Выбрать главу

— Tu jest gorzej niż na regatach w Henley — oświadczył Terence, ciągnąc za linki. Wymanewrował łódź z głównego nurtu bliżej brzegu, ale tam było jeszcze gorzej. Trafiliśmy pomiędzy holowane krypy i łodzie mieszkalne, których liny holownicze zagradzały nam drogę niczym niezliczone zasieki.

Holującym również się nie spieszyło. Dziewczęta ciągnęły kilka stóp, po czym zatrzymywały się i ze śmiechem oglądały się na łódź. Zakochane pary przystawały, żeby czule spojrzeć sobie w oczy, pozwalały linie opaść, a potem nagle przypominały sobie o obowiązkach i szarpały ostro do przodu. Jerome K. Jerome opisał parę, która zgubiła łódź i szła dalej zatopiona w rozmowie, ciągnąc wystrzępioną linę, ale według mnie groziła tu raczej dekapitacja, dlatego wciąż oglądałem się nerwowo niczym Katarzyna Howard.

W górze rzeki wybuchło nagłe zamieszanie. Rozległ się gwizdek i ktoś krzyknął: — Uwaga!

— Co to jest? — zapytałem.

— Przeklęty czajnik — odparł Terence i wśród ciżby przepchnął się sapiący statek parowy, rozpraszając łodzie i wywołując potężną falę.

Łódź zakołysała się i jedno wiosło wypadło za burtę. Złapałem je i przytrzymałem sakwojaż, a Terence podniósł pięść i przeklął oddalający się statek.

— Przypomina jednego ze słoni Hannibala w bitwie nad rzeką Ticinus — zauważył rozbudzony profesor Peddick, po czym zagłębił się w opisie kampanii włoskiej Hannibala.

Przez całą drogę do Wallingford tkwiliśmy wśród Alp i zatoru. Ponad godzinę czekaliśmy w kolejce do śluzy w Benson, a Terence co trzy minuty wyciągał zegarek i podawał czas.

— Trzecia — mówił. Albo: — Kwadrans po trzeciej. — Albo: — Prawie wpół do. Nigdy nie zdążymy na herbatę.

Podzielałem jego uczucia. Ostatnim razem, kiedy otworzyłem sakwojaż, Księżniczka Ardżumand poruszyła się złowieszczo, a kiedy wpływaliśmy do śluzy, słyszałem jej ciche miauczenie, na szczęście zagłuszone przez gwar tłumu i wykład profesora Peddicka. — To przez zator Napoleon przegrał bitwę pod Waterloo — oznajmił profesor. — Wozy artylerii ugrzęzły w błocie i zatarasowały drogi a piechota nie mogła ich ominąć. Jakże często historię zmieniają takie drobiazgi, zatarasowana droga, opóźniony korpus piechoty, pokręcony rozkaz.

Przed Wallingford zator szybko zniknął, krypy zatrzymały się na biwak i kolację, Towarzystwo Muzyczne wysiadło na brzeg i rzeka nagle opustoszała.

Lecz od Muchings End wciąż dzieliło nas sześć mil i jedna śluza.

— Dziewiąta minie, zanim tam dopłyniemy — powiedział Terence z rozpaczą.

— Możemy rozbić obóz koło Moulsford — zaproponował profesor Peddick. — Tam są wspaniałe okonie powyżej jazu.

— Powinniśmy raczej zatrzymać się w gospodzie — wtrąciłem. — Musisz doprowadzić się do porządku. Będziesz chciał wyglądać jak najlepiej dla panny Mering. Ogolisz się, każesz sobie wyprasować ubranie i wyczyścić buty, a z samego rana złożymy wizytę w Muchings End.

A ja wymknę się z sakwojażem, jak już wszyscy pójdą spać, i dyskretnie odniosę kota, więc zanim Terence wstanie rano, niekongruencja sama się naprawi. I Tossie będzie trzymać się za rączki z panem Cabbagesoup albo Coalscuttle czy jak mu tam.

— W Streatley są dwie gospody — oznajmił Terence, patrząc na mapę. — Pod Bykiem i Pod Łabędziem. Pod Łabędziem. Trotters mówi, że tam warzą znakomite piwo.

— Ale tam nie ma żadnych łabędzi? — upewniłem się, zerkając nerwowo na Cyryla, który ocknął się i czujnie nastawił uszy.

— Nie sądzę — odparł Terence. — Pod Smokiem i Jerzym nie ma żadnego smoka.

Wiosłowaliśmy dalej. Niebo przybrało ten sam odcień błękitu co wstążka mojej panamy, a potem zrobiło się bladolawendowe. Pokazały się pierwsze gwiazdy. Żaby i świerszcze rozpoczęły koncert, a z sakwojażu wciąż wydobywało się stłumione miauczenie.

