaczyć.
— Podobno profesor Overforce uważa, że Protektorat spowodowały siły natury — powiedziałem i zaprowadziłem perorującego profesora na przystań, gdzie starowinka w czepku próbowała sprzedać Terence’owi kubek z widoczkiem śluzy Boulter.
— Taka miła pamiątka z wycieczki po rzece — mówiła. — Za każdym razem, kiedy będzie pan pił herbatę, wspomni pan ten dzień.
— Właśnie tego się obawiam — mruknął Terence i zwrócił się do mnie: — Gdzieżeście byli?
— Na rybach — odparłem. Wszedłem do łodzi, postawiłem sakwojaż i wyciągnąłem rękę do profesora Peddicka, który, pochylony nad czajnikiem, oglądał ryby przez pince-nez.
— On na pewno wysłał ten telegram? — zapytał mnie Terence. Przytaknąłem.
— Widziałem kwity.
Cyryl rozłożył się na nabrzeżu i zapadł w głęboki sen.
— Chodź, Cyrylu — zawołałem. — Profesorze? Tempus fugit!
— Wiesz, jak już późno? — jęknął Terence, machając mi zegarkiem przed nosem. — Do licha! Już prawie jedenasta.
Usiadłem przy wiosłach i postawiłem sakwojaż między nogami.
— Nie martw się — pocieszyłem go. — Dalej pójdzie jak po maśle.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Nie ma nic — absolutnie nic — lepszego do roboty, niż pływać sobie łódką…
Co najdziwniejsze, rzeczywiście szło nam jak po maśle, czy raczej płynęło. Rzeka była gładka i pusta. Dmuchał rześki wiaterek, słońce rzucało błyski na wodę. Przypomniałem sobie o siedzeniu, złączyłem i rozsunąłem kolana, zanurzyłem pióro, naparłem na wiosła, ciągnąłem równo, i do południa minęliśmy śluzę w Clifton, a przed nami pojawiło się kredowe urwisko Clifton Hampden z kościołem przycupniętym na szczycie.
Mapa nazywała ten odcinek „najmniej malowniczym na Tamizie” i proponowała objazd pociągiem do Goring, żeby go ominąć. Spoglądając na bujną zieleń łąk, którą przecinały kwitnące żywopłoty, i na wysokie topole rosnące na brzegach, trudno było sobie wyobrazić, jak wyglądają te bardziej malownicze odcinki.
Wszędzie kwitły kwiaty — jaskry, koronka królowej Anny i lawendowa rzeżucha na łąkach, lilie i kosaćce na brzegach, róże i lwie paszcze w ogródkach przy śluzach. Nawet rzeka kwitła. Lilie wodne miały różowe kielichy w kształcie filiżanek, sitowie wypuściło białe i purpurowe kiście. Pomiędzy nimi śmigały migotliwe błękitno-zielone ważki, a olbrzymie motyle trzepotały wokół łodzi i przysiadały na stertach bagażu, grożąc ich wywróceniem.
W oddali nad kępą wiązów wznosiła się strzelista iglica wieży. Brakowało tylko tęczy. Nic dziwnego, że wiktorianie tak sentymentalnie podchodzili do natury.
Terence przejął wiosła i wpłynęliśmy w zakole rzeki, obok chatki krytej strzechą i obrośniętej powojem, gdzie brzegi spinał łukowy most z kamienia wyzłoconego słońcem.
— Okropność, co zrobili z tą rzeką — odezwał się Terence, wskazując na most. — Mosty kolejowe, wały powodziowe i gazociągi. Całkiem zepsuli scenerię.
Przepłynęliśmy pod mostem i opuściliśmy zakole. Nie widzieliśmy prawie żadnych łodzi. Minęliśmy dwóch mężczyzn w rybackiej pychówce przycumowanej pod bukiem, którzy pomachali do nas i pokazali długi sznur złowionych ryb. Ucieszyłem się, że profesor Peddick zasnął. I Księżniczka Ardżumand.
Zajrzałem do niej, kiedy Terence i ja zamienialiśmy się miejscami. Ciągle spała jak zabita. Zwinięta w kłębek w sakwojażu, z łapkami wtulonymi pod brodą, nie wyglądała na stworzenie zdolne zmienić bieg historii, nie mówiąc już o zniszczeniu kontinuum. Ale z drugiej strony proca Dawida też nie wyglądała groźnie, ani pokryta pleśnią szalka Fleminga, ani baryłka z wybrakowanymi towarami, którą Abraham Lincoln kupił na kiermaszu za dolara.
Lecz w chaotycznym systemie wszystko, od kota do koła, może mieć znaczenie i każdy punkt jest punktem krytycznym. Baryłka zawierała kompletne wydanie „Komentarzy” Blackstone’a, na które Lincolna nigdy nie byłoby stać. Dzięki nim został prawnikiem.