Выбрать главу

Naprawdę była niezniszczalna. Gdyby dach zawalił się na nią, nawet nie wyszczerbiłby cherubinów. Powinna stać tam wśród popiołów, wznosić się z gruzów, nietknięta, nie draśnięta, nie…

Obudziłem się w biały dzień. Nade mną stał Baine z filiżanką herbaty.

— Dzień dobry, sir — powiedział. — Pozwoliłem sobie odnieść Księżniczkę Ardżumand do pokoju jej pani.

— Dobry pomysł — przyznałem, zauważywszy poniewczasie, że mam poduszkę i mogę swobodnie oddychać.

— Tak, sir. Panna Mering bardzo by się zmartwiła, gdyby rano po przebudzeniu odkryła, że kot znowu zniknął, chociaż doskonale rozumiem przywiązanie Księżniczki Ardżumand do pana.

Usiadłem.

— Która godzina?

— Ósma, sir. — Podał mi filiżankę herbaty. — Niestety nie zdołałem odzyskać większości bagaży pańskich, pana St. Trewesa i profesora Peddicka — oznajmił. — Tylko to znalazłem.

Podniósł wieczorowy garnitur, o numer za mały, który Finch zapakował dla mnie.

— Obawiam się, że nastąpiło znaczne skurczenie z powodu zanurzenia w wodzie. Posłałem zatem po zastępcze i…

— Zastępcze? — zawołałem i mało nie rozlałem herbaty. — Dokąd?

— Oczywiście do Swana i Edgara, sir — odpowiedział. — Na razie oto pański kostium wioślarski.

Nie tylko go wyprasował. Koszula została wybielona i wykrochmalona do ostatniej nitki, a flanelowe ubranie wyglądało jak nowe. Miałem nadzieję, że potrafię je nałożyć. W zamyśleniu łyknąłem herbaty, próbując sobie przypomnieć, jak się zawiązuje krawat.

— Śniadanie jest o dziewiątej, sir — powiedział Baine. Nalał gorącej wody z dzbanka do miseczki i otworzył pudło z brzytwami.

Mniejsza o krawat, i tak wcześniej poderżnę sobie gardło przy goleniu.

— Pani Mering życzy sobie, żeby wszyscy zeszli na śniadanie o dziewiątej, ponieważ jest mnóstwo przygotowań przed kościelnym festynem — oznajmił Baine wykładając brzytwy — zwłaszcza w związku z kiermaszem.

Kiermasz. Prawie zdołałem o tym zapomnieć, albo też zadziałał mechanizm wyparcia. Widocznie byłem skazany na bazary i kościelne festyny, nieważne, do którego stulecia mnie wyślą.

— Kiedy to się odbędzie? — zapytałem z nadzieją, że odpowie: w przyszłym miesiącu.

— Pojutrze — odparł Baine, przerzucając sobie ręcznik przez ramie.

Może wtedy już nas tutaj nie będzie. Profesor Peddick spieszył się do Runnymede, żeby zobaczyć łąkę, gdzie podpisano Magna Carta, nie licząc doskonałych głębi na okonie.

Oczywiście Terence wolałby zostać, ale niewiele będzie miał do powiedzenia w tej kwestii. Pani Mering nabrała do niego wyraźnej antypatii i przeczuwałem, że jeszcze bardziej go znielubi, kiedy się dowie, że on ma poważne zamiary wobec jej córki. I nie ma pieniędzy.

Może nawet wyprosi nas zaraz po śniadaniu, pod pretekstem przygotowań do kiermaszu, niekongruencja zacznie się naprawiać, a ja utnę sobie przyjemną długą drzemkę na łodzi, kiedy Terence będzie wiosłował. Jeśli wcześniej nie zabiję się za pomocą brzytwy.

— Życzy pan sobie, żebym pana ogolił, sir? — zapytał Baine.

— Tak — odpowiedziałem i wyskoczyłem z łóżka.

Nie musiałem również martwić się o ubranie. Baine zapiął mi kołnierzyk i mankiety, uformował węzeł krawata i zasznurowałby mi buty, gdybym mu pozwolił, nie wiem, czy z wdzięczności, czy takie byty zwyczaje w tamtych czasach. Musiałbym zapytać Verity.

— W którym pokoju podają śniadanie? — zapytałem go.

— W pokoju śniadaniowym, sir — odparł. — Pierwsze drzwi na lewo.

