— Dyrdymały! — oświadczył pułkownik Mering, pięknie uzupełniając kolekcję wiktoriańskich epitetów. — Draperie i łatwowierne kobiety. Parlament powinien uchwalić prawa przeciwko temu. — Urwał na widok Terence’a. — A pan kto jesteś? Przeklęte medium?
— To jest pan St. Trewes, papo — wtrąciła pospiesznie Tossie. — Jego przyjaciele przynieśli Księżniczkę Ardżumand. — Podniosą kota i pokazała pułkownikowi. — Zginęła, a pan St. Trewes ją odnalazł.
Pułkownik Mering spojrzał na kota z nieskrywaną nienawiścią.
— Ha! Myślałem, że utonęła, i bardzo dobrze.
— O papo, przecież wcale tak nie myślisz! — Przytuliła kota. — On wcale nie myślał takich śtlaśnych zieczy, plawda, słodka Dziudziu? Wcale a wciale.
Pułkownik zmierzył gniewnym wzrokiem mnie i profesora Peddicka.
— Panowie pewnie też stukacie w stoliki?
— Nie — zaprzeczyłem. — Płynęliśmy po rzece i łódka się przewróciła, i…
— Oooch — jęknęła pani Mering z kanapy, zatrzepotała powiekami i otworzyła oczy. — Mężu, czy to ty? — zapytała słabym głosem. Wyciągnęła do niego rękę: — O Mesielu, duchy!
— Bujda! Same głupoty. Rujnują ci zdrowie i nerwy. Aż dziwne, że nikomu nie stała się krzywda — powiedział pułkownik biorąc ją za rękę. Verity zwolniła miejsce i pułkownik usiadł przy żonie. — Załatwione. Koniec z seansami. Absolutny zakaz w moim domu. Baine! — zawołał kamerdynera, który właśnie wszedł niosąc spodeczek śmietanki. — Wyrzućcie książki o spirytyzmie.
Odwrócił się z powrotem do pani Mering.
— Zabraniam ci zadawać się z tym medium, madame Idioskovitz.
— Iritosky — poprawiła pani Mering. — O Mesielu, nie możesz tego zrobić! — Ścisnęła jego dłoń. — Nie rozumiesz! Zawsze byłeś sceptykiem. Ale teraz musisz uwierzyć. One były tutaj, Mesielu. W tym pokoju. Właśnie nawiązałam kontakt z wodzem Gicziwata, duchem przewodnim madame Iritosky, i zapytałam go o los Księżniczki Ardżumand, i… — wydała okrzyczek zupełnie jak wcześniej Tossie — i oni się pojawili, niosąc kota w swoich widmowych ramionach!
— Najmocniej przepraszamy. Nie chcieliśmy przestraszyć — powiedział Terence, który chyba zaraził się telegraficznym stylem pułkownika Meringa.
— Kto to jest? — zapytała męża pani Mering.
— Terence St. Trewes, do usług — przedstawił się Terence i uchylił kapelusza. Niestety na rondzie zebrało się sporo wody, która chlusnęła na panią Mering.
— O! O! O! — Pani Mering wydała całą serię okrzyczków i bezskutecznie próbowała zasłonić się przed potopem.
— Strasznie panią przepraszam — powiedział Terence i zacząłby wyciągać chustkę, jeszcze bardziej przemoczoną. Zatrzymał się w samą porę i wsadził chustkę z powrotem do kieszeni.
Pani Mering zmierzyła Terence’a lodowatym wzrokiem i zwróciła się do męża.
— Wszyscy je widzieli! — Spojrzała na wikarego. — Wielebny, Powiedz pan Mesielowi, żeś widział duchy!
— No… — zaczął wikary z zakłopotaniem.
— Całe były obwieszone wodorostami, Mesielu, i jaśniały nieziemskim światłem — oznajmiła pani Mering, ciągnąc męża za rękaw. — Przyniosły wiadomość, że biedna Księżniczka Ardżumand spoczywa na dnie rzeki. — Wskazała na oszklone drzwi. — Tędy weszły!
— Wiem, że powinniśmy byli zapukać — przyznał Terence. — Nie chcieliśmy tak wtargnąć, ale nasza łódź przewróciła się i…
— Kim jest ten impertynencki młody człowiek? — zapytała męża pani Mering.
— Terence St. Trewes — ponownie przedstawił się Terence.
— Twój duch — wyjaśnił pułkownik.
— Terence St. Trewes — powtórzył Terence. — A to jest pan Ned Henry i…
— Duchy! — fuknął pogardliwie pułkownik Mering. — Gdybyś nie zgasiła światła i nie bawiła się w wirujące stoliki, zobaczyłabyś, że to wioślarze, którzy mieli wywrotkę. Na dnie rzeki? Ha!
