Выбрать главу

Spojrzałem na Verity. Patrzyła na nich i przygryzała wargę.

— Musi pan obejrzeć mojego Czarnego Maura — oświadczył pułkownik. — Wspaniały okaz. Aż z Kioto. Baine, przynieście latarnię!

— Tak, sir — powiedział Baine.

— I trzyfuntowego obrączkowanego kiełbia — dodał pułkownik, biorąc profesora za ramię i prowadząc go przez labirynt mebli do oszklonych drzwi. — Złapałem go dopiero w zeszłym tygodniu.

— Mesiel! — warknęła pani Mering z kanapy. — Dokąd się wybierasz, na litość?

— Nad sadzawkę, moja droga, pokazać profesorowi moje złote rybki.

— O tej porze? Nonsens! Przeziębi się na śmierć w tym mokrym ubraniu.

— Słuszna racja — przyznał pułkownik Mering i chyba dopiero teraz zauważył, że rękaw, który trzyma, jest zupełnie mokry. — Trzeba pana przebrać w suche rzeczy. Baine — zwrócił się do kamerdynera, który właśnie wychodził — natychmiast przynieście profesorowi suche ubranie.

— Tak, sir — powiedział Baine.

— Pan Henry i pan St. Trewes także potrzebują ubrań na zmianę — odezwała się Verity.

— Tak, panienko.

— I przynieście trochę brandy — polecił pułkownik. — I rybę — dodała Tossie.

— Wątpię, czy ci dżentelmeni znajdą czas na kieliszek brandy — zabrała głos pani Mering, ponownie przykręcając termostat. — Już bardzo późno i z pewnością panowie chcą wrócić do swoich kwater. Zakładam, że zatrzymaliście się panowie w którejś gospodzie na rzeką, panie St. Trewes? Pod Łabędziem?

— No, właściwie… — zaczął Terence.

— Nie chcę o tym słyszeć. Paskudne publiczne noclegownie. Straszliwa kanalizacja. Zostaną tutaj — oświadczył pułkownik i podniósł dłoń, żeby odeprzeć wszelkie sprzeciwy. — Mnóstwo miejsca dla pana i pańskich przyjaciół. Zostaniecie, jak długo zechcecie. Doskonałe głębie do łowienia na błyszczkę. Baine, powiedzcie Jane, żeby przygotowała pokoje dla tych panów.

Baine, który usiłował jednocześnie nalewać brandy, przynieść latarnię i ubrać połowę obecnych w pokoju, szybko powiedział: — Tak sir — i ruszył do wyjścia.

— I wnieście ich bagaż — zawołał za nim pułkownik.

— Obawiam się, że nie mamy żadnego bagażu — powiedział Terence. — Kiedy łódź się wywróciła, zdołaliśmy jedynie uratować życie.

— Straciłem pięknego kiełbia albinosa — poskarżył się profesor Peddick. — Niezwykłe płetwy grzbietowe.

— Trzeba będzie znowu go złapać — odparł pułkownik. — Baine, idźcie zobaczyć, czy można uratować łódź i bagaże panów. Gdzie ta latarnia?

Cud, że Baine nie czytał Marksa, tak nim pomiatano. Nie, Marks wciąż jeszcze pisał swoje dzieło. W czytelni British Museum.

— Zaraz przyniosę, sir.

— Nie przyniesiecie — sprzeciwiła się pani Mering. — Już za późno na spacery nad sadzawkę. Z pewnością panowie — temperatura znowu spadła — są zmęczeni po swojej przygodzie. Pływać łódką! W środku nocy! To cud, że was nie zniosło do jazu i nie utonęliście — sądząc po jej minie żałowała, że do tego nie doszło. — Z pewnością ci panowie są wyczerpani.

— Słuszna racja — przyznał wikary — a zatem odchodzę. Dobranoc, pani Mering.

Pani Mering wyciągnęła rękę.

— O, wielebny, tak mi przykro, że dzisiaj nie było żadnych manifestacji.

— Następnym razem niewątpliwie lepiej nam się uda — odpowiedział jej wikary, ale patrzył na Tossie. — Będę niecierpliwie oczekiwał naszej następnej wyprawy w świat metafizyki. I oczywiście spotkania z obiema paniami pojutrze. Na pewno odniesiemy wielki sukces, dzięki pani i pani uroczej córce.

Łypnął pożądliwie na Tossie, a mnie przyszło do głowy, że mógł być tajemniczy pan C.

— Z przyjemnością udzielimy wszelkiej pomocy — zapewniła pani Mering.

