„Najdroższa Izabelo — przeczytałem — tak się ucieszyłam na wiadomość o Twoich zaręczynach. Robert to wspaniały młody człowiek i mam tylko nadzieję, że będziecie równie szczęśliwi jak ja z Terence’em. Martwisz się, że poznałaś go na stopniach sklepu z towarami żelaznymi, w wyjątkowo nieromantycznym miejscu. Nie przejmuj się, siostrzyczko. Mój kochany Terence i ja spotkaliśmy się pierwszy raz na dworcu kolejowym — Stałam z ciocią Amelią na peronie stacji Oksford…”
Stałem wpatrując się w list. Peron na stacji Oksford.
„…niezbyt romantyczne miejsce, a jednak od razu zrozumiałam, tam, wśród lokomotyw i wagonów towarowych, że to on będzie moim towarzyszem życia”.
Tylko że wcale nie zrozumiała. Ponieważ ja się napatoczyłem i dlatego obie z ciotką wzięły dorożkę i odjechały.
— Nie możesz znaleźć? — krzyknął Terence. Pospiesznie złożyłem list i wetknąłem do kieszeni.
— Już mam — odkrzyknąłem i wygramoliłem się z krzaków.
— Poszła stąd — oznajmiła Tossie, wskazując stopą całkowicie zmyślony punkt.
— Dziękuję, panno Mering — powiedziałem, odmierzyłem młotkiem długość główki młotka od brzegu, umieściłem kulę na trawie i przygotowałem się do ponownego uderzenia.
— Pana kolej minęła — oświadczyła Tossie, podchodząc do swojej kuli. — Teraz moja kolej.
I potężnym uderzeniem posłała moją kulę z powrotem w krzaki bzu.
— Skrokietowana — uśmiechnęła się słodko. — Dwa strzały.
— Czyż to nie wspaniała dziewczyna? — zagadnął Terence, kiedy pomagał mi szukać kuli.
Nie, pomyślałem, a nawet gdyby była wspaniała, nie miałeś się niej zakochać. Miałeś zakochać się w Maud. Miałeś ją spotkać na dworcu kolejowym i to moja wina, moja wina, moja wina.
— Panie Henry, pańska kolej — zawołała Tossie niecierpliwie. — Och — powiedziałem i uderzyłem na ślepo w najbliższą kulę. — Faul, panie Henry — skarciła mnie Tossie. — Ma pan trupa.
— Co?
— Ta kula to trup — wyjaśniła Tossie. — Już pan ją raz uderzył. Nie może Pan jej ponownie uderzyć, dopóki nie przejdzie pan przez bramkę.
— Och — powiedziałem i wycelowałem w bramkę.
— Nie ta bramka — zawołała Tossie, potrząsając blond lokami. — Zaliczam faul za próbę ominięcia bramki.
— Przepraszam — mruknąłem i próbowałem się skoncentrować.
— Pan Henry jest przyzwyczajony grać według amerykańskich reguł — broniła mnie Verity.
Podszedłem do niej i stanąłem obok, patrząc, jak Tossie ustawia się do strzału, wymierza kąty jak w bilardzie, oblicza, w jaki sposób kule zrykoszetują od siebie.
— Nie wiesz jeszcze o najgorszym — odezwała się Verity. — Ich wnuk był pilotem RAF-u w Bitwie o Anglię. Dowodził pierwszym bombowym nalotem na Berlin.
— Terence! — zawołała Tossie. — Twoje zwierzę przeszkadza mi w podwójnym skrokietowaniu.
Terence posłusznie poszedł przesunąć Cyryla. Tossie spojrzała wzdłuż młotka, odmierzając kąty zderzenia kul, oceniając możliwości.
Stałem i patrzyłem, jak Tossie składa się do strzału. Verity nic nie mówiła. Nie musiała. Wiedziałem wszystko o tym pierwszym nalocie bombowym. Był wrzesień 1940 roku, w połowie Bitwy o Anglię, i Hitler ślubował, że bomby nigdy nie spadną na Vaterland, a kiedy spadły, zarządził bombardowanie Londynu na wielką skalę. A później, w listopadzie, bombardowanie Coventry.
Tossie machnęła młotkiem. Jej kula trafiła w moją, zrykoszetowała, odbiła się od kuli Verity i przeszła prosto przez bramkę.
Ten nalot bombowy ocalił RAF, który znacznie ustępował Luftwaffe pod względem liczebności. Gdyby Luftwaffe nie przestawiła się na bombardowanie obiektów cywilnych, wygrałaby Bitwę o Anglię i Hitler dokonałby inwazji.
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
Moja druga noc w Muchings End minęła podobnie jak pierwsza. Terence przyszedł zapytać, co Tossie o nim mówiła podczas wizyty u Chattisbourne’ów i czy nie uważam, ze jej oczy są jak „gwiazdy w piękny wieczór”, Cyryla trzeba było znieść po schodach, a Baine przyniósł mi kakao i zapytał, czy to prawda, że w Ameryce wszyscy noszą broń. Zaprzeczyłem.
— Słyszałem też, że Amerykanie niezbyt się przejmują podziałami nowymi i bariery społeczne są tam mniej sztywne.
Zastanawiałem się, co mają rewolwery do podziałów klasowych i czy Baine zamierza obrać karierę przestępcy.
— Z pewnością tam wszyscy mają prawo szukać szczęścia — powiedziałem. — I szukają.
— Czy to prawda, że przemysłowiec Andrew Carnegie był synem górnika? — wypytywał Baine, a kiedy potwierdziłem, nalał mi kakao i ponownie podziękował za odnalezienie Księżniczki Ardżumand. — Przyjemnie widzieć, jaka szczęśliwa jest panna Mering, odkąd odzyskała swoją ulubienicę.
Myślałem, że jest szczęśliwa, ponieważ rozniosła wszystkich w krokieta, ale nie powiedziałem tego na głos.
— Jeśli mogę coś dla pana zrobić, sir, żeby odwdzięczyć się za przysługę…
Nie chciałbyś czasem poprowadzić nalotu bombowego na Berlin? — zapytałem w duchu.
Pod koniec meczu krokietowego, kiedy Tossie znęcała się nad kulą Terence’a, Verity szepnęła do mnie, żebym koniecznie zniszczył list Maud, ponieważ nie wolno nam ryzykować kolejnej niekongruencji. Więc jak tylko Baine wyszedł, zamknąłem drzwi na klucz, otworzyłem okno i potrzymałem list nad płomieniem naftowej lampy.
Papier zapłonął, skręcając się po brzegach. Płonący fragment wzleciał nagle w powietrze i sfrunął nad bukiet suchych kwiatów na komodzie. Skoczyłem za nim, wpadłem na krzesło i próbowałem go złapać, ale mój gwałtowny ruch tylko przysunął go bliżej do bukietu.
Cudownie. Spalę cały dom, żeby zapobiec niekongruencji.
Ponownie sięgnąłem po papier, który zwinnym piruetem wymknął się z zasięgu moich rąk i powoli opadł na podłogę. Zanurkowałem, żeby go schwytać w złożone dłonie, ale zanim go dotknąłem, spalił się doszczętnie, obrócił się w popiół i nieistotność.
Usłyszałem drapanie do drzwi, otworzyłem i wpuściłem Verity oraz Księżniczkę Ardżumand. Kotka natychmiast wskoczyła na poduszki i ułożyła się dekoracyjnie, a Verity przysiadła na brzegu łóżka.
— Słuchaj — powiedziałem — chyba nie ma potrzeby, żebyś znowu przechodziła. Zrobiłaś już dwa skoki w ciągu dwudziestu czterech godzin i…
— Właśnie przeszłam — oznajmiła z radosnym uśmiechem. I mam dobre nowiny.
— Naprawdę masz dobre nowiny — zapytałem nieufnie — czy tylko odczuwasz przyjemne skutki dyschronii?
— Naprawdę mam dobre nowiny — zapewniła, a potem zmarszczyła brwi. — Przynajmniej oni tak mówią. Chciałam sprawdzić, czego się dowiedzieli o wnuku i nalocie bombowym. T.J. mówi, że nalot na Berlin nie jest punktem krytycznym. Mówi, że nie ma zwiększonego poślizgu ani na lotnisku, ani w Berlinie. Robił symy nalotu i nieobecność wnuka Terence’a w żadnej nie miała trwałych skutków. Mogę wypić twoje kakao?