— Słyszeliście coś, Baine? — zapytała pani Mering. — Stukanie, bardzo cichutkie, a potem jakby szepty?
— Nie, proszę pani — odparł Baine. — Byłem w pokoju śniadaniowym, wykładałem srebra do śniadania.
— Ale pan to słyszał, panie Henry — upierała się pani Mering. — Na pewno. Był pan biały jak prześcieradło, kiedy wyszłam na korytarz. Słyszałam stukanie, a potem szepty, a potem jakby…
— Eteryczny jęk — podpowiedziałem.
— Właśnie! — przyklasnęła pani Mering. — Myślę, że jest więcej duchów, które rozmawiają ze sobą. Widział pan coś, panie Henry?
— Jakby błysk bieli — odpowiedziałem na wypadek, gdyby zobaczyła Verity zamykającą drzwi. — Tylko mignął i znikł.
— O! — wykrzyknęła z przejęciem pani Mering. — Mesiel! Chodź tutaj! Pan Henry widział ducha!
Pułkownik Mering nie odpowiedział, a w chwilowej ciszy, zanim zawołała ponownie, przez korytarz napłynął odległy dźwięk Cyrylowego chrapania. Jeszcze nie wyszliśmy z lasu.
— Tam! — Wskazałem ścianę nad portretem lady Schrapnell — Słyszała pani?
— Tak! — przyświadczyła pani Mering, przyciskając dłoń do łona — Jak to brzmiało?
— Dźwięk dzwonów — improwizowałem — a potem jakby szloch… — Właśnie — zgodziła się pani Mering. — Na strychu. Baine, otwórzcie drzwi na strych. Musimy wejść na górę.
W tejże chwili Verity wreszcie się zjawiła, otulona peniuarem, mrugając sennie.
— Co się stało, ciociu Malwinio?
— Duch, którego widziałam dwie noce wcześniej przy belwederku — wyjaśniła pani Mering. — Jest na strychu.
Właśnie wtedy od strony mojego pokoju doleciało do nas wyraźnie potężne prychnięcie Cyryla. Verity natychmiast podniosła wzrok na sufit.
— Słyszę je! — zawołała. — Upiorne kroki na górze!
Następne dwie godziny spędziliśmy na strychu, gmerając wśród pajęczyn i wypatrując znikających błysków bieli. Pani Mering żadnego nie dostrzegła, ale znalazła kompotierę z rubinowego szkła, litografię Landseera „Monarcha z Glen” i zjedzoną przez mole tygrysią skórę — na kiermasz staroci.
Nalegała, żeby nieszczęsny Baine zniósł je natychmiast.
— Zadziwiające, po prostu zadziwiające, jakie skarby można znaleźć na strychu — oświadczyła z entuzjazmem. — Nie uważa pan, panie Henry?
— Uhum — przytaknąłem ziewając.
— Obawiam się, że duch odszedł — odezwał się Baine, wchodząc znowu na strych. — Nasza dalsza obecność tylko go wystraszy.
— Macie całkowitą rację, Baine — przyznała pani Mering i wreszcie mogliśmy iść spać.
Bałem się, że Cyryl znowu zacznie chrapać, kiedy szliśmy korytarzem, ale z mojego pokoju nie dochodził żaden dźwięk. Cyryl i Księżniczka Ardżumand siedzieli sztywno wyprostowani na środku łóżka, tocząc nos w nos (to, co u Cyryla uchodziło za nos) pojedynek spojrzeń.
— Nie patrzeć — ostrzegłem, zdejmując szlafrok i wpełzając do łóżka. — Nie chrapać. Nie rozpychać się.
Nie wykonały żadnej z wyżej wymienionych czynności. Natomiast zaczęły chodzić dookoła łóżka, obwąchując sobie nawzajem ogony (w przypadku Cyryla to, co uchodziło za ogon) i mierząc się groźnym wzrokiem.
— Leżeć — syknąłem, a potem wpatrywałem się w ciemność, martwiłem się, co dalej robić, i rozmyślałem o przypadkowym bombardowaniu Londynu.
To miało sens, że tam był punkt krytyczny. W grę wchodziły tylko dwa samoloty i niewiele było trzeba, żeby zmienić bieg wypadków. Samoloty mogły zauważyć jakiś punkt orientacyjny i określić swoje położenie, albo mogły zrzucić bomby na pole z dyniami czy do kanału, albo mogła je strącić artyleria przeciwlotnicza. Albo coś jeszcze mniejszego, jakieś drobne zdarzenie, o którym nikt nie wiedział. To był chaotyczny system.
Więc nie wiadomo było, co mamy robić, a czego nie robić i jak to wpłynie na małżeństwo Terence’a z Maud.
Cyryl i Księżniczka Ardżumand ciągle chodzili dookoła łóżka.
— Leżeć — rozkazałem i Cyryl, o dziwo, zwalił mi się na stopy. Księżniczka Ardżumand podeszła do niego, usiadła przy jego głowie i zręcznie trzepnęła go w nos.
Cyryl usiadł z obrażoną miną, a Księżniczka Ardżumand rozłożyła się na jego miejscu.
Gdybyż to było takie proste. Akcja i reakcja. Przyczyna i skutek. Ale w chaotycznym systemie działania nie zawsze doprowadzają do zamierzonych skutków.
Weźmy list, który próbowałem spalić dzisiaj wieczorem. Albo okręt wojenny „Nevada”. W pierwszej fali ataku na Pearl Harbor został uszkodzony, ale nie zatopiony, więc podniósł ciśnienie w kotłach i próbował wydostać się z zatoki, żeby zyskać pole do manewru. W rezultacie o mało nie zatonął w kanale, gdzie zablokowałby wyjście z zatoki na długie miesiące.
Z drugiej strony technik radarowy w stacji Opana