Выбрать главу

Cofnąłem się do pokoju, zamknąłem drzwi, odstawiłem lampę podniosłem but i znowu uchyliłem drzwi.

— …mówię ci, że widziałam światło — powiedział głos, który mógł należeć tylko do pani Mering. — Dziwne, pełgające, nieziemskie światło. Upiorne światło, Mesielu! Musisz wstać!

Zamknąłem drzwi, zdmuchnąłem lampę i cichutko wróciłem do łóżka. Leżał tam Cyryl, wygodnie zagrzebany wśród poduszek.

— To wszystko twoja wina — szepnąłem do niego i uświadomiłem sobie, że wciąż trzymam but pani Mering.

Wsunąłem go pod kołdrę, pomyślałem, że to zbyt niepewna kryjówka, chciałem go schować pod łóżkiem, rozmyśliłem się i wetknąłem go pomiędzy sprężyny a materac wypchany pierzem. Potem usiadłem w ciemności i próbowałem podsłuchać, co się dzieje. Nie słyszałem żadnych głosów poza chrapaniem Cyryla, nie otwarły się żadne drzwi i żadne światło nie zabłysło pod moimi drzwiami.

Odczekałem jeszcze kilka minut, po czym zdjąłem buty, na paluszkach podszedłem do drzwi i uchyliłem je odrobinę. Ciemność i cisza. Po ciemku wróciłem do łóżka, uderzywszy wielkim palcem u nogi o lustro i rozbiwszy kostkę o nocny stolik, ponownie zapaliłem lampę i przygotowałem się do snu.

Ostatnie minuty najwyraźniej wyssały ze mnie resztki sił, jednak rozbierałem się uważnie i powoli, notując w pamięci, jak zapinał się mój kołnierzyk i mankiety, spoglądając w lustro na węzeł krawata, żeby jutro zawiązać go tak samo. Chociaż niepotrzebnie się starałem — I tak wcześniej poderżnę sobie gardło przy goleniu. Albo zdemaskują mnie jako złodzieja butów i fetyszystę.

Zdjąłem wciąż przemoczone skarpetki, nałożyłem koszulę nocną i wskoczyłem do łóżka. Sprężyny ustąpiły, materac z pierza zapadł się pode mną, prześcieradła były zimne, a Cyryl zagarnął wszystkie kołdry Poczułem się cudownie.

Sen, łagodny odżywiciel Natury, miodowa rosa świętego spoczynku, balsam na zgryzoty, słodki, błogosławiony, nieprzerwany sen.

Rozległo się pukanie do drzwi.

To pani Mering, pomyślałem, sięgając po jej but. Albo duchy. Albo pułkownik, któremu kazała wstać.

Ale pod drzwiami nie widziałem światła, a pukanie, które rozległo się powtórnie, było zbyt delikatne. To Terence, pomyślałem, przyszedł zabrać Cyryla, kiedy już odwaliłem całą robotę.

Jednak na wszelki wypadek zapaliłem lampę, nałożyłem szlafrok, nakryłem Cyryla narzutą i dopiero wtedy otworzyłem drzwi. To była Verity. W koszuli nocnej.

— Co ty tu robisz? — szepnąłem do niej. — To epoka wiktoriańska.

— Wiem — odszepnęła i prześliznęła się obok mnie do pokoju. — Ale muszę z tobą porozmawiać, zanim złożę raport panu Dunworthy’emu.

— A jeśli ktoś wejdzie? — zapytałem, patrząc na jej białą koszulę. Koszula była bardzo skromna, z długimi rękawami, zapinana pod szyją, ale wątpiłem, czy to przekona Terence’a. Albo kamerdynera. Albo panią Mering.

— Nikt nie wejdzie — odparła i usiadła na łóżku. — Wszyscy poszli spać. A ściany w tych wiktoriańskich domach są za grube, żeby podsłuchiwać.

— Terence już tu był — oznajmiłem. — I Baine.

— A ten czego chciał?

— Przeprosić mnie, że nie uratował bagażu. Terence chciał, żebym przemycił Cyryla ze stajni.

Na dźwięk swojego imienia Cyryl wynurzył się spod kołdry, mrugając sennie.

— Halo, Cyrylu — powiedziała Verity i poklepała go po łbie. Cyryl położył łeb na jej kolanach.

— A jeśli Terence wróci, żeby do niego zajrzeć? — zasugerowałem.

