Выбрать главу

— Tak — powiedziałem. — Dlaczego?

Zsunęła się z łóżka i podeszła do nocnego stolika.

— Ponieważ wystartowało osiemdziesiąt jeden samolotów i dwadzieścia dziewięć z nich zrzuciło bomby na Berlin — oświadczyła, nalewając kakao. — Brak jednego pilota nie miał znaczenia, zwłaszcza że to nie rozmiar zniszczeń skłonił Hitlera do odwetu, tylko sam fakt bombardowania Vaterlandu. A później były jeszcze trzy naloty. — Wzięła filiżankę ze spodeczkiem i znowu usiadła na łóżku.

Zapomniałem, że wykonano w sumie cztery naloty. Dobrze. To oznacza redundancję.

— I to nie wszystko — dodała Verity, sącząc kakao. — Pan Dunworthy mówi, że według wszelkich oznak Göring już wcześniej postanowił zbombardować Londyn i naloty posłużyły tylko za pretekst. Więc mówi, żeby się nie martwić, to w żaden sposób nie mogło zmienić przebiegu wojny, ale…

Wiedziałem, że jest jakieś „ale”.

— …istnieje punkt krytyczny związany z bombardowaniem, o którym powinniśmy wiedzieć. To dwudziesty czwarty lipca, noc, kiedy dwa niemieckie samoloty przypadkowo zbombardowały Londyn.

Wiedziałem o tym. Profesorze Peddick, oto kolejny przykład indywidualnego działania. Oraz ślepego przypadku. Dwa niemieckie bombowce uczestniczyły w wielkim nalocie na fabrykę samolotów w Rochester i zbiorniki oleju w Thames Haven. Samoloty prowadzące miały na wyposażeniu lokatory, ale pozostałe nie miały. Dwa odłączyły się od grupy, trafiły na artylerię przeciwlotniczą i postanowiły wyrzucić bomby i uciekać do domu. Na nieszczęście znajdowały się wówczas nad Londynem, a bomby zburzyły kościół św. Egidiusza, Crip-Plegate i zabiły cywili.

W odwecie Churchill zarządził nalot na Berlin, a w odwecie za to Hitler kazał zbombardować Londyn. Ten kot to jest chwat, który szczura zjadł, który…

— Pan Dunworthy i T.J. nie mogli znaleźć żadnego związku pomiędzy wnukiem Terence’a a tamtymi dwoma niemieckimi samolotami — ciągnęła Verity popijając kakao — ale ciągle sprawdzają. Skoro był pilotem RAF-u, istnieje możliwość, że zrobił coś… zestrzelił samolot Luftwaffe albo coś w tym stylu… co miało kluczowe znaczenie. To też sprawdzają.

— A tymczasem co mamy robić?

— Wszystko, żeby opanować sytuację i jeśli to możliwe, odesłać Terence’a z powrotem do Oksfordu, na spotkanie z Maud. Więc jutro musisz porozmawiać z profesorem Peddickiem i przekonać go że powinien wrócić do Oksfordu, do siostry i bratanicy. Popracuje nad Terence’em i jeszcze raz spróbuję dorwać pamiętnik.

— Uważasz, że to dobry pomysł? — zapytałem. — Wiesz, to jest chaotyczny system, co oznacza, że przyczyna i skutek nie są linearne. Może tylko pogarszamy sytuację, kiedy próbujemy ją naprawić. Przypomnij sobie „Titanica”. Gdyby niczego nie zrobili, żeby ominąć tę górę lodową…

— Doszłoby do czołowego zderzenia — dokończyła Verity.

— Tak, i statek zostałby uszkodzony, ale by nie zatonął. Właśnie próby wykonania skrętu doprowadziły do tego, że góra lodowa rozerwała wodoszczelne grodzie i statek poszedł na dno jak kamień.

— Więc myślisz, że powinniśmy pozwolić na zaręczyny Terence’a i Tossie? — zapytała.

— Nie wiem — przyznałem. — Może jeśli przestaniemy ich rozdzielać, Terence wreszcie zrozumie, jaka jest Tossie naprawdę, i wyleczy się z zadurzenia.

— Może — mruknęła Verity, łapczywie zajadając ciastko. — Z drugiej strony, gdyby „Titanica” wyposażono w dostateczną ilość łodzi ratunkowych, nikt by nie utonął.

Dokończyła kakao i odstawiła filiżankę ze spodkiem na szafkę nocną.

— A poślizg w 2018 roku? Wykryli, co go powoduje? — zapytałem. Pokręciła głową.

