Выбрать главу

— I jego nazwisko zaczyna się na „C”? — Potrząsnęła lokami. — Nikt mi nie przychodzi na myśl. Czy Terence gra w krykieta?

— Wiosłuje — odparłem — i pływa. Jest bardzo dobrym pływakiem.

— Uważam, że jest strasznie dzielny, że uratował Księżniczkę Ardżumand — oświadczyła Tossie. — „Nie myślis, ze on jest najdzielniejsym lycezem na calutkim świecie? — zapytała mnie Dziudziu. — Bo ja tak myślę”.

W ten sposób upłynęła cała droga do Chattisbourne’ów, co dobrze się składało, ponieważ nie znałem żadnych innych faktów z życia Terence’a.

— Jesteśmy na miejscu — oznajmiła Tossie, skręcając na podjazd wielkiego neogotyckiego domu.

No, jakoś to przeżyłem, pomyślałem, a reszta dnia powinna przejść łatwiej.

Tossie podeszła do frontowych drzwi. Czekałem, żeby zadzwoniła, a potem przypomniałem sobie, że to jest epoka wiktoriańska, i sam zadzwoniłem, robiąc krok do tyłu, kiedy kamerdyner otworzył drzwi — To był Finch.

— Dzień dobry panience, dzień dobry panu — powiedział. — Można wiedzieć, kogo mam zaanonsować?

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

To nie jest ta sama gra. To jest zupełnie inna gra, w tym cały kłopot.

Darryl F. Zanuck o krokiecie
Niespodziewane spotkanie — Jeeves — W ogrodzie kwiatowym — Chichoty — Opis sukni — Kot z nadwagą — Seks i przemoc — Finchowi nie wolno powiedzieć — Opowieści z Dzikiego Zachodu — Zadziwiające skarby, jakie ludzie trzymają na strychach — Znowu w domu — Odbywam szkolenie — Cywilizowana gra — Złe nowiny — Krokiet w Krainie Czarów — Więcej złych nowin

Nie bardzo pamiętam, co powiedziałem ani jak weszliśmy do domu. Najwyższym wysiłkiem powstrzymałem się od okrzyku: „Finch! Co pan tu robi?”

Odpowiedź była oczywista. Kamerdynerował. Równie oczywiste było, że wziął sobie za wzór najwspanialszego kamerdynera wszech czasów, Jeevesa z książek P.G. Wodehouse’a. Miał tę samą wyniosłą postawę, ten sam nienaganny sposób mówienia, zwłaszcza tę chłodną, pokerową twarz. Można by pomyśleć, że nigdy w życiu mnie nie widział.

Wprowadził nas do środka z idealnie odmierzonym ukłonem, Powiedział: — Zaanonsuję państwa — i ruszył w kierunku schodów, ale za późno. Pani Chattisbourne i jej cztery córki już zbiegały po schodach, wołając:

— Tossie, kochanie, co za niespodzianka!

Pani Chattisbourne zatrzymała się u stóp schodów i jej cztery córki również znieruchomiały, tworząc jakby układ zstępujący. Wszystkie łącznie z rodzicielką, miały zadarte nosy i jasnobrązowe włosy.

— A kim jest ten młody dżentelmen? — zapytała pani Chattisbourne. Dziewczęta zachichotały.

— Pan Henry, jaśnie pani — przedstawił mnie Finch.

— Więc to jest ten młody dżentelmen, który odnalazł twoją kotkę — powiedziała pani Chattisbourne. — Wszyscy o tym słyszeliśmy od wielebnego pana Arbitage’a.

— O nie! — zaprzeczyła Tossie. — To pan St. Trewes zwrócił mi moją biedną Księżniczkę Ardżumand. Pan Henry jest tylko jego przyjacielem.

— Ach — powiedziała pani Chattisbourne. — Miło mi pana poznać panie Henry. Pozwoli pan, że mu przedstawię mój ogródek kwiatowy.

Przez ostatnie kilka dni tak się przyzwyczaiłem do wysłuchiwania najrozmaitszych nonsensów, że nawet nie mrugnąłem. Pani Chattisbourne zaprowadziła mnie do schodów.

— To są moje córki, panie Henry — oznajmiła, wskazując jedną po drugiej z dołu do góry — Róża, Lilia, Hortensja i najmłodsza Eglantyna. Mój własny pachnący ogródek i — ścisnęła mnie za ramię — ślubny bukiet dla jakichś szczęśliwych młodzieńców.

Dziewczęta zachichotały po kolei, kiedy wymieniano ich imiona, a potem chórem na wzmiankę o ślubnym bukiecie.

— Czy mam podać napoje w pokoju porannym? — zapytał Finch. — Panna Mering i pan Henry niewątpliwie zmęczyli się spacerem.

— Jak cudownie, że o tym pomyśleliście, Finch — zawołała pani Chattisbourne, kierując mnie do drzwi na prawo. — Finch to wspaniały kamerdyner — oznajmiła. — Myśli dosłownie o wszystkim.

Pokój poranny Chattisbourne’ów wyglądał dokładnie jak salonik Meringów, tylko kwieciście. Na dywanie kwitły lilie, każdą lampę zdobiły żonkile i niezapominajki, a pośrodku pokoju na marmurowym blacie stołu stał wazon malowany w maki, wypełniony różowymi peoniami.

Salon był równie zagracony jak u Meringów i kiedy poproszono mnie, żebym usiadł, musiałem przeciskać się przez labirynt hiacyntów i nagietków do krzesła z obiciem haftowanym w niezwykle realistyczne róże.

Usiadłem na nim ostrożnie z obawy przed kolcami, a cztery córki pani Chattisbourne usiadły naprzeciwko na kwiecistej sofie i zachichotały.

W ciągu tego poranka odkryłem, że z wyjątkiem najmłodszej Eglantyny, która wyglądała na jakieś dziesięć lat, chichotały przez cały czas i dosłownie po każdym zdaniu.

— Finch to absolutny klejnot! — mówiła na przykład pani Chattisbourne, a one chichotały. — Taki kompetentny! Zanim jeszcze wydamy mu polecenie, on już to zrobił. Wcale nie jak nasz poprzedni kamerdyner… jak on się nazywał, Tossie?

— Baine — odpowiedziała Tossie.

— Ach tak, Baine — prychnęła pani Chattisbourne. — Owszem, odpowiednie nazwisko dla kamerdynera, chociaż zawsze uważałam, że nie nazwisko tworzy kamerdynera, tylko szkolenie. Baine był należycie wyszkolony, chociaż daleki od ideału. Ciągle czytał książki, jak sobie przypominam. Finch nigdy nie czyta — zakończyła z dumą.

— Gdzież pani go znalazła? — zagadnęła Tossie.

— To właśnie najbardziej zdumiewające — oznajmiła pani Chattisbourne. (Chichoty). — Poszłam zanieść pastorowi serwetki kredensowe na festyn, a on siedział w salonie pastora. Podobno pracował u rodziny, która wyjechała do Indii, a on nie mógł im towarzyszyć z powodu uczulenia na curry.

Uczulenie na curry.

— Pastor powiedział: „Zna pani kogoś, kto potrzebuje kamerdynera?” Wyobrażasz sobie? To było Przeznaczenie. (Chichoty).

— Mnie się wydaje wysoce nieprawidłowe — oświadczyła Tossie.

— Och, oczywiście Tomasz nalegał, żeby go wypytać, i on miał nadzwyczaj korzystne referencje.

Niewątpliwie wszystkie od ludzi, którzy wyjechali do Indii, pomyślałem.

— Tossie, powinnam gniewać się na twoją drogą matkę za podkupienie tego… — z namysłem zmarszczyła brwi — znowu zapomniałam, jak się nazywał…

— Baine — podpowiedziała Tossie.

— Za podkupienie Baine’a, ale jak mam się złościć, skoro znalazłam idealnego zastępcę?

Idealny zastępca wszedł do pokoju, niosąc na ukwieconej tacy karafkę z rżniętego szkła i kieliszki.

— Kordiał porzeczkowy! — wykrzyknęła pani Chattisbourne. — akurat to, co trzeba! Sama widzisz!

Finch zaczął nalewać kordiał i podawać kieliszki.

— Panie Henry — zwróciła się do mnie pani Chattisbourne — czy studiuje razem z panem St. Trewesem?

— Tak — odpowiedziałem. — W Oksfordzie. W Balliol.

— Czy pan jest żonaty? — zapytała Eglantyna.

— Eglantyno! — zawołała Lilia. — To niegrzecznie pytać ludzi, czy są żonaci.

— Sama pytałaś Tossie, czy on jest żonaty — odparła Eglantyna. — Słyszałam, jak szepczesz.

— Cii — syknęła Lilia i zrobiła się, całkiem stosownie, czerwona jak goździk. (Chichoty).

— Z jakiej części Anglii pan pochodzi, panie Henry? — zapytała pani Chattisbourne.