— Więc skąd się to wszystko wzięło? — zapytałem, wskazując rzędy książek w brązowych i szkarłatnych oprawach.
— Kupili ją — wyjaśniła, smarując muszelkę klejem.
— Kupili co?
— Bibliotekę. Od lorda Dunsany’ego. U którego pracował Baine zanim przeszedł do Chattisbourne’ów. Chattisbourne’om ukradła go pani Mering, chociaż moim zdaniem Baine sam chciał zmienić miejsce. Ze względu na książki. — Przylepiła muszelkę do pudełka. — Siadaj. Jeśli ktoś wejdzie, pomagasz mi przy tym.
Podniosła wykończone pudełko. Ozdobione było muszelkami dobranych rozmiarów, ułożonymi w kształcie serca.
— To absolutnie obrzydliwe — stwierdziłem.
— Cała epoka wiktoriańska miała fatalny gust — odparła Verity. I ciesz się, że to nie wieńce z włosów.
— Wieńce z włosów?
— Kwiaty plecione z włosów zmarłych ludzi. Perłowe muszle przyklejaj wzdłuż brzegów — pouczyła mnie — a potem rząd porcelanek. — Podsunęła mi słoiczek kleju. — Dowiedziałam się od Baine’a, dlaczego pani Mering nagle nabrała takiej życzliwości dla Terence’a. Znalazła go u DeBretta. On jest bogaty i ma wujka para.
— Bogaty? — zdziwiłem się. — Przecież nawet nie miał na opłacenie łodzi.
— Arystokracja zawsze tonie w długach — wyjaśniła, oglądając muszlę małża. — On ma pięć tysięcy rocznie, posiadłość w Kent i jest następny w linii do parostwa. Więc — ciągnęła, odrzucając muszlę małża — nasz priorytet to trzymać Terence’a z daleka od Tossie, co nie będzie łatwe przy maminym swataniu. Dzisiaj rano Tossie zbiera rzeczy na kiermasz staroci, więc wyślę z nią ciebie. W ten sposób rozdzielimy ich przynajmniej na pół dnia.
— A co z Terence’em? — zapytałem.
— Wyślę go do Streatley po chińskie lampiony na festyn. Spróbuj wybadać Tossie, czy zna jakichś młodych mężczyzn, których nazwiska zaczynają się na C.
— Pewnie szukałaś tego „C” w sąsiedztwie? Przytaknęła.
— Znalazłam tylko dwóch: pana Cuddena i pana Cawpa, farmera, który zawsze topi kocięta.
— W takim razie są dla siebie stworzeni. A pan Cudden?
— Jest żonaty — odparła posępnie. — Należałoby się spodziewać Mnóstwa panów C. Weźmy choćby Dickensa: David Copperfield, Martin Chuzzlewit, Bob Cratchet.
— Nie licząc Niezrównanego Crichtona — dodałem — i Lewisa Carrola. Nie, on nie pasuje. To nie było jego prawdziwe nazwisko. Thomas Carlyle. G.K. Chesterton. Same dobre partie — oceniłem. — Co będziesz robić, kiedy wyjdę z Tossie?
— Przeszukam pokój Tossie i znajdę jej pamiętnik. Schowała go, a ja musiałam przerwać poszukiwania. Jane weszła. Ale dzisiaj rano wszyscy będą zajęci przed festynem i nikt mi nie przeszkodzi. Jeśli nic nie znajdę, przeskoczę do Oksfordu i sprawdzę, czego się dowiedziała biegła sądowa.
— Zapytaj Warder, ile poślizgu było przy skoku, kiedy uratowałaś Księżniczkę Ardżumand — poradziłem.
— To znaczy kiedy przeniosłam ją do Oksfordu? — upewniła się — Przy powrotnych skokach nigdy nie ma poślizgu.
— Nie — zaprzeczyłem — wtedy, kiedy przeskoczyłaś i zobaczyłaś kota.
— W porządku. Lepiej wracajmy.
Zakorkowała słoik kleju, wstała i zadzwoniła na Baine’a.
— Baine — powiedziała, kiedy się zjawił — każcie natychmiast zaprzęgać powóz, a potem przyjdźcie do pokoju śniadaniowego.
— Wedle życzenia, panienko — powiedział.
— Dziękuję, Baine — zakończyła Verity, wzięła pudełko oklejone muszlami i ruszyła przodem do pokoju śniadaniowego.
Pani Mering wciąż przesłuchiwała Terence’a.
— O, jakie śliczne! — zawołała, kiedy Verity pokazała jej pudełko.