Ostro pociągnąłem wiosłami, robiąc dużo plusku, i zapytałem profesora Peddicka, czym dokładnie różnią się teorie jego i profesora Overforce’a. To nam zajęło czas do śluzy w Cleve, gdzie wyskoczyłem na brzeg, dałem kotu trochę mleka, po czym postawiłem sakwojaż na dziobie, na stercie bagażu, jak najdalej od Terence’a i profesora.

— Indywidualne działanie, oto siła napędowa historii — mówił profesor Peddick. — Nie ślepe, bezosobowe siły Overforce’a. „Historia świata jest tylko biografią wielkich ludzi”, napisał Carlyle, i miał racje. Geniusz Kopernika, ambicja Cincinnatusa, wiara świętego Franciszka z Asyżu: to charakter tworzy historię.

Ściemniło się zupełnie i w domach zapalono światła, zanim dotarliśmy do Streadey.

— Nareszcie — powiedziałem, kiedy zobaczyliśmy przystań — miękkie łóżko, gorący posiłek, zdrowy sen — ale Terence wiosłował dalej. — Dokąd płyniesz? — zapytałem.

— Do Muchings End — odparł, mocno ciągnąc za wiosła.

— Ale sam powiedziałeś, że już za późno na wizytę — zwróciłem mu uwagę, oglądając się tęsknie na przystań.

— Wiem — przyznał. — Chcę tylko spojrzeć na jej dom. Nie zasnę ze świadomością, że ona jest tak blisko, dopóki jej nie zobaczę.

— Ale w nocy na rzece jest niebezpiecznie — zaprotestowałem. — Mielizny, wiry i różne takie.

— To tylko kawałek dalej — odparł Terence, wiosłując zapamiętale. — Mówiła, że to zaraz za trzecią wyspą.

— Ale w nocy niczego nie zobaczymy — jęknąłem. — Zabłądzimy, trafimy na jaz i utoniemy.

— To tam — oznajmił Terence, wskazując na brzeg. — Mówiła, że rozpoznam dom po belwederku.

Biały belwederek jaśniał słabo w blasku księżyca, a za nim, po drugiej stronie spadzistego trawnika, wznosił się dom. Był olbrzymi i typowo wiktoriański, z wieżyczkami, wykuszami i rozmaitymi neogotyckimi ozdóbkami. Wyglądał jak nieco mniejsza wersja dworca Victoria.

Wszystkie okna były ciemne. Dobrze, pomyślałem, pojechali do Hampton Court wywołać ducha Katarzyny Howard albo do Coventry — Łatwo będę mógł zwrócić kota.

— Nie ma nikogo — powiedziałem. — Lepiej wracajmy do Streatlay. Zajmą nam wszystkie miejsca Pod Łabędziem.

— Nie, jeszcze nie — sprzeciwił się Terence, spoglądając na dom. Pozwól mi popatrzeć jeszcze chwilę na uświęconą ziemię, po której stąpa, na uświęconą altankę, gdzie ona odpoczywa. — Wygląda tak, jakby cała rodzina wyszła na wieczór — zauważył profesor Peddick.

— Może tylko zaciągnęli zasłony — odparł Terence. — Cii. Wyjaśnienie brzmiało niezbyt przekonująco, zważywszy na piękny wieczór, ale posłusznie zamilkliśmy. Głęboką ciszę mącił tylko łagodny plusk wody, szmer wiatru w sitowiu, ciche rechotanie żab. I miauczenie na dziobie łodzi.

— Tam — szepnął Terence. — Słyszeliście?

— Co? — zapytał profesor Peddick.

— Głosy. — Terence wychylił się przez okrężnicę.

— Świerszcze — podpowiedziałem, przesuwając się nieznacznie na dziób.

Kot znowu miauknął.

— Tam! — zawołał Terence. — Słyszeliście? Ktoś nas wzywa. Cyryl prychnął.

— To ptak — oświadczyłem. Wskazałem na drzewo przy belwederku. — W tej wierzbie. Słowik.

— To nie brzmiało jak słowik — sprzeciwił się Terence. — Słowiki śpiewają w lecie „pełną piersią, z ich pieśni w ekstazie wznosi się muzyka”. To brzmiało inaczej. Posłuchaj.

Z przodu łodzi usłyszałem szuranie. Odwróciłem się gwałtownie. Cyryl stał na tylnych łapach, przednie oparł na stercie bagażu, obwąchiwał sakwojaż i popychał go płaskim nosem w stronę burty.