— Pani Bittner niczego nie pamięta. W 2018 roku Fudżisaki ogłosił pierwsze prace o możliwościach niekongruencji, i wtedy zmodyfikowano sieć, żeby zamykała się automatycznie przy zwiększonym poślizgu — ale to było we wrześniu. Okres zwiększonego poślizgu był w kwietniu.

Otworzyła drzwi i wyjrzała na korytarz.

— Może jutro pan C. przyjdzie pomóc przy festynie i nie będziemy musieli nic robić — szepnęła.

— Albo wpadniemy na górę lodową — odszepnąłem.

Jak tylko zamknęła drzwi, przypomniałem sobie, że nie zapytałem jej o Fincha.

Odczekałem pięć minut, żeby Verity bezpiecznie wróciła do swojego pokoju, potem narzuciłem szlafrok i na palcach przeszedłem korytarzem, starannie omijając przeszkody w ciemności: Laokoona, w którego położenie całkowicie się wczuwałem; paproć; popiersie Darwina; stojak na parasole.

Lekko zapukałem do drzwi Verity.

Otworzyła natychmiast, wyraźnie poirytowana.

— Nie powinieneś pukać — szepnęła, spoglądając niespokojnie w stronę sypialni pani Mering.

— Przepraszam — odszepnąłem, wślizgując się do pokoju. Verity starannie zamknęła drzwi, które wydały ciche westchnienie.

— Czego chcesz? — zapytała.

— Zapomniałem zapytać, czy dowiedziałaś się, co tutaj robi Finch.

— Pan Dunworthy nie chciał mi powiedzieć — odparła ze zmartwioną miną. — Powiedział mi to samo, co Finch powiedział tobie, że chodzi o „pokrewny projekt”. Myślę, że wysłali go, żeby utopił Księżniczkę Ardżumand.

— Co? — zawołałem, zapominając, że mam szeptać. — Finch?! Chyba żartujesz.

Potrząsnęła głową.

— Biegła sądowa przetłumaczyła kawałek fragmentu o Księżniczce Ardżumand. Tam było napisane: „…biedna utopiona Księżniczka Ardżumand”.

— Ale skąd wiedzą, że Tossie nie napisała tego, kiedy jeszcze szukano kota? I dlaczego wysłali akurat Fincha? On nie skrzywdziłby muchy.

— Nie wiem — przyznała. — Może nam nie ufają i nie mieli nikogo innego oprócz Fincha.

W to mogłem uwierzyć, biorąc pod uwagę skłonność lady Schrapnell do rekrutowania każdego, kto nie był przybity gwoździami.

— Ale Finch? — powtórzyłem z powątpiewaniem. — I jeśli przydzieli mu takie zadanie, dlaczego wysłali go do pani Chattisbourne, a nie tutaj?

— Pewnie myślą, że pani Mering go ukradnie.

— To ty zrobiłaś za dużo skoków. Porozmawiamy o tym rano — zakończyłem i wyśliznąłem się na korytarz, gdzie panowała nieprzenikniona ciemność.

Verity cichutko zamknęła za mną drzwi i ruszyłem z powrotem. Stojak na parasole…

— Mesiel! — zabrzmiał głos pani Mering. W korytarzu rozbłysło światło. — Wiedziałam! — zawołała pani Mering i podeszła z lampą naftową w ręku.

Schody były za daleko, żeby uciekać na dół, a zresztą Baine wchodził po nich ze świecą. Nie miałem nawet czasu odskoczyć z inkryminującego miejsca pod drzwiami Verity. Nie w taki sposób pan Dunworthy kazał nam „opanować sytuację”.

Przyszło mi do głowy, żeby udawać, że zszedłem na dół po książkę. Bez świecy? I gdzie była rzeczona książka? Przez jedną fantastyczną chwilę miałem ochotę odgrywać lunatyka, jak bohater „Księżycowego kamienia”.

— Ja właśnie… — zacząłem, ale przerwała mi pani Mering.

— Wiedziałam! — powtórzyła. — Pan też to słyszał, panie Henry prawda?

Tossie uchyliła drzwi swojej sypialni i wystawiła głowę w papilotach.

— Mamo, co się dzieje?

— Duch! — oznajmiła pani Mering. — Pan Henry też go słyszał, prawda?

— Tak — potwierdziłem. — Właśnie wyszedłem, żeby sprawdzić. Myślałem, że ktoś się zakradł, ale nikogo nie było.