— Nie wolno mi powiedzieć, sir.
— Zresztą wcale nie zamierzałem mówić o seksie — oświadczyłem. Chciałem tylko powiedzieć, że kot jest w cią…
— Żadnych aluzji do seksu, sir, czy do jego skutków. — Zniżył głos i nachylił się do mnie. — Dziewczęta utrzymywano w całkowitej niewiedzy aż do nocy poślubnej, kiedy to wiele z nich przeżywało poważny wstrząs, niestety. Nigdy nie wspominano o kobiecych biustach czy figurach, a nogi określano jako kończyny.
— Więc co miałem powiedzieć? Że kot jest przy nadziei? W odmiennym stanie? W błogosławionym stanie?
— Nie powinien pan w ogóle wypowiadać się na ten temat. Fakt ciąży u ludzi i zwierząt starannie ignorowano. Nie powinien pan o tym wspominać.
— A kiedy kotka się okoci i pól tuzina kociaków biega po całym domu, też powinienem je ignorować? Albo zapytać, czy bocian je przy. niósł?
Finch miał niewyraźną minę.
— To kolejny powód, sir — powiedział niejasno. — Nie chcemy niepotrzebnie przyciągać uwagi. Nie chcemy wywołać następnej niekongruencji.
— Niekongruencji? — bąknąłem. — O czym pan mówi?
— Nie wolno mi powiedzieć. Kiedy pan wróci do porannego pokoju, radzę unikać wszelkich wzmianek o kocie.
Wyrażał się zupełnie jak Jeeves.
— Porządnie pana przeszkolili — zauważyłem z podziwem. — Kiedy zdążył się pan tyle nauczyć o epoce wiktoriańskiej?
— Nie wolno mi powiedzieć — odparł z zadowoloną miną. — Ale mogę wyznać, że czuję się jak stworzony do tego zawodu.
— No, skoro jest pan taki dobry, proszę mi poradzić, co mam powiedzieć, kiedy tam wrócę. Kto do mnie przyszedł? Nie znam tu nikogo.
— Żaden problem, sir — zapewnił, otwierając drzwi biblioteki urękawiczoną dłonią.
— Żaden problem? Co to znaczy? Muszę coś powiedzieć.
— Nie, sir. Ich nie obchodzi, dlaczego pana odwołano, skoro dzięki temu miały okazję pomówić o panu podczas pańskiej nieobecności.
— Pomówić o mnie? — przestraszyłem się. — To znaczy o mojej autentyczności?
— Nie, sir — zaprzeczył, wyglądając na kamerdynera w każdym calu. — O pańskiej kandydaturze na męża.
Przeprowadził mnie przez korytarz, skłonił się lekko i otworzy! drzwi urękawiczoną dłonią.
Miał rację. W pokoju zapadło nagłe milczenie, po czym nastąp” wybuch chichotów.
Pani Chattisbourne zabrała głos:
— Tocelyn właśnie opowiadała nam, jak pan otarł się o śmierć panie Henry.
Kiedy o mało nie powiedziałem „w ciąży”, pomyślałem.
— Kiedy pańska łódź się wywróciła — podpowiedziała gorliwie Hortensja. — Ale to pewnie nic w porównaniu z pańskimi przygodami w Ameryce.
— Czy pana kiedyś oskalpowali? — zapytała Eglantyna. — Eglantyno! — skarciła ją pani Chattisbourne. Finch pojawił się w drzwiach.
— Przepraszam jaśnie panią — powiedział — ale czy panna Mering i pan Henry zostaną na lunch?
— Och, proszę zostać, panie Henry! — zawołały dziewczęta zgodnym chórem. — Chcemy posłuchać o Ameryce!
Przez cały lunch raczyłem je opowieściami o dyliżansach i tomahawkach, zapożyczonymi z wykładów o Dzikim Zachodzie (żałowałem, że nie poświęcałem im więcej uwagi) i obserwowałem Fincha. Podpowiadał mi, którego sztućca mam użyć, szepcząc mi do ucha: „Widelec z trzema zębami”, kiedy stawiał przede mną potrawę, albo dając dyskretne znaki z kredensu, kiedy przykuwałem uwagę słuchaczek zdaniami w rodzaju: „Tej nocy, siedząc przy obozowym ognisku, słyszeliśmy w ciemnościach bicie ich tam-tamów, nieprzerwane, uporczywe, groźne”. (Chichoty).
Po lunchu Lilia, Róża i Hortensja błagały nas, żebyśmy zagrali w szarady, ale Tossie powiedziała, że musimy iść, starannie zamknęła swój pamiętnik i włożyła go nie do kosza, lecz do torebki.
— Och, naprawdę nie możecie zostać jeszcze chwileczkę? — jęczała Hortensja Chattisbourne.
Tossie odparła, że musimy jeszcze zabrać dary z plebanii, za co byłem jej wdzięczny. Piłem do lunchu wino reńskie i klaret, które w połączeniu z kordiałem porzeczkowym oraz resztkami dyschronii sprawiły, że marzyłem tylko o długiej popołudniowej drzemce.
— Zobaczymy pana na festynie, panie Henry? — zapytała Lilia z chichotem.
Niestety tak, pomyślałem.
Plebania nie była daleko, ale po drodze musieliśmy wstąpić do wdowy Wallace (po sosjerkę i banjo bez dwóch strun), do Middlemarche’ów (czajnik z odłamanym dzióbkiem, karafka na ocet oraz gra „Autorzy”, w której brakowało kilku kart) i do panny Stiggins (klatka na ptaki, zestaw czterech figurek przedstawiających Mojry, egzemplarz „Alicji po drugiej stronie lustra”, łopatka do ryb i ceramiczny naparstek z napisem: PAMIĄTKA Z MARGATE).
Ponieważ Chattisbourne’owie już nam dali puzderko na szpili do kapelusza, poduszeczkę z wyszytymi włóczką fiolkami i pachnącym groszkiem, garnuszek do gotowania jajek oraz laskę z rzeźbiona psią główką, kosz był prawie pełen i nie miałem pojęcia, jak przydźwigam to wszystko do domu. Na szczęście pastor miał do zaofiarowania tylko duże pęknięte lustro w pozłacanej ramie.
— Przyślę po nie Baine’a — powiedziała Tossie i ruszyliśmy do domu.
Droga powrotna stanowiła dokładne powtórzenie drogi w tamtą stronę, tyle że byłem bardziej obładowany i znacznie bardziej zmęczony. Tossie paplała o Dziudziu i „dzielnym, dzielnym Telensie”, a ja cieszyłem się w duchu, że moje nazwisko nie zaczyna się na „C”, i rozglądałem się tęsknie za jakimś hamakiem.
Baine spotkał nas na końcu podjazdu i uwolnił mnie od kosza, a Cyryl wybiegł mi na przywitanie. Jednakże nieszczęsna skłonność do zbaczania na bakburtę przywiodła go do stóp Tossie, która zawołała: „O brzydki, brzydki, niegrzeczny pies!” i zaczęła wydawać małe okrzyczki.
— Chodź tu, Cyryl! — zawołałem i klasnąłem w dłonie, a on przytoczył się do mnie uszczęśliwiony, merdając całym tułowiem. — Tęskniłeś za mną, piesku?
— Hej ho, wędrowcy wracają — zacytował Terence, machając z trawnika. — „Do białych ścian domu wracają po długiej podróży”. Zdążyliście w samą porę. Baine właśnie ustawia bramki do krokieta.
— Krokiet! Ale zabawa! — zawołała Tossie i pobiegła na górę, żeby się przebrać.
— Krokiet? — zwróciłem się do Verity, która patrzyła, jak Baine wbija słupki w trawę.
— Albo tenis na trawie — wyjaśniła — do którego niestety nie jesteś przygotowany.
— Do krokieta też nie jestem przygotowany — odparłem, zerkając na drewniane młotki.
— To bardzo prosta gra — zapewniła Verity, podając mi żółtą kulę. — Przeprowadzasz kulę młotkiem przez bramkę. Jak minął ranek?
— Byłem niegdyś zwiadowcą Buffalo Billa — powiedziałem — I jestem zaręczony z Hortensją Chattisbourne.
Przyjęła to bez uśmiechu.
— Czego się dowiedziałeś o panu C?
— Elliott Chattisbourne wróci do domu dopiero za osiem miesięcy — Opowiedziałem, jak zapytałem Tossie o faceta, którego nazwisko wyleciało mi z głowy. — Nikogo sobie nie skojarzyła. Ale nie to jest najbardziej interesujące…
Tossie wróciła biegiem w biało-różowej marynarskiej sukience W miętowozielone paski z wielką różową kokardą, niosąc w ramionach Księżniczkę Ardżumand.
— Dziudziu uwielbia patrzeć na kule — oznajmiła, stawiając kota na ziemi.
— I krokietować je — mruknęła Verity. — Pan Henry i ja będziemy partnerami. Ty zagrasz z panem St. Trewesem.
— Panie St. Trewes, będziemy partnerami — wykrzyknęła Tossie i podbiegła do Terence’a, który nadzorował Baine’a.
— Myślałem, że mieliśmy rozdzielić Terence’a i Tossie — zauważyłem.