— Trochę nam brakuje obrusów — wyznał wikary.

— Baine, natychmiast zanieście tuzin obrusów na plebanię — rozdała pani Mering.

Nic dziwnego, że Baine w wolnym czasie zabawiał się topieniem kotów. Całkowicie usprawiedliwiona mania zabójcza.

— Cieszę się, że miałem przyjemność poznać panów — ciągnął wikary, wciąż patrząc na Tossie. — Jeśli panowie zostaną do pojutrza, chciałbym rozszerzyć zaproszenie na nasz…

— Wątpię, czy panowie zostaną tak długo — przerwała mu pani Mering.

— Ach — powiedział wikary. — No cóż, w takim razie dobranoc. Baine podał mu kapelusz i wikary wyszedł.

— Powinnaś pożegnać się z wielebnym panem Arbitage — skarciła córkę pani Mering i tak upadła moja teoria.

— Profesorze Peddick, musi pan dzisiaj przynajmniej zobaczyć mojego wyłupiastookiego perłowego ryunkina — oświadczył pułkownik Mering. — Baine, gdzie ta latarnia? Wspaniałe ubarwienie…

— Aiiiii! — wrzasnęła pani Mering.

— Co? — podskoczył Terence i wszyscy obejrzeli się na oszklone drzwi, jakby oczekiwali kolejnego ducha, ale nikogo nie zobaczyli.

— Co się stało? — zapytała Verity, sięgając po sole trzeźwiące.

— To! — zawołała pani Mering, dramatycznie wskazując Cyryla, który grzał się przy ogniu. — Kto wpuścił tego okropnego stwora?

Cyryl wstał z urażoną miną.

— Ja… ja go wpuściłem — wyznał Terence i pospiesznie złapał psa za obrożę.

— To jest Cyryl — wyjaśniła Verity. — Pies pana St. Trewesa.

Cyryl wybrał akurat ten fatalny moment, żeby zademonstrować swoją psią naturę, czy też po prostu zląkł się pani Mering, jak my wszyscy. Wstrząsnął się gwałtownie, kłapiąc obwisłymi policzkami.

— O, okropny pies! — krzyknęła pani Mering zasłaniając się rękami — chociaż Cyryl stał po drugiej stronie pokoju. — Baine, wyprowadźcie go natychmiast!

Baine zrobił krok, a we mnie zaświtało podejrzenie, czy on nie przypadkiem seryjnym mordercą domowych zwierząt.

— Ja go wyprowadzę — zaproponowałem.

— Nie, ja to zrobię — oświadczył Terence. — Chodź, Cyrylu.

Cyryl spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Strasznie mi przykro — mówił Terence, ciągnąc Cyryla za obrożę. — Był z nami w łodzi, kiedy się wywróciła, więc…

— Baine, pokaż panu St. Trewesowi stajnie. Precz! — krzyknęła pani Mering na psa, który wybiegł jak strzała przez oszklone drzwi ciągnąc za sobą Terence’a.

— Ten oklopny niegzecny piesio juz sobie posedł i słodka Dziudziu nie będzie się bala — powiedziała Tossie do kota.

— O, tego już za wiele! — jęknęła pani Mering i dramatycznie przyłożyła dłoń do czoła.

— Proszę — powiedziała Verity, podtykając jej pod nos sole trzeźwiące. — Chętnie zaprowadzę pana Henry do jego pokoju.

— Verity! — zagrzmiała pani Mering głosem, który dobitnie świadczył o jej pokrewieństwie z lady Schrapnell. — To zupełnie niepotrzebne. Pokojówka zaprowadzi pana Henry do jego pokoju.

— Tak, ciociu — potulnie odparła Verity i ruszyła przez pokój, zgarniając spódnice tak zgrabnie, że nawet nie musnęły szponiastych nóg od stołu ani wolutowej podstawy aspidistry. Stanąwszy przy panelu z chwastami, szepnęła do mnie: — Tak się cieszę, że cię widzę. Zamartwiałam się na śmierć.

— Ja… — zacząłem.

— Odprowadź mnie do mojego pokoju, Tossie — poleciła pani Mering. — Czuję się zupełnie rozbita. Verity, powiedz Baine’owi, że proszę o filiżankę rumiankowej herbatki. Mesiel, nie zawracaj profesorowi głowy swoimi głupimi rybami.

W trakcie tej kanonady rozkazów zjawiła się Colleen i kazano jej zaprowadzić mnie do pokoju.

— Tak, psze pani — powiedziała, dygnęła i poszła przodem. U stop schodów przystanęła, żeby zapalić lampę.