Ale chaotyczny system posiada także pętle sprzężenia zwrotnego, wzorce interferencji i kompensacji, dlatego większość wydarzeń kasuje się nawzajem. Sztormy na ogół nie rozpraszają żadnej armady, napiwki nie wywołują rewolucji, a rzeczy kupione na kiermaszu zwykle tylko obrastają kurzem.
Toteż szanse, że kotka zmieni bieg historii, nawet jeśli zaginęła przed czterema dniami, są nieskończenie małe, zwłaszcza jeśli dalej będziemy płynąć z taką szybkością.
— Powiadam — zaczął Terence, rozpakowując chleb i ser, które kupił w Abingdon — jeżeli utrzymamy takie tempo, dopłyniemy do śluzy w Day na pierwszą. Na rzece nikogo nie ma — dodał.
Oprócz samotnej łodzi płynącej z naprzeciwka, w której znajdowało się trzech panów, wszyscy w blezerach i z wąsami, oraz nieduży pies na dziobie, rozglądający się czujnie. Kiedy się zbliżyli, ich głosy wyraźnie docierały do nas nad wodą.
— Jak długo jeszcze, zanim przyjdzie twoja kolej, Jay? — zapyta wioślarz mężczyznę leżącego na dziobie.
— Wiosłujesz dopiero dziesięć minut, Harris — odparł zagadnięty.
— No więc jak daleko do następnej śluzy?
Trzeci mężczyzna, nieco tęższy od pozostałych, podniósł banjo i zapytał:
— Kiedy robimy postój na herbatę?
Pies dostrzegł naszą łódź i zaczął szczekać.
— Przestań, Montmorency — rozkazał leżący na dziobie. — Szczekanie jest niegrzeczne.
— Terence! — zawołałem, podnosząc się z ławki. — Ta łódź! Terence obejrzał się przez ramię.
— Nie uderzy w nas. Tylko trzymaj linki prosto. Mężczyzna z banjo zagrał kilka fałszywych nut i zaczął śpiewać.
— Och, Jerzy, nie śpiewaj — poprosili chórem wioślarz i leżący na dziobie.
— I ty także nie próbuj śpiewać, Harris — ostrzegł Jay.
— Dlaczego? — obruszył się tamten.
— Bo tobie tylko się zdaje, że umiesz śpiewać — wyjaśnił Jerzy.
— Właśnie — potwierdził Jay. — Pamiętasz „Admirała floty królowej”?
— Hop dziś, hop dziś, hop dziś, dziś dzisiowi — zaśpiewał Jerzy.
— To naprawdę oni! — zawołałem. — Terence, wiesz, kim oni są? To „Trzech panów w łódce, nie licząc psa”.
— Psa? — rzucił pogardliwie Terence. — Nazywasz toto psem? — Spojrzał z czułością na Cyryla, który chrapał na dnie łodzi. — Cyryl zjadłby go na jeden kęs.
— Nie rozumiesz — powiedziałem. — To „Trzech panów w łódce” Puszka ananasa, banjo Jerzego i labirynt.
— Labirynt? — powtórzył tępo Terence.
— No tak, sam wiesz. Harris wszedł do labiryntu w Hampton Court z planem i ci wszyscy ludzie poszli za nim, i plan okazał się do niczego, i oni beznadziejnie zabłądzili i musieli wołać dozorcę, żeby ich wyprowadził.
Wychyliłem się, żeby lepiej się przyjrzeć. Oto oni, Jerome K. Jerome i dwaj przyjaciele, których unieśmiertelnił (nie licząc psa), na swojej historycznej wycieczce po Tamizie. Nie zdawali sobie sprawy, że sto pięćdziesiąt lat okryją się sławą, że niezliczone pokolenia będą czytać o ich przygodach z serem, łabędziami i statkiem parowym.
— Patrz na dziób! — ostrzegł Terence, a ja odpowiedziałem:
— Właśnie. Uwielbiam ten kawałek, kiedy Jerome przepływa przez śluzę w Hampton Court i ktoś krzyczy: „Patrz na swój dziób!”, a on myśli, że chodzi o jego nos, a im chodzi o to, że dziób łodzi zawadził o belkę!
— Ned! — powiedział Terence. Trzech panów w łódce krzyczało i machało, a Jerome K Jerome wstał i zaczął gestykulować wyciągniętą ręką.
Pomachałem im w odpowiedzi.
— Życzę udanej wycieczki! — zawołałem. — Uważajcie na łabędzie! — i upadłem do tyłu.
Moje nogi znalazły się w powietrzu, wiosła z pluskiem uderzyły w wodę, a sterta bagażu na dziobie przechyliła się i runęła. Wciąż leżąc na plecach, złapałem sakwojaż i próbowałem usiąść.
