— Owszem — przyznała Verity — ale muszę z tobą porozmawiać.
— A ja muszę porozmawiać z tobą — wpadłem jej w słowo. — Nigdy nie zgadniesz, kogo spotkałem u Chattisbourne’ów. Fincha.
— Fincha? — powtórzyła tępo. — Sekretarza pana Dunworthy’ego? Przytaknąłem.
— Jest u nich kamerdynerem.
— Co on tutaj robi?
— Nie chciał mi powiedzieć. Mówił, że wykonuje „pokrewne zadanie” i nie wolno mu nic powiedzieć, żeby nam nie przeszkodzić.
— Gotowi? — zawołała Tossie od słupka.
— Prawie — odkrzyknęła Verity. — No dobrze. Zasady gry są zupełne proste. Żeby zdobyć punkty, przeprowadzasz swoją kulę dwukrotnie przez rząd sześciu bramek, cztery bramki zewnętrzne, środkowe ramki i z powrotem w odwrotnym kierunku. Każda kolejka to jedno uderzenie. Jeśli twoja kula przejdzie przez bramkę, masz prawo do następnego uderzenia. Jeśli twoja kula uderzy w inną kulę, masz prawo do jednego uderzenia za skrokietowanie i jednego kolejnego, ale jeśli kula przejdzie przez dwie bramki naraz, otrzymujesz tylko jedno uderzenie. Po uderzeniu kuli nie możesz jej powtórnie uderzyć, póki nie przejdziesz przez następną bramkę, z wyjątkiem pierwszej bramki. Jeśli uderzysz kulę, którą już uderzyłeś, tracisz kolejkę.
— Gotowi jesteście? — powtórzyła Tossie.
— Prawie — uspokoiła ją Verity. — To są granice — pokazała mi młotkiem. — Północ, południe, wschód i zachód. To jest linia początkowa, a to linia końcowa. Wszystko jasne?
— Najzupełniej — potwierdziłem. — Który mam kolor?
— Czerwony — odparła. — Zaczynasz od linii początkowej.
— Gotowi wreszcie? — wrzasnęła Tossie.
— Tak — kiwnęła głową Verity.
— Ja zaczynam — oznajmiła Tossie, pochyliła się wdzięcznie i położyła kulę na trawie.
Co w tym trudnego? — pomyślałem, patrząc, jak Tossie ustawia się do uderzenia. Dystyngowana wiktoriańska gra, zabawa dla dzieci i młodych kobiet w powłóczystych sukniach na soczystych zielonych trawnikach. Cywilizowana gra.
Tossie odwróciła się, uśmiechnęła się zalotnie do Terence’a i potrząsnęła lokami.
— Mam nadzieję, że uda mi się strzał — powiedziała i walnęła potężnie w kulę, która przeleciała przez dwie bramki i zatrzymała się w połowie trawnika.
Tossie uśmiechnęła się niewinnie, zapytała: — Czy mam następny strzał? — i walnęła po raz drugi.
Tym razem kula prawie trafiła Cyryla, który odbywał drzemkę w cieniu.
— Przeszkoda — ogłosiła Tossie. — Trafiłam go w nos.
— Cyryl nie ma nosa — odparła Verity, ustawiając swoją kulę na odległość główki młotka za pierwszą bramką. — Moja kolej.
Nie uderzyła tak mocno jak Tossie, ale bynajmniej nie spartaczyła. Kula przeszła przez pierwszą bramkę, a po następnym strzale zatrzymała się dwie stopy od kuli Tossie.
— Pana kolej, panie St. Trewes — zawołała Tossie i stanęła tak, ze jej długa spódnica zasłoniła kulę. Po strzale Terence’a, kiedy do niego podeszła, jej kula znajdowała się dobry jard dalej.
Podszedłem do Verity.
— Ona oszukuje — szepnąłem. Verity przytaknęła.
— Nie mogłam znaleźć jej pamiętnika — wyznała.
— Wiem. Zabrała go ze sobą. Przeczytała dziewczętom Chattisbourne’ów opis swojej sukni.
— Pana kolej, panie Henry — oznajmiła Tossie, opierając się młotku.
Verity nic nie mówiła o prawidłowym uchwycie, a ja nie zwracałem uwagi. Położyłem swoją kulę przed bramką i chwyciłem młotek mniej więcej tak, jak kij do krykieta.
— Faul! — krzyknęła Tossie. — Kula pana Henry’ego nie leży w odpowiedniej odległości od bramki. Traci pan kolejkę, panie Henry.
— Nie traci — sprzeciwiła się Verity. — Niech pan odsunie kulę na szerokość główki młotka.
Zrobiłem, co kazała, a następnie posłałem kulę z grubsza we właściwym kierunku, chociaż nie przez bramkę.
— Moja kolej — oświadczyła Tossie i wybiła kulę Verity z boiska prosto w żywopłot. — Przepraszam — powiedziała, uśmiechnęła się z udawaną skromnością i tak samo potraktowała kulę Terence’a.
— A mówiłaś, że to cywilizowana gra — syknąłem do Verity, pełzając pod żywopłotem, żeby odzyskać jej kulę.
— Mówiłam, że prosta — odparła. Podniosłem kulę.
— Udawaj, że dalej szukasz — szepnęła Verity. — Kiedy zrewidowałam pokój Tossie, przeskoczyłam do Oksfordu.
— Dowiedziałaś się, jaki był poślizg przy twoim skoku? — zapytałem rozgarniając gałęzie.
— Nie — odpowiedziała z poważną miną. — Warder była zajęta. Chciałem już wygłosić uwagę, że Warder zawsze jest strasznie zajęta, kiedy dodała:
— Ten nowy rekrut… nie znam jego nazwiska… ten, który pracował z tobą i Carruthersem, utknął w przeszłości.
— Na polu z dyniami? — zagadnąłem, myśląc o psach.
— Nie, w Coventry. Miał przejść po przeszukaniu gruzów, ale nie przeszedł.
— Pewnie nie mógł znaleźć sieci — domyśliłem się, pamiętając, jak się męczył z latarką.
— Tak samo uważa Carruthers, ale pan Dunworthy i T.J. martwią, że to ma związek z niekongruencją. Wysłali z powrotem Carruthersa, żeby go znalazł.
— Twoja kolej, Verity — rzuciła niecierpliwie Tossie i ruszyła w naszą stronę. — Jeszcze pan nie znalazł?
— Już mam — zawołałem i wylazłem spod żywopłotu, unosząc wysoko kulę.
— Leżała tutaj — oświadczyła Tossie, wskazując stopą miejsce odległe o kilka mil od miejsca, skąd ją wybiła.
— To jak gra z Królową Kier — stwierdziłem i podałem Verity kule. Przez następne trzy kolejki usiłowałem jedynie przepchnąć moją kulę na tę samą stronę boiska co kula Verity, które to wysiłki dwukrotnie udaremniła panna „Ściąć jej głowę!” Mering.
— Już wiem — oznajmiłem, kuśtykając do Verity po kolejnym strzale Tossie, kiedy posłała kulę Terence’a prosto w moją kostkę, na co Cyryl wstał i przeniósł się na drugi koniec trawnika. — Pan C. jest lekarzem, wezwanym do krokietowych kontuzji Tossie. Czego jeszcze się dowiedziałaś?
Verity starannie ustawiła się do strzału.
— Dowiedziałam się, z kim się ożenił Terence.
— Proszę, nie mów, że z Tossie — jęknąłem, stanąłem na zdrowej nodze i potarłem rozbitą kostkę.
— Nie — odparła i zgrabnie przeprowadziła kulę przez bramkę.
— Nie z Tossie. Z Maud Peddick.
— Ale to dobrze, prawda? — zauważyłem. — To znaczy, że niczego nie zepsułem, kiedy nie dopuściłem do spotkania Terence’a i Maud.
Verity wyciągnęła zza szarfy złożoną kartkę papieru i podała mi ukradkiem.
— Co to jest? — zapytałem, chowając kartkę do kieszeni na piersi.
— Wyjątek z pamiętnika Maud?
— Nie — zaprzeczyła. — Maud jest chyba jedyną kobietą w epoce wiktoriańskiej, która nie prowadziła pamiętnika. To list Maud St. Trewes do jej młodszej siostry.
— Pańska kula, panie Henry! — krzyknęła Tossie.
— Drugi ustęp — podpowiedziała Verity.
Wykonałem entuzjastyczne uderzenie, które posłało czerwoną kulę obok kuli Terence’a prosto w zarośla bzu.
— Powiadam, fatalnie! — odezwał się Terence. Kiwnąłem głową i z trzaskiem wtargnąłem w gęstwinę.
— „Żegnaj, przyjacielu drogi — zawołał wesoło Terence, machając młotem. — Żegnaj mi! Bo na tym podłym świecie — chociaż przysięgamy — wierzymy — i ufamy — tylko rozpacz czyha”.
Znalazłem kulę, podniosłem ją i wcisnąłem się w największy gąszcz bzów. Rozłożyłem list. Napisany był delikatnym, pajęczym charakterem pisma.