— Ale ona miała straszne przygody — zaprotestowała Tossie, niosąc kotkę do kredensu. — Patrz, Księżniczko Ardżumand, śledzie.
Położyła wędzonego śledzia na talerzu i postawiła przed kotem na podłodze, spoglądając wyzywająco na Baine’a.
— Dzień dobry, Mesielu — odezwała się pani Mering do męża. Dobrze spałeś zeszłej nocy?
— Znośnie — odparł pułkownik, zaglądając pod wilka. — A ty, Malwinio?
Pani Mering wyraźnie czekała na to pytanie.
— Nie zmrużyłam oka — oznajmiła i zrobiła dramatyczną pauzę. — W tym domu są duchy. Słyszałam je.
Wiedziałem, że nie powinienem ufać zapewnieniom Verity: „Wiktoriańskie domy mają grube ściany, przez które nic nie słychać”.
— O mamo — szepnęła Tossie bez tchu — co mówiły duchy? Pani Mering przybrała nieobecny wyraz twarzy.
— To były dziwne, nieziemskie dźwięki, jakich nie wydaje żadna żywa istota. Jakby łkające dyszenie, chociaż oczywiście duchy nie oddychają, a potem… — urwała, szukając słów — skowyt i długi, bolesny jęk, jakby skarga udręczonej duszy. Okropne, okropne dźwięki.
No, z tym się zgadzałem.
— Czułam, że coś próbuje porozumieć się ze mną, ale nie może — ciągnęła pani Mering. — O, gdyby tylko madame Iritosky tutaj była. Wiem, że umiałaby nakłonić ducha do mówienia. Zamierzam do niej napisać jeszcze dzisiaj rano i zaprosić tutaj, chociaż lękam się, że nie przyjedzie. Ona mówi, że może pracować tylko we własnym domu.
Z własnymi zapadniami, ukrytymi drutami i tajnymi przejściami, Pomyślałem i nawet się ucieszyłem. Przynajmniej nie przyjedzie tutaj i nie wykryje, że udzielam Cyrylowi azylu.
— Gdyby tylko usłyszała straszliwy jęk tego ducha, wiem, że przygnałaby do nas — oznajmiła pani Mering. — Baine, czy pan St. Trewes już zszedł?
— Przypuszczam, że zaraz nadejdzie — odparł Baine. — Poszedł wyprowadzić psa.
Spóźniony na śniadanie i wyprowadza psa. Dwa punkty przeciwko niemu, chociaż pani Mering nie wydawała się tak zirytowana, jak zakładałem.
— Halo — powiedział Terence, wchodząc bez Cyryla. — Przepraszam za spóźnienie.
— Nic nie szkodzi — zapewniła go pani Mering z promiennym uśmiechem. — Proszę usiąść, panie St. Trewes. Pije pan kawę czy herbatę?
— Kawę — odparł Terence, uśmiechając się do Tossie.
— Baine, przynieś kawę dla pana St. Trewesa. Wszyscy tak się cieszymy z pańskiej wizyty — podjęła pani Mering. — Mam szczerą nadzieję, że pan i pańscy przyjaciele zostaniecie na nasz kościelny festyn. Zapowiada się zabawnie. Będziemy mieli kokosowe rzutki i wróżkę, a Tocelyn upiecze ciasto na wentę. Tocelyn tak świetnie gotuje i taka jest zdolna. Gra na fortepianie, wie pan, i mówi po niemiecku i po francusku. Prawda, Tossie, kochanie?
— Oui, mama — powiedziała Tossie, uśmiechając się do Terence’a. Spojrzałem pytająco na Verity. W odpowiedzi wzruszyła ramionami: „Nie wiem”.
— Profesorze Peddick, mam nadzieję, że pańscy uczniowie wytrzymają bez pana przez kilka dni — mówiła pani Mering. — Panie Henry, proszę obiecać, że pomoże nam pan przy Ukrytym Skarbie.
— Pan Henry opowiadał mi, że mieszkał w Stanach — odezwała się Verity, a ja obejrzałem się na nią ze zdumieniem.
— Naprawdę? — zainteresował się Terence. — Nigdy mi nie wspominałeś.
— To… to wtedy, kiedy chorowałem — wyjąkałem. — Wysłano mnie do… do Stanów… na leczenie.
— Widział pan czerwonych Indian? — zapytała Tossie.
— Byłem w Bostonie — odparłem, milcząco przeklinając Verity.
— Boston! — wykrzyknęła pani Mering. — Zna pan siostry Fox?
— Siostry Fox?
