Выбрать главу

Fatalnie się składało, ponieważ po trzecie, nawet po przespanej (mniej więcej) nocy i moratorium na skoki, wciąż wydawała mi się najpiękniejszą istotą na świecie.

I po czwarte, wiktorianie byli tacy wstrzemięźliwi i pełni zahamowań, ponieważ we własnych domach nie mogli się ruszyć, żeby czegoś nie strącić.

— Mama! — pisnęła Tossie, a Baine, Terence, profesor Peddick i ja rzuciliśmy się na pomoc i zdołaliśmy potrącić wszystko, co pani Mering tak zgrabnie ominęła.

Terence złapał panią Mering, Baine podkręcił gaz, żebyśmy widzieli, na co wpadliśmy, ja postawiłem prosto drezdeńską pasterkę i stereoptykon, które przewróciłem, a wikary usiadł i zaczął wycierać czoło wielką białą chustką. Terence i Baine przenieśli panią Mering na aksamitną kasztanową sofę, strącając przy tym popiersie Pallas Ateny, a Verity wachlowała zemdloną.

— Baine! — zawołała — powiedzcie Colleen, żeby przyniosła sole trzeźwiące.

— Tak, panienko — powiedział Baine, nadal wyraźnie wstrząśnięty, i wyszedł z pośpiechem.

— O mama! — zawołała Tossie, podchodząc do sofy. — Czy wszyscy… — i wtedy zobaczyła kota, który wdrapywał się po mojej koszuli. — Księżniczko Ardżumand! — wrzasnęła i rzuciła się na mnie. — Kochana, kochana Księżniczko Ardżumand! Wróciłaś do mnie!

Kochaną Księżniczkę Ardżumand trzeba było odczepiać od mojej koszuli po jednym pazurku. Podałem ją Tossie, która ekstatycznie przytuliła kota, wydając serię radosnych okrzyków.

— O, panie St. Trewes — zagruchała, odwracając się do Terence’a — przyniósł mi pan moją najdroższą, najdroższą Dziudziu! — Ukryła twarz w futerku najdroższej Dziudziu. — Ci moja kicia baldzo się bala siama w nocy? Ci moje kochanie tęskniło do domciu? Ale pan St. Trewes szukał kici, plawda? Ci kochana Dziudziu podziękuje śtlaśnie miłemu panu?

Cyryl, stojący obok mnie, prychnął głośno i nawet „kochana Dziudziu” wyglądała na zdegustowaną. Świetnie, pomyślałem, to pomoże Terence’owi odzyskać rozsądek, popłyniemy z powrotem do Oksfordu, Tossie poślubi pana C. i kontinuum zostanie naprawione.

Spojrzałem na Terence’a. Wpatrywał się w Tossie rozpromienionym wzrokiem.

— Doprawdy nie trzeba mi dziękować — powiedział. — Prosiłaś, pani, bym odnalazł twoją ulubienicę. Spełniłem twoją wolę. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, piękna pani.

Na kanapie pani Mering jęknęła.

— Ciociu Malwino — powiedziała Verity, rozcierając jej dłonie w swoich. — Ciociu Malwino? — Odwróciła się do Tossie. — Kuzynko, wezwij Baine’a i każ mu rozpalić ogień. Twoja matka ma ręce zimne jak lód.

Tossie podeszła do długiego panneau z haftowanego adamaszku ozdobionego chwastami i pociągnęła za chwast.

Niczego nie usłyszałem, ale widocznie gdzieś zadzwonił dzwonek, ponieważ Baine szybko się zjawił. Najwyraźniej odzyskał panowanie nad sobą. Twarz miał kamienną i głos niewzruszony, kiedy zapytał:

— Tak, panienko?

— Rozpalcie ogień — poleciła Tossie, nie odrywając oczu od kota. Powiedziała to prawie niegrzecznie, ale Baine.uśmiechnął się i odparł pobłażliwym tonem: — Tak, panienko — po czym ukląkł przed kominkiem i zaczął układać drewno na kracie.

Pokojówka z włosami jeszcze bardziej rudymi niż włosy Verity wbiegła do pokoju, niosąc maleńką buteleczkę.

— Och, panienko, czy pani zemdlała? — zapytała z akcentem, który natychmiast zdradził jej irlandzkie pochodzenie.

— Tak — potwierdziła Verity, biorąc buteleczkę. Wyjęła korek i przesunęła buteleczkę pod nosem pani Mering. — Ciociu Malwinio? — powiedziała zachęcającym tonem.