— Księżniczka Ardżumand jest cała i zdrowa, mamo — wtrąciła Tossie, podsuwając matce kota do wglądu. — Nie utonęła. Pan St. Trewes znalazł ją i przyniósł do domu. Plawda, słodka Dziudziu? Psiniósł kicię do domu, taak. Był taki dzielny, plawda? Psiniósł moją kiciunię!
— To pan znalazł Księżniczkę Ardżumand? — zapytała pani Mering.
— No, właściwie to Ned…
Rzuciła mi spojrzenie mrożące krew w żyłach i wymownie popatrzyła na Terence’a, rejestrując nasze mokre ubrania, niechlujny wygląd i najwyraźniej niespirytystyczną naturę.
Potem usiadła prosto na kanapie, spiorunowała wzrokiem Terence’a i zawołała:
— Jak pan śmie udawać ducha, panie St. Trewes!
— Ja… my… łódź nam się wywróciła… — wyjąkał Terence.
— Terence St. Trewes! — ciągnęła. — Cóż to za nazwisko? Czyżby irlandzkie?
Temperatura w pokoju spadła o kilka stopni i Terence dygotał udzielając odpowiedzi.
— Nie, szanowna pani. To stare rodowe nazwisko. Pochodzi z czasów Zdobywcy i tak dalej. Podobno od rycerza, który walczył w krucjatach obok Ryszarda Lwie Serce.
— Ale brzmi z irlandzka — upierała się pani Mering.
— Pan St. Trewes to ten młody człowiek, o którym mamie mówiłam — wtrąciła Tossie — ten, którego spotkałam nad rzeką i prosiłam, żeby poszukał Księżniczki Ardżumand. I znalazł ją! — Pokazała matce kota.
Pani Mering nie zwróciła na nią uwagi.
— Nad rzeką? — powtórzyła i jej spojrzenie zmieniło się w czysty płynny azot. — Pan jest jakimś przewoźnikiem?
— Nie, szanowna pani — zaprzeczył Terence. — Jestem studentem. Drugi rok. W Balliol.
— Oksford! — prychnął pułkownik Mering. — Ha! Wyglądało na to, że za chwilę wyrzucą nas stąd na zbity łeb; nie najgorsza perspektywa, biorąc pod uwagę zachowanie Tossie wobec Terence’a. Zastanawiałem się, czy w ten sposób kontinuum dokonuje samonaprawy, skoro już „słodka Dziudziu” bezpiecznie wróciła do domu. Miałem taką nadzieję.
Miałem również nadzieję, że zdążę zamienić parę słów z Verity, zanim pokażą nam drzwi. Od tego pierwszego uradowanego spojrzenia nawet na mnie nie zerknęła, a ja musiałem przynajmniej sprawdzić, czego się dowiedziała od T.J. i pana Dunworthy’ego.
— Czy w Oksfordzie uczą was, jak się włamywać do cudzych domów? — zagadnęła pani Mering.
— N-nie — wyjąkał Terence. — Pani powiedziała: „Wejdźcie”.
— Mówiłam do duchów! — odparła sztywno pani Mering.
— Pewnie pan studiuje jakieś przeklęte nowoczesne przedmioty — odezwał się pułkownik Mering.
— Nie, sir. Klasyczne, sir. To jest mój tutor, profesor Peddick.
— Nie chcieliśmy tak się narzucać — zaczął profesor. — Ci dwaj młodzi dżentelmeni uprzejmie zabrali mnie na wycieczkę do Runnymede, kiedy…
Lecz temperatura gwałtownie wzrosła i zdawało mi się, że pułkownik uśmiecha się pod siwym wąsem.
— Przypadkiem nie profesor Arthur Peddick? Który napisał, „Charakterystyka fizyczna japońskiego shubunkina”?
Profesor Peddick kiwnął głową.
— Czytał pan to?
— Czy czytałem? Dopiero w zeszłym tygodniu napisałem do pana o moim wyłupiastookim perłowym ryunkinie — oznajmił pułkownik — Zdumiewający przypadek, że pan się tutaj zjawił.
— Ach tak — mruknął profesor, przyglądając mu się przez pince-nez — Zamierzałem odpowiedzieć na pański list. Fascynujący gatunek, ten ryunkin.
— Zadziwiające, ze wasza łódź wywróciła się akurat tutaj — zauważył pułkownik. — Jakie jest prawdopodobieństwo takiego wydarzenia? Astronomicznie małe.