— Mamy jeszcze mnóstwo roboty przed festynem, ciociu Malwino — powiedziała Verity. — Tak bardzo pragnę, żeby kiermasz staroci się udał. Ma ciocia listę?
— Zadzwoń po Jane, żeby ją przyniosła — poleciła pani Mering.
— Poszła na plebanię zanieść materiał na flagi.
Jak tylko pani Mering wyszła po listę, Verity zwróciła się do Terence’a:
— Panie St. Trewes, czy mogę prosić pana o przysługę? Nie dostarczono jeszcze chińskich lampionów, które chcieliśmy rozwiesić pomiędzy straganami. Zechce pan łaskawie pojechać po nie do Streatley?
— Baine może jechać — wtrąciła Tossie. — Terence idzie ze mną zaraz do Chattisbourne’ów.
— Twoja matka nie poradzi sobie bez Baine’a, skoro trzeba postawić namiot do herbaty — oświadczyła Verity. — Pan Henry pójdzie z tobą. Baine — zwróciła się do kamerdynera, który właśnie wszedł — przynieście panu Henry’emu kosz na dary na kiermasz staroci. Czy powóz czeka?
— Tak, panienko — powiedział Baine i wyszedł.
— Ale… — zaczęła Tossie, już nadąsana.
— Tutaj jest adres — Verity podała Terence’owi kartkę papieru i zamówienie na lampiony. Jakże pan uprzejmy — i wygoniła go za drzwi, zanim Tossie zdążyła zaprotestować.
Baine przyniósł kosz, a Tossie poszła po kapelusz i rękawiczki.
— Nie rozumiem, dlaczego pan Henry nie mógł pojechać po lampiony — usłyszałem jej głos, kiedy razem z Verity wchodziły po schodach.
— Nieobecność wzmaga skłonność serca — wyrecytowała Verity. — Nałóż ten kapelusz z woalką w kropki, żeby go pokazać Róży Chattisbourne.
Verity zaraz zeszła na dół.
— Zaimponowałaś mi — wyznałem.
— Biorę lekcje u lady Schrapnell — powiedziała. — Jak będziesz u Chattisbourne’ów, postaraj się dowiedzieć, kiedy Elliott Chattisbourne… ten, którego ubranie nosisz… wraca do domu. Mogła z nim korespondować w sekrecie, odkąd wyjechał do Afryki Południowej. Idzie Tossie.
Tossie sfrunęła ze schodów, trzepocząc woalką w kropki, niosąc torebkę i parasolkę, i wyruszyliśmy. Za drzwiami dogonił nas Baine.
— Pański kapelusz, sir — wysapał, podając mi moją słomkową panamę.
Ostatnio widziałem ten kapelusz płynący z nurtem rzeki, kiedy wstążka już traciła barwę na rozmiękłej słomce. Baine jakimś cudem przywrócił kapelusz do pierwotnego stanu, z jaskrawo błękitną wstążką, z wyszorowaną, sztywną słomką.
— Dziękuję, Baine — powiedziałem. — Myślałem, że straciłem go na zawsze.
Nałożyłem kapelusz i natychmiast zuchwale uwierzyłem, że potrafię nie tylko utrzymać Tossie z dala od Terence’a, ale tak ją oczarować, że całkiem o nim zapomni.
— Pozwoli pani? — zapytałem i podałem jej ramię. Spojrzała na mnie przez kropki woalki.
— Moja kuzynka Verity mówi, że w tym kapeluszu pan wygląda jak półgłówek — powiedziała z namysłem — ale moim zdaniem nie jest źle. Niektórzy mężczyźni po prostu nie umieją nosić kapeluszy.
„Nie myślis, ze pan St. Tlewes wyglonda elegancko w swoim kapelusu? — Powiedziała do mnie rano moja najdroższa Dziudziu — Nie myslis ze jest najpsystojniejsi, najpsystojniejsi ze wsistkich?”
Wiedziałem, że dziecinne seplenienie brzmi fatalnie, ale kocie seplenienie…
— Znałem w szkole faceta, który mieszkał tutaj niedaleko — powiedziałem, zmieniając temat na bardziej produktywny. — Nie pamiętam, jak się nazywał. Jakoś na C.
— Elliott Chattisbourne?
— Nie, to nie ten — zaprzeczyłem. — Ale nazwisko zaczynało się na „C”.
— Znał go pan ze szkoły? — upewniła się Tossie, sznurując usta. — Pan był w Eton?
— Tak — potwierdziłem. Dlaczego nie? — W Eton.
— Mieszka tu Freddie Lawrence. Ale on był w Harrow. Był pan w szkole z Terence’em?
— To był facet średniego wzrostu. Dobry w krykiecie.