Выбрать главу

Zdecydowanie wolałem uniknąć spotkania z Verity, ale nie miałem innego wyjścia. Cyryl, chociaż strząsał z siebie wodę na nas, był przemoczony, podobnie jak profesor Peddick, a Terence przemarzł do kości.

— „Taki był Hesperusa wrak — zacytował, szczękając zębami tak, że ledwie mógł mówić — w zimową śnieżną noc”.

Musieliśmy wysuszyć się i przebrać, a w pobliżu nie było innego domu poza Muchings End. Powinniśmy zbudzić domowników i poprosić o gościnę, nawet gdybym musiał spojrzeć Tossie w oczy i odpowiedzieć na pytanie, czy znaleźliśmy jej „najdroższą Dziudziu”. Nawet gdybym musiał powiedzieć Verity.

— Chodź — wziąłem Terence’a za ramię. — Pójdziemy do domu. Ani drgnął.

— „Chryste, strzeż nas przed taką śmiercią — wyrecytował — na rafie Norman’s Woe”. Jabez zedrze z nas pięćdziesiąt funtów.

— Później będziemy się tym martwić. Chodź. Spróbujemy najpierw przez oszklone drzwi. Pod nimi widać linię światła.

— Nie mogę tak się pokazać rodzinie dziewczyny, którą kocham — zaprotestował Terence. — Nie mam surduta.

— Masz — powiedziałem, ściągając blezer i wyżymając wodę. — Nałóż mój. Wybaczą nam, że nie mamy wieczorowych strojów. Nasza łódź zatonęła.

Podszedł profesor Peddick, chlupocząc przy każdym kroku.

— Uratowałem trochę bagażu — oznajmił i podał mi sakwojaż. — Chociaż moje okazy przepadły, niestety. Ach, mój albinos Ugiibio fluwatilis.

— Nie mogę wejść do tego domu bez butów — upierał się Terence. — Nie mogę pokazać się półnagi dziewczynie, którą kocham.

— Masz, weź moje. — Z trudem rozwiązałem mokre sznurowadła jedną ręką. — Profesorze, niech pan mu pożyczy skarpetki.

Podczas gdy obaj walczyli z problemem zdjęcia i nałożenia mokrych skarpetek, pobiegłem za belwederek i otworzyłem sakwojaż.

Księżniczka Ardżumand, tylko trochę wilgotna, przez długą chwilę mierzyła mnie wzrokiem, po czym wdrapała się po nogawce spodni prosto w moje ramiona.

Podobno koty nienawidzą wilgoci, ona jednak umościła się wygodnie na przemoczonym, ociekającym rękawie i przymknęła oczy. — To nie ja uratowałem ci życie — powiedziałem. — To profesor Peddick.

Ale jej to nie przeszkadzało. Wtuliła się mocniej w moje objęcia i — zadziwiające — zaczęła mruczeć.

— O, dobrze, Księżniczka Ardżumand jest tutaj — powiedział Terence obciągając blezer, który jakoś się skurczył. — Miałem rację. Była tutaj przez cały czas.

— Sądzę, że oksfordzki don powinien nosić skarpetki — odezwał się profesor Peddick.

— Banialuki — odparłem. — Profesor Einstein nigdy nie nosił.

— Einstein? — powtórzył. — Chyba o nim nie słyszałem.

— Usłyszy pan — zapewniłem go i ruszyłem po spadzistym trawniku.

Terence słusznie odgadł, że zaciągnęli zasłony. Kiedy wchodziliśmy po trawniku, zasłony rozsunęły się, zamigotało słabe światełko i rozległy się głosy.

— To strasznie ekscytujące — przemówił męski głos. — Od czego zaczniemy?

— Złączcie dłonie — rozkazał kobiecy głos, podobny do głosu Verity skoncentrujcie się.

— Ach, mamo, zapytaj o Dziudziu — to na pewno była Tossie. — Zapytaj, gdzie ona jest.

— Cii.

Zapadło milczenie, a my tymczasem pokonaliśmy resztę drogi.

— Czy jest tutaj duch? — zawołał stentorowy głos, a ja mało nie upuściłem Księżniczki Ardżumand. Brzmiał zupełnie jak głos lady Schrapnell, ale to nie mogła być ona. To pewnie była matka Tossie, Pani Mering. — O, duchu z zaświatów — zaintonowała, a ja pohamowałem chęć ucieczki — przemów do nas tutaj, na tym ziemskim planie.