— Och, panienko, czy to przez zjawy? — zapytała pokojówka, rozglądając się trwożnie po pokoju.

— Nie — odparła Verity. — Ciociu Malwinio? Pani Mering jęknęła, ale nie otworzyła oczu.

— Wiedziałam, że w tym domu straszy — oświadczyła pokojówka. Przeżegnała się. — Widziałam jedną zjawę, w zeszły wtorek przy belwederku…

— Colleen, przynieś mokry okład na czoło dla pani Mering — przerwała jej Verity — i ogrzewacz do nóg.

— Tak, panienko — bąknęła pokojówka, dygnęła i wyszła, wciąż rozglądając się niespokojnie.

— O najdroższa Dziudziu — gruchała Tossie do kota — ci moja kiciunia głodna? — Odwróciła się do Baine’a, który ułożył drewno i właśnie miał je podpalić. — Baine, chodźcie tutaj — rzuciła władczo.

Baine, chociaż właśnie zapalał fidybus, natychmiast wstał i podszedł do niej.

— Tak, panienko?

— Przynieście dla Dziudziu miseczkę śmietanki.

— Tak, panienko — powiedział Baine, uśmiechając się do kota. Odwrócił się i chciał odejść.

— I talerzyk ryby.

Baine odwrócił się z powrotem.

— Ryby? — powtórzył, unosząc brew. Tossie uniosła mały podbródek.

— Tak, ryby. Księżniczka Ardżumand miała straszną przygodę.

— Skoro panienka sobie życzy — odparł Baine; każde jego słowo ociekało dezaprobatą.

— Życzę sobie — oświadczyła zaróżowiona Tossie. — Przynieście natychmiast.

— Tak, panienko — powiedział Baine, ale zamiast wyjść, ukląkł przed kominkiem i metodycznie dokończył rozpalania. Rozdmuchał ogień miechem, który starannie odłożył na stojak do pogrzebaczy, zanim wstał. — Wątpię, czy mamy jakieś ryby — powiedział i wyszedł.

Tossie wpadła w furię.

— Mamai — zawołała, ale pani Mering nadal była nieprzytomna. Verity okryła jej kolana wełnianym szalem i ułożyła poduszki pod głową.

Zacząłem dygotać w mokrym ubraniu. Przysunąłem się do wesoło buzującego ognia, wymijając biurko, stolik do szycia oraz mały stoliczek z marmurowym blatem, zastawiony fotografiami w metalowych ramkach. Cyryl już tam siedział, kapiąc w cieple kominka.

Pokojówka Colleen wróciła, niosąc miskę z wodą. Verity odebrała od niej miskę, postawiła na stole obok wysokiej wazy z brązu pełnej pawich piór i wyżęła ręcznik.

— Och, czy zjawy porwały jej duszę? — zapytała pokojówka.

— Nie — odparła Verity, kładąc ręcznik na czole pani Mering — Ciociu Malwinio?

Pani Mering westchnęła i zatrzepotała powiekami.

Wszedł zażywny dżentelmen z krzaczastym siwym wąsem i gazetą w ręku, ubrany w czerwoną bonżurkę oraz dziwaczną czerwoną czapkę z chwastem.

— Co się dzieje? — zapytał surowo. — Do tego już dochodzi, że człowiek nie może spokojnie przeczytać „Timesa”.

— O papa — zawołała Tossie. — Mama zemdlała.

— Zemdlała? — powtórzył dżentelmen podchodząc bliżej. — Po co?

— Urządziliśmy seans spirytystyczny — wyjaśniła Tossie. — Próbowaliśmy znaleźć Księżniczkę Ardżumand i mama wezwała duchy, i kiedy powiedziała: „O wejdźcie, duchy!”, zasłony się rozsunęły, dmuchnęło zimnem i zjawiła się Księżniczka Ardżumand!

— Brednie — odparł dżentelmen. — Wiedziałem, że ten spirytualizm to kiepski pomysł. Niedorzeczność.

Pułkownik Mering mówił jakby stenograficznym stylem, często opuszczając orzeczenia. Podejrzewałem, że gubił je w swoich krzaczastych wąsach.

— Histeria — stwierdził. — Doprowadza kobiety do stanu podniecenia.

W tym miejscu wtrącił się wikary:

— Wielu powszechnie szanowanych uczonych i naukowców uznaje prawdziwość zjawisk spirytystycznych. Sir William Crookes, znany fizyk, napisał słynną rozprawę na ten temat, a Arthur Conan Doyle prowadzi…