Lekko zbiegłem po schodach w znacznie lepszym humorze. Podane staroświeckie angielskie śniadanie, jajka, bekon i pomarańczowa marmolada, wszystko podane przez kamerdynera, stanowiło kuszącą perspektywę, a dzień zapowiadał się piękny. Słońce lśniło wypolerowanych poręczach schodów i na portretach. Nawet elżbietańscy przodkowie lady Schrapnell wyglądali wesoło.

Otworzyłem pierwsze drzwi na lewo. Widocznie Baine wprowadził mnie w błąd. To była jadalnia, prawie całkowicie wypełniona przez masywny mahoniowy stół i jeszcze masywniejszy kredens, zastawiony nakrytymi srebrnymi półmiskami.

Na stole znajdowały się filiżanki, spodeczki i sztućce, ale brakowało talerzy. W pokoju nikogo nie było. Zawróciłem do wyjścia, żeby poszukać pokoju śniadaniowego, i prawie wpadłem na Verity.

— Dzień dobry, panie Henry — powiedziała. — Mam nadzieję że dobrze pan spał.

Nosiła bladozieloną sukienkę z plisowanym stanikiem i zielona wstążkę w upiętych wysoko kasztanowych włosach, i widocznie potrzebowałem znacznie więcej snu, żeby wyleczyć się z dyschronii. Zauważyłem cienie pod jej zielonobrązowymi oczami, ale wciąż była najpiękniejszą istotą, jaką widziałem w życiu.

Podeszła do kredensu.

— Śniadanie podaje się na kredensie, panie Henry — wyjaśniła, biorąc talerz z kwiecistym szlaczkiem z wysokiego stosu. — Inni wkrótce zejdą.

Nachyliła się do mnie, żeby podać mi talerz.

— Tak mi przykro, że powiedziałam lady Schrapnell, że wiesz, gdzie jest strusia noga biskupa — szepnęła. — Widocznie byłam bardziej dyschronowana, niż myślałam, ale to żadna wymówka, i zrobię wszystko, żeby ci pomóc ją znaleźć. Kiedy ją widziano po raz ostatni?

— Widziałem ją w sobotę, dziewiątego listopada 1940 roku, po modlitwie za RAF i kiermaszu wypieków.

— I nikt jej później nie widział?

— Nikt nie mógł tam przeskoczyć, dopiero po nalocie. Zwiększony poślizg wokół punktu krytycznego, pamiętasz?

Weszła Jane ze słoikiem marmolady, postawiła go na stole, dygnęła i wyszła. Verity pochyliła się nad pierwszym nakrytym półmiskiem, który miał uchwyt w kształcie trzepoczącej ryby.

— I nie znaleziono jej w gruzach po nalocie? — zapytała, podnosząc pokrywę za rybę.

— Nie — odparłem. — Dobry Boże, co to jest? Wytrzeszczyłem oczy na stertę przeraźliwie żółtego ryżu z paseczkami prążkowanej bieli.

— To kedgeree — oznajmiła, nakładając sobie łyżeczkę na talerz — Ryż z curry i wędzoną rybą.

— Na śniadanie?

— To indyjska potrawa. Pułkownik ją lubi. — Nakryła półmisek — I żadnych współczesnych wzmianek, że ją widziano pomiędzy dziewiątym a datą nalotu?

— Wymieniono ją w programie nabożeństwa na niedzielę dziesiątego, wśród dekoracji kwiatowych, więc pewnie tam była podczas nabożeństwa.

Verity przesunęła się do następnego półmiska. Ten miał pokrywę z dużym rogatym jeleniem. Zastanowiłem się przelotnie, czy te figurki coś oznaczały, ale kolejna przedstawiała wilka szczerzącego kły, więc chyba się myliłem.

— Kiedy ją widziałeś dziewiątego — ciągnęła Verity — zauważyłeś w niej coś niezwykłego?

— Ty chyba nigdy nie widziałaś strusiej nogi biskupa?

— Chodziło mi o to, czy została przesunięta? Albo uszkodzona? Czy ktoś się kręcił koło niej? Nie zauważyłeś nic podejrzanego?

— Ciągle masz dyschronię, prawda?

— Wcale nie — zaprzeczyła z oburzeniem. — Strusia noga biskupa zaginęła, a przecież nie rozpłynęła się w powietrzu. Więc ktoś ją zabrał, a jeśli ktoś ją zabrał, musiał zostawić jakieś ślady. Zauważyłeś, żeby ktoś stał blisko niej?

— Nie — odparłem.

— Herkules Poirot mówi, że zawsze jest coś, czego nikt nie zauważył albo uznał za nieważne — powiedziała, unosząc Osaczonego Rogacza. Pod spodem znajdowała się masa ostro pachnących brązowych przedmiotów.