Podobnie jak profesor Peddick.
— Co się stało? — zapytał, sennie mrugając oczami.
— Ned nie patrzył, dokąd płynie — wyjaśnił Terence chwytając kuferek, a ja zobaczyłem, że uderzyliśmy dziobem w brzeg. Zupełnie jak Jerome K. Jerome w rozdziale szóstym.
Obejrzałem się na tamtą łódź. Montmorency szczekał, a Jerzy i Harris zwijali się ze śmiechu.
— Nic się panu nie stało? — zawołał do mnie Jerome K. Jerome. Dziarsko kiwnąłem głową, a oni pomachali i powiosłowali dalej ze śmiechem w stronę Oksfordu, ku bitwie z łabędziami i historii.
— Mówiłem, trzymaj linki prosto — rzucił Terence z niesmakiem.
— Wiem. Przepraszam — powiedziałem.
Przestąpiłem nad Cyrylem, który przespał całe wydarzenie i w rezultacie stracił okazję, żeby spotkać Bardzo Sławnego Psa. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę złośliwość Montmorency’ego i jego skłonność do bitki, może lepiej się stało.
— Zobaczyłem znajomego — wyjaśniłem, pomagając Terence’owi zbierać bagaż. — Pisarza — dodałem, a potem uświadomiłem sobie, że trzej panowie właśnie płyną po rzece, „Trzech panów w łódce”, jeszcze nie została napisana. Miałem nadzieję, że kiedy książka się ukaże, Terence nie przeczyta strony z copyrightem.
— Gdzie moja sieć? — zapytał profesor Peddick. — Te wody są doskonałe dla Tinca vulgaris.
Południe minęło, zanim na powrót ułożyliśmy bagaż i odciągnęliśmy profesora od Tinca vulgaris, potem jednak rozwinęliśmy dobre tempo. Przed drugą minęliśmy Little Wittenbaum. Jeśli nie napotkamy żadnych trudności w śluzie Day, możemy jeszcze zdążyć do Streatley na obiad…
Przebyliśmy śluzę Day w rekordowym czasie. I wpadliśmy prosto w korek rzeczny.
Rzeka była przedtem pusta właśnie dlatego, że cala flotylla zebrała się tutaj. Krypy, kajaki, łodzie z pływakami, skify z podwójnymi wiosłami, kryte łodzie wiosłowe, ósemki, barki, tratwy i łodzie mieszkalne zapełniły całą rzekę; wszystkie płynęły pod prąd i żadnej się nie spieszyło.
Dziewczęta z parasolkami szczebiotały do dziewcząt z parasolkami w innych łodziach i wołały do swoich towarzyszy, żeby podpłynęli bliżej. Ludzie na stateczkach obwieszonych proporczykami z napisami: DOROCZNA WYCIECZKA TOWARZYSTWA MUZYCZNEGO DOLNEGO MIDDLESEX albo: ZABAWA PRACOWNICZA wychylali się przez reling i krzyczeli na ludzi w zwykłych łodziach.
Widocznie nikt z nich nie musiał nigdzie zdążyć na czas. Na łodziach mieszkalnych starsi mężczyźni siedzieli na pokładzie i czytali „Timesa”, a ich starsze żony, z kołeczkami w ustach, rozwieszały pranie.
Dziewczyna w marynarskiej sukience i słomkowym kapeluszu ze wstążkami powoli przepychała pomiędzy nimi płaski skif, a kiedy bosak ugrzązł w mule, wybuchnęła śmiechem. Pośrodku tego zamieszania artysta w żółtym kitlu stał na tratwie przed sztalugami i malował pejzaż, chociaż nie miałem pojęcia, jakim cudem widział pejzaż spoza powiewających flag, parasolek i kapeluszy ozdobionych kwiatami.
Wioślarz z jakiegoś kolegium, w dżersejowym blezerze i pasiastej czapce, zderzył się wiosłami z wycieczkową łodzią i zatrzymał się, żeby przeprosić, a żaglówka z tyłu o mało ich nie staranowała. Szarpnąłem za linki steru i prawie wpadłem na tę trójkę.
— Lepiej ja wezmę ster — zaproponował Terence i zamienił się z mną miejscami, kiedy łódź trafiła na pustą szczelinę pomiędzy czterowiosłową łodzią z pływakiem a pontonem.
— Doskonały pomysł — przyznałem, ale wiosłowanie było gorsze. Siedząc tyłem niczego nie widziałem i ciągle zdawało mi się, że lada chwila wpadnę na Wycieczkę Stowarzyszenia Rzeźników i Kupców Żelaznych.