Ostrożnie stąpając wśród ozdobnych roślin, przeszliśmy przez obrzeże trawnika na ścieżkę wykładaną kamiennymi płytami, prowadzącą do oszklonych drzwi.

— Objaw nam nasze losy — zagrzmiała pani Mering, a Księżniczka Ardżumand wdrapała się wyżej i wbiła mi pazury w ramię.

— Wejdź, o Duchu — zaintonowała pani Mering — i przynieś nam wieści o naszych drogich zaginionych.

Terence zapukał w szybę.

Znowu zapadło milczenie, a potem pani Mering zawołała nieco słabszym głosem:

— Wejdź!

— Czekaj — powiedziałem, ale Terence już otworzył drzwi. Zasłony wydęły się do środka, a my mrugając patrzyliśmy na żywy obraz w blasku świec.

Wokół okrągłego stolika nakrytego czarną draperią siedziały cztery osoby, z zamkniętymi oczami, trzymając się za ręce: Verity w bieli, Tossie w falbankach, blady młody człowiek w koloratce i z zachwyconą miną oraz pani Mering, która na szczęście nie wyglądała jak lady Schrapnell. Była znacznie okrąglejsza, z obfitym biustem i licznymi obfitymi podbródkami.

— Wejdź, o Duchu z zaświatów — powtórzyła, a Terence rozsunął zasłony i wszedł.

— Przepraszam najmocniej — odezwał się, a wtedy wszyscy otworzyli oczy i zagapili się na nas.

Z pewnością sami również przedstawialiśmy interesujący żywy obraz: krwawiące pasy blezera Terence’a, moje stopy w skarpetkach i ogólny wygląd zmokłych szczurów, nie licząc psa, który wciąż wykaszliwał z siebie rzekę. Oraz kota.

— Przybyliśmy… — zaczął Terence, a pani Mering wstała i przyłożyła dłoń do obszernego łona.

— Przybyli! — wykrzyknęła i zemdlała.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Zdało mi się, że słyszałem głos wołający: „Nie zaśniesz już więcej!”
William Shakespeare
Dlaczego wiktorianie mieli takie zahamowania — Najdlozsa najdlozsa Dziudziu wjócila do swojej paniuni — Ryby — Nieporozumienie — Znaczenie pukania — Prezentacja — Irlandzkie nazwiska — Zdumiewający zbieg okoliczności — Więcej ryb — Precz! — Następne nieporozumienie — Idę do łóżka — Gość — Kryzys

Właściwie przypominało to bardziej piruet niż zemdlenie. Pani Mering osunęła się łagodnie na kwiecisty dywan, nie potrąciwszy żadnego mebla — niełatwa sztuka w pokoju, gdzie stał duży okrągły stół z drzewa różanego, mały trójkątny stolik z ferrotypowym albumem, mahoniowy stolik z bukietem woskowych kwiatów pod szklanym kloszem, sofa wypchana końskim włosiem, adamaszkowa kozetka, windsorskie krzesło, morrisowski fotel, chesterfieldowska kanapa, liczne otomany, biurko, serwantka, etażerka, biblioteczka, ekran przed kominkiem, harfa, aspidistra oraz słoniowa noga na parasole.

Pani Mering opadała bardzo powoli, więc zanim wylądowała na dywanie, zdążyłem zarejestrować kilka wrażeń:

Po pierwsze, nie tylko pani Mering wyglądała tak, jakby zobaczyła ducha. Blady młody człowiek, na pewno wikary, był biały jak jego koloratka, a Baine przy drzwiach przytrzymywał się framugi. Na jego twarzy nie malowały się jednak męczarnie wyrzutów sumienia. Gdybym nie wiedział lepiej, sądziłbym, że to ulga. Albo radość. Nadzwyczaj dziwne.

Po drugie, twarz Verity zdecydowanie wyrażała radość i jako dysponowany pomyślałem sobie nawet, że to z mojego powodu. Potem olśniło mnie, że Verity na pewno nie zdążyła jeszcze złożyć raportu. Tossie zapewne trzymała wszystkich domowników na nogach przez kolejną noc, szukając Księżniczki Ardżumand, dlatego Verity nie wiedziała, że to ja miałem zwrócić Księżniczkę Ardżumand i spartaczyłem zadanie, więc będę musiał powiedzieć jej o tym.