— Schowam się — odparła spokojnie. — Ned, nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę. — Uśmiechnęła się do mnie. — Kiedy wróciłyby od madame Iritosky, Księżniczki Ardżumand jeszcze nie było, a kiedy wczoraj wieczorem poszłam złożyć raport, pani Mering przyłapała mnie w drodze do belwederku. Wmówiłam jej, że zobaczyłam ducha i goniłam go, a wtedy ona kazała wszystkich obudzić i przeszukać całą posiadłość, więc nie mogłam przeskoczyć i nie miałam pojęcia co się stało.

Okropna sytuacja. Najada siedziała na moim łóżku w nocnej koszuli, kasztanowe prerafaelickie włosy spływały jej na plecy. Była tutaj i uśmiechała się do mnie, a ja musiałem zepsuć to wszystko. No trudno, im szybciej to załatwię, tym lepiej.

— A potem dzisiaj rano — ciągnęła — musiałam towarzyszyć Tossie na spotkanie w kościele…

— To ja przeniosłem kota — wyznałem. — Był w moim bagażu. pan Dunworthy na pewno powiedział mi o kocie, ale miałem taką dyschronię, że nie usłyszałem. Był ze mną przez cały czas.

— Wiem — powiedziała.

— Co? — zapytałem podejrzewając, że znowu doświadczam trudności z rozróżnianiem dźwięków.

— Wiem. Zameldowałam się z powrotem tamtego popołudnia i pan Dunworthy mi powiedział.

— Ale… — zacząłem, próbując się w tym połapać. Skoro była w 2057 roku, to skąd ten promienny uśmiech…

— Powinnam była się domyślić, kiedy cię spotkałam w Iffley. Wysyłanie historyków na wakacje nie pasuje do pana Dunworthy’ego, zwłaszcza kiedy lady Schrapnell dyszy mu w kark i do konsekracji zostały tylko dwa tygodnie.

— Nie wiedziałem, że go mam, kiedy się spotkaliśmy w Iffley — wyjaśniłem. — Szukałem otwieracza do konserw. Wiem, że kazałaś mi trzymać Terence’a z dala od Muchings End, ale myślałem, że kot jest ważniejszy. Planowaliśmy zatrzymać się w gospodzie w Streatley i chciałem ją dyskretnie podrzucić w nocy, ale Terence wiosłował dalej, a potem kot zaczął miauczeć i Cyryl zaczął węszyć, i wpadł do wody, a potem łódź się wywróciła i… znasz resztę — dokończyłem kulawo. — Mam nadzieję, że postąpiłem słusznie.

Przygryzła wargę ze zmartwioną miną.

— Co? Myślisz, że nie powinienem jej zwracać?

— Nie wiem.

— Myślałem, że powinienem ją zwrócić, zanim wynikną dalsze konsekwencje.

— Wiem — przyznała z wyrazem głębokiej rozterki. — Rzecz w tym że wcale nie miałeś jej zwrócić.

— Co?

— Kiedy pan Dunworthy dowiedział się o poślizgu w Coventry odwołał skok.

— Ale… — zacząłem. — Nie miałem przenieść Księżniczki Ardżumand z powrotem? Przecież sama powiedziałaś, że poślizg w Coventry tego nie dotyczy, że jest związany z punktem krytycznym.

— Tak, ale kiedy to sprawdzali, T.J. porównał wzorce poślizgu z badaniami Fudżisakiego i doszli do wniosku, że brak poślizgu wokół oryginalnego miejsca przeskoku oznacza, że to było nieistotne wydarzenie.

— Przecież to niemożliwe. Żywe istoty nie mogą być nieistotne.

— Właśnie — przyznała ponuro. — Oni myślą, że Księżniczka Ardżumand była nieżywa. Myślą, że miała utonąć. To nie miało sensu.

— Ale nawet jeśli utonęła, jej ciało weszłoby w interakcję z kontinuum. Nie zniknęłoby bez śladu.

— Właśnie tego dotyczyły badania Fudżisakiego. Zostałaby zredukowana do części składowych, a złożoność ich poszczególnych interakcji spadłaby wykładniczo.

Co oznaczało, że jej nieszczęsne zwłoki dryfowałyby w dół Tamizy, rozkładając się na węgiel i wapń, wchodząc w interakcje tylko z cząsteczkami wody i głodnymi rybami. Proch do prochu. Kot do nieistotności.

— I dzięki temu — ciągnęła Verity — mogliśmy ją usunąć z jej lokalizacji czasoprzestrzennej bez żadnych historycznych skutków. Co znaczy, że w ogóle nie należało jej odsyłać z przyszłości.

— Więc nie wywołałaś niekongruencji, kiedy ją przeniosłaś przez sieć — powiedziałem. — Ale ja wywołałem, kiedy ją przeniosłem z powrotem.