Nadszedł czas, żeby zmienić temat.
— Chciałbym podziękować za pożyczenie ubrań syna — powiedziałem, sącząc kordiał porzeczkowy. Smakował lepiej niż pasztet z węgorza. — Czy go zastałem?
— Och, nie — odparła pani Chattisbourne. — Meringowie panu nie mówili? Elliott jest w Południowej Afryce.
— On jest inżynierem górnictwa — wtrąciła usłużnie Tossie.
— Właśnie dostaliśmy list od niego — ciągnęła pani Chattisbourne. — Gdzie ten list, Hortensjo?
Wszystkie dziewczęta wstały i zaczęły szukać listu przy akompaniamencie chichotów.
— Tutaj jest, jaśnie pani — powiedział Finch i podał list pani Chattisbourne.
— „Drodzy Matko i Ojcze, i Kwiatuszki — przeczytała. — Wreszcie wysyłam ten długi list, który wam obiecałem”. — Najwyraźniej zamierzała odczytać całość.
— Na pewno pani tęskni za synem — powiedziałem, żeby ją powstrzymać. — Czy on wkrótce wróci do domu?
— Dopiero kiedy zakończy swój dwuletni staż, czyli jeszcze osiem miesięcy, niestety. Oczywiście gdyby jedna z jego sióstr wyszła za maź, przyjechałby do domu na wesele. (Chichoty).
Zagłębiła się w list. Dwa fragmenty przekonały mnie, że Elliott był równie niemądry jak siostry i zakochany wyłącznie w samym sobie.
Trzeci fragment przekonał mnie, że Tossie również niewiele o niego dbała. Wyglądała na porządnie znudzoną.
Przy czwartym fragmencie zaciekawiło mnie, jakim cudem Elliott uniknął imienia w rodzaju Rododendron lub Mugwort. Potem już tylko gapiłem się na kota Chattisbourne’ów.
Kot leżał na podnóżku haftowanym w fiołki i był tak ogromny że tylko kilka fiołków wystawało po brzegach. Był żółty z bardziej żółtymi pręgami i jeszcze bardziej żółtymi oczami, które sennie odwzajemniły moje spojrzenie spod ciężkich powiek. Sam również zaczynałem odczuwać senność wskutek działania porzeczkowego kordiału oraz prozy Elliotta Chattisbourne. Zatęskniłem za pobytem w Muchings End. Pod drzewem. Albo w hamaku.
— W co się ubierzesz na festyn, Różo? — zapytała Tossie, kiedy pani Chattisbourne zrobiła przerwę, żeby przewrócić trzecią stronicę listu.
Róża zachichotała i odpowiedziała:
— W moją suknię z błękitnego woalu z koronkowymi wstawkami.
— Ja nałożę biały kreton w kropeczki — oznajmiła Hortensja. Starsze dziewczęta nachyliły się do siebie i zaczęły szczebiotać.
Eglantyna podeszła do podnóżka, dźwignęła kota i władowała mi na kolana.
— To jest nasza kotka, Panna Marmolada.
— Pani Marmolada, Eglantyno — poprawiła córkę pani Chattisbourne, a ja zaciekawiłem się, czy kotom przysługują tytuły honorowe, tak jak kucharkom.
— Jak się pani miewa, Pani Marmolado? — zapytałem, łaskocząc kota pod brodą. (Chichoty).
— A w co ty się ubierzesz na festyn, Tossie? — zapytała Lilia.
— W nową suknię, którą papa zamówił dla mnie w Londynie — oznajmiła Tossie.
— Och, jak ona wygląda? — zawołała Hortensja.
— Opisałam ją w swoim pamiętniku — powiedziała Tossie.
I jakaś nieszczęsna biegła sądowa poświęci całe tygodnie na odcyfrowanie tego opisu, pomyślałem.
— Finch, podajcie mi ten kosz — poleciła Tossie, a kiedy wykonał polecenie, sięgnęła pod haftowaną serwetkę i wyciągnęła książkę oprawną w kurdyban, ze złotym zameczkiem.
Tak oto prysły nadzieje Verity na przejrzenie pamiętnika pod naszą nieobecność. Postanowiłem, że spróbuję ukradkiem wyciągnąć go z kosza w drodze do domu.
Tossie ostrożnie rozpięła złoty łańcuszek z kluczykiem, który nosiła na nadgarstku, otworzyła pamiętnik, po czym starannie zapięła z powrotem łańcuszek.
Postanowiłem poprosić Fincha, żeby ukradł dla mnie pamiętnik. Może już o tym pomyślał, skoro pani Chattisbourne twierdziła, że potrafi odgadywać życzenia.
— „Biała organdyna mignonette — odczytała Tossie — na spodzie z liliowego jedwabiu. Stanik ze sznurowanym przodem, wykończony falbanką haftowaną farbowanym jedwabiem w najdelikatniejszych odcieniach heliotropu, barwnika i lila, ze wstawką we wzór z fiołków i niezapominajek wszytą w…”
Opis sukni był jeszcze dłuższy od listu Elliotta Chattisbourne’a Poświęciłem całą uwagę głaskaniu pani Marmolady.
Była nie tylko olbrzymia, ale wyjątkowo gruba. Brzuch miała rozdęty i dziwnie guzowaty w dotyku. Przestraszyłem się, że na coś choruje. Wczesna forma zarazy, która zmiotła wszystkie koty w 2004 roku jeszcze chyba nie występowała w czasach wiktoriańskich?
— „…i plisowana liliowa szarfa z rozetką z boku — czytała Tossie. — Suknia jest ślicznie udrapowana i ma haftowany obrąbek z tych samych kwiatów. Rękawy bufiaste, z falbankami na ramieniu i łokciu. Szlaczek z liliowych wstążek…”
Przesunąłem ostrożnie dłonią pod brzuchem Pani Marmolady. Kilka guzów. Ale jeśli to leptowirus, musi być we wczesnym stadium. Kocica wyglądała na zupełnie szczęśliwą. Sierść miała gładką i błyszczącą, mruczała z zadowoleniem, ugniatając łapami nogawkę moich spodni.
Widocznie wciąż cierpiałem na powolność kojarzenia. Ona wcale nie wydaje się chora, pomyślałem, chociaż wygląda tak, jakby miała zaraz pęknąć…
— Dobry Boże — powiedziałem. — Ten kot jest w cią… — i jakiś ostry przedmiot uderzył mnie w kark.
Urwałem w pół słowa.
Finch stojący za mną powiedział:
— Przepraszam jaśnie panią, jakiś dżentelmen przyszedł do pana Henry’ego.
— Do mnie? Ale… — zacząłem i znowu zainkasowałem cios. — Zechcą mi panie wybaczyć — powiedziałem, wykonałem coś w rodzaju ukłonu i poszedłem za Finchem do drzwi.
— Pan Henry spędził ostatnie dwa lata w Ameryce — usłyszałem głos Tossie, kiedy wychodziłem z pokoju.
— Ach — powiedziała pani Chattisbourne.
Finch poprowadził mnie korytarzem do biblioteki i zamknął z nami drzwi.
— Wiem, nie przeklina się w obecności dam — mruknąłem, pocierając kark. — Nie musiał pan mnie walić.
— Nie walnąłem pana za przeklinanie, sir — odparł Finch — chociaż ma pan rację. Nie wolno tego robić w przyzwoitym towarzystwie.
— A w ogóle czym mnie pan uderzył? — zapytałem, ostrożnie obmacując swój kręgosłup. — Maczugą?
— Tacą, sir — wyjaśnił i wyjął z kieszeni srebrną tackę, groźnie się prezentującą. — Nie miałem wyboru, sir. Musiałem pana powstrzymać.
— Powstrzymać przed czym? — zapytałem. — I w ogóle co pan tu robi?
— Wypełniam zlecenie pana Dunworthy’ego.
— Jakie zlecenie? Wysłał pana, żeby pan pomagał mnie i Verity?
— Nie, sir — zaprzeczył.
— Więc dlaczego pan jest tutaj? Finch zrobił zakłopotaną minę.
— Nie wolno mi powiedzieć, sir, tyle tylko, że wykonuję… — urwał, szukając odpowiedniego słowa — …pokrewne zadanie. Jestem na innej ścieżce czasowej niż pan i dlatego mam dostęp do informacji, których pan jeszcze nie zdobył. Gdybym panu powiedział, mógłbym zaszkodzić pańskiej misji, sir.
— A walenie mnie w kark nie zaszkodzi? — burknąłem. — Chyba mam złamany kręg szyjny.
— Musiałem pana powstrzymać, sir, przed skomentowaniem stanu kota — wyjaśnił. — W wiktoriańskim społeczeństwie dyskusje o seksie w mieszanym towarzystwie stanowiły absolutne tabu. To nie pańska wina, że pan o tym nie wiedział. Nie przeszedł pan odpowiedniego szkolenia. Mówiłem panu Dunworthy’emu, że wysyłanie pana bez przygotowania i w pańskim stanie to kiepski pomysł, ale on się uparł, ze to pan powinien zwrócić Księżniczkę Ardżumand.
— Uparł się? — powtórzyłem. — Dlaczego?