Hasło dekoratorów „Mniej to więcej” widocznie jeszcze nie zostało wynalezione. Ściany klatki schodowej były gęsto obwieszone portretami w pozłacanych ramach, przedstawiającymi licznych przodków Meringów w zbrojach, koronkach i pludrach, a w korytarzu stał stojak na parasole, popiersie Darwina, duża paproć oraz rzeźba Laokoona oplatanego ogromnym wężem.
Colleen doprowadziła mnie do połowy korytarza i zatrzymała się przed malowanymi drzwiami. Otwarła je, dygnęła i przytrzymała je dla mnie.
— Pana sypialnia, sir — powiedziała. Przy jej irlandzkim akcencie „sir” zabrzmiało jak „sorr”.
Ten pokój nie był taki zagracony jak salon. Miał tylko łóżko, umywalkę, szafkę nocną, drewniane krzesło, fotel wyściełany perkalem, komodę, lustro oraz ogromną szafę, zajmującą całą ścianę — na szczęście, ponieważ tapeta przedstawiała kraty, po których pięły się ogromne błękitne powoje.
Pokojówka postawiła lampę na nocnej szafce, przemknęła przez pokój i chwyciła dzbanek z umywalki.
— Zarutko przyniosę gorącą wodę, sorr — oznajmiła i wybiegła.
Rozejrzałem się po pokoju. Wiktoriański dekorator wnętrz widocznie wyznawał zasadę: „Zakryć każdy kamień”. Łóżko nakrywała narzuta, nakryta z kolei białym, ażurowym, szydełkowym czymś, komodę i toaletkę zdobiły białe lniane bieżniczki wykończone frywolitkami oraz bukiety suchych kwiatów, a szafkę nocną udrapowano w turecki szal, na którym leżała szydełkowa serwetka.
Nawet przybory toaletowe na komodzie miały pokrowce robione na drutach. Podniosłem je i obejrzałem z nadzieją, że nie będą tak enigmatyczne jak kuchenne utensylia. Nie, to były zwykłe szczotki, pędzel do golenia i miseczka z mydłem.
W dwudziestym wieku musieliśmy używać przy skokach długoterminowych depilatorów, ze względu na prymitywne warunki golenia. Użyłem takiego depilatora, kiedy zaczynałem obchód kiermaszów, ale nie wystarczyłby przez cały czas, jaki tu spędziłem. Czy maszynkę do golenia wynaleziono przed 1888 rokiem?
Zdjąłem pokrowiec z emaliowanego pudełka, uniosłem wieko i otrzymałem odpowiedź. W pudełku spoczywały dwie brzytwy o uchwytach z kości słoniowej i prostych, groźnie wyglądających ostrzach.
Rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłem i weszła pokojówka, dźwigając dzbanek prawie tak duży jak ona sama.
— Gorąca woda, sorr — oznajmiła, postawiła dzbanek i wykonała kolejny dyg. — Jeśli pan będzie potrzebował jeszcze czegoś, wystarczy dzwonić.
Wskazała długą taśmę haftowaną w fiołki, wiszącą obok łóżka, którą niechybnie wziąłbym za element dekoracji, gdybym nie widział wcześniej, jak Tossie używa dzwonka.
— Dziękuję, Colleen — powiedziałem.
Zatrzymała się w połowie dygu z zakłopotaną miną.
— Dopraszam się wybaczenia, sorr — wyjąkała, mnąc w palcach skraj fartuszka — mam na imię Jane.
— Och, przepraszam. Widocznie źle zrozumiałem. Myślałem że masz na imię Colleen.
Jeszcze mocniej skręciła brzeg fartuszka.
— Nie, sorr, Jane, sorr.
— No więc dziękuję ci, Jane.
Na jej twarzy odbiła się ulga.
— Dobranoc, sorr — rzuciła, dygnęła po raz ostatni i zamknęła za sobą drzwi.
Stałem i spoglądałem na łóżko niemal z obawą, ledwie mogąc uwierzyć, że wreszcie dostanę to, po co przybyłem do epoki wiktoriańskiej — zdrowy całonocny sen. To wydawało się niemal zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Miękkie łóżko, ciepłe kołdry, błoga nieświadomość. Żadnych kamieni, żadnych zaginionych kotów, żadnego deszczu. Żadnych kiermaszów, żadnych strusich nóg biskupa, żadnej lady Schrapnell.
Usiadłem na łóżku. Ugięło się pode mną i lekko zapachniało lawendą, i entropia zwyciężyła. Nagle byłem zbyt zmęczony, żeby przynajmniej się rozebrać. Zastanawiałem się, jak bardzo wściekła będzie Colleen — nie, Jane — kiedy tu wejdzie rano i zastanie mnie śpiącego w ubraniu.
Wciąż martwiłem się niekongruencją i tym, co powiem Verity, ale zmartwienia będą musiały zaczekać. A rano obudzę się wypoczęty, odrodzony, wreszcie wyleczony z dyschronii i zdolny poradzić sobie z tym problemem. Jeśli istniał jeszcze jakiś problem. Może Księżniczka Ardżumand, bezpiecznie powróciwszy na falbaniaste łono swej właścicielki, przywróci równowagę i niekongruencją zacznie sama się naprawiać. A jeśli nie, cóż, po dobrze przespanej nocy będę zdolny do myślenia, zacznę logicznie rozumować i opracuję jakiś plan działania.
Ta myśl dodała mi sił i postanowiłem oszczędzić delikatne uczucia pokojówki. Zdjąłem surdut od Baine’a, powiesiłem go na poręczy łóżka, usiadłem i zacząłem ściągać buty.
Zdążyłem uporać się z jednym butem i połową przemoczonej skarpetki, kiedy rozległo się pukanie.
To pokojówka, pomyślałem z nadzieją, przyniosła mi butelkę z gorącą wodą albo wycieraczkę do piór, a jeśli widok stopy w skarpetce urazi jej delikatne uczucia, to trudno. Nie nałożę buta z powrotem.
To nie była pokojówka. To był Baine. Trzymał sakwojaż.
— Zszedłem nad rzekę, sir — powiedział — i żałuję, że zdołałem uratować tylko jeden kosz, pańską walizę oraz ten sakwojaż, który niestety był pusty i uszkodzony. — Wskazał szczelinę, jedną z tych, które wyciąłem dla Księżniczki Ardżumand. — Widocznie dostał się do jazu zanim wyrzuciło go na brzeg. Naprawię go dla pana, sir.
Nie chciałem, żeby dokładniej obejrzał sakwojaż i znalazł zdradziecką kocią sierść.
— Nie trzeba, w porządku — powiedziałem, sięgając po sakwojaż.
— Zapewniam pana, sir — nalegał — można go tak zeszyć, że będzie jak nowy.
— Dziękuję — uciąłem. — Sam się tym zajmę.
— Jak pan sobie życzy, sir — ustąpił. Podszedł do okna i zaciągnął kotary.
— Ciągle szukamy łodzi. Zawiadomiłem dozorcę śluzy w Pangbourne.
— Dziękuję. — Zaimponowała mi jego sprawność, wolałbym jednak, żeby już poszedł i pozwolił mi się położyć.
— Pańskie ubrania z walizy będą wysuszone i wyprasowane, sir. Odzyskałem również pański kapelusz.
— Dziękuję — powtórzyłem.
— Doskonale, sir — odparł i już myślałem, że wyjdzie, on jednak ciągle stal przede mną.
Zastanawiałem się, czy powinienem coś powiedzieć, żeby go odesłać. Kamerdynerom nie daje się napiwków, prawda? Próbowałem sowę przypomnieć, co na ten temat mówiły podprogowe instrukcje.
— To wszystko, Baine.
— Tak, sir. — Skłonił się lekko i ruszył do wyjścia, ale w drzwiach znowu się zawahał, jakby chciał jeszcze coś dodać.
— Dobranoc — powiedziałem z nadzieją, że to właśnie miał na myśli.
— Dobranoc, sir — odpowiedział i wyszedł.
Usiadłem na łóżku. Tym razem nawet nie zdążyłem zdjąć buta, kiedy rozległo się pukanie. To był Terence.
— Dzięki niebiosom, że jeszcze nie śpisz, Ned — zawołał. — Musisz mi pomóc. Mamy kryzys.
ROZDZIAŁ DWUNASTY
— …dziwne zachowanie psa owej nocy.
— Pies był spokojny.
— To właśnie jest dziwne — rzekł Sherlock Holmes.