— Panny Margaret i Kate Fox. Założycielki naszego ruchu spirytystycznego. To one pierwsze nawiązały łączność z duchami przez stukanie.
— Niestety nie miałem tej przyjemności — bąknąłem, ale ona już znowu odwróciła się do Terence’a.
— Tocelyn pięknie haftuje, panie St. Trewes — poinformowała go. — Musi pan zobaczyć śliczne powłoczki, które uszyła na nasz stragan z robótkami.
— Z pewnością osoba, która je kupi, będzie miała słodkie sny — powiedział Terence, wpatrzony cielęcym wzrokiem w Tossie — „sen o szczęściu doskonałym, zbyt piękny, by trwać…”
Pułkownik i profesor, wciąż przebywający pod Trafalgarem z Nelsonem, odsunęli krzesła, wstali i po kolei wymamrotali: „Za pozwoleniem”.
— Mesiel, dokąd idziesz? — zapytała pani Mering.
— Nad sadzawkę — odparł pułkownik — pokazać profesorowi Peddickowi mojego perłowego ryunkina.
— Więc nałóż płaszcz — nakazała mu pani Mering. — I wełniany szal. — Odwróciła się do mnie. — Mój mąż ma słabe płuca i skłonność do kataru.
Zupełnie jak Cyryl, pomyślałem.
— Baine, przynieście płaszcz pułkownika — poleciła kamerdynerowi, ale panowie już wyszli.
Natychmiast odwróciła się do Terence’a.
— Skąd pochodzi pańska rodzina, panie St. Trewes?
— Z Kentu — odpowiedział — który zawsze uważałem za najpiękniejsze miejsce na ziemi, aż do dzisiaj.
— Zechcesz mi wybaczyć, ciociu Malwinio? — odezwała się Verity, składając serwetkę. — Muszę skończyć moje pudło na rękawiczki.
— Oczywiście — rzuciła z roztargnieniem pani Mering. — Jak długo pańska rodzina mieszka w Kent, panie St. Trewes?
Mijając mnie, Verity dyskretnie upuściła mi na kolana złożoną karteczkę.
— Od 1066 roku — mówił Terence. — Oczywiście od tamtej pory przebudowaliśmy dom. Większość jest georgiańska. Możliwe, że Brown. Musicie państwo nas odwiedzić.
Rozłożyłem karteczkę pod stołem i zerknąłem na nią ukradkiem. Wiadomość brzmiała: „Spotkajmy się w bibliotece”.
— Przyjedziemy z największą przyjemnością — zapewniła gorliwie Pani Mering. — Prawda, Tocelyn?
— Oui, mama.
Wyczekałem na okazję i zaryzykowałem:
— Zechce pani wybaczyć, pani Mering…
— Absolutnie nie, panie Henry — odparła. — Przecież pan nic nie jadł! Musi pan spróbować pasztetu z węgorza pani Posey. Jest niezrównany.
Istotnie był, podobnie jak kedgeree, którego stertę kazała Baine’owi nałożyć mi na talerz wielkim przyrządem podobnym do łopaty, niewątpliwie łyżką do kedgeree.
Zjadłszy trochę węgorza i jak najmniej kedgeree, wymknąłem się i poszedłem szukać Verity, chociaż nie miałem pojęcia, gdzie znajduje się biblioteka. Przydałby się plan domu, taki jak w powieściach kryminalnych Verity.
Uchyliłem kilkoro drzwi i wreszcie znalazłem ją w pokoju wyłożonym od podłogi do sufitu książkami.
— Gdzieś ty był? — zapytała. Siedziała przy stole zaśmieconym muszelkami i słoiczkami kleju.
— Jadłem ohydne, niewymowne rzeczy — wyznałem. — I odpowiadałem na pytania o Ameryce. Dlaczego, na litość, powiedziałaś im, że byłem w Ameryce? Nic nie wiem o Stanach.
— Ani oni — odparła nie zmieszana. — Musiałam coś zrobić. Nie przeszedłeś szkolenia i na pewno będziesz popełniał błędy. Oni uważają wszystkich Amerykanów za barbarzyńców, więc jeśli użyjesz niewłaściwego widelca, złożą to na karb twojego pobytu w Ameryce.
— Chyba powinienem podziękować — mruknąłem.
— Usiądź — poleciła. — Musimy zaplanować naszą strategię. Spojrzałem na drzwi, które miały staroświecki zamek z kluczem.
— Czy mam zamknąć drzwi na klucz?
— Nie trzeba — powiedziała, wybierając płaską różową muszelkę. — Tutaj nikt nie przychodzi oprócz Baine’a. Pani Mering nie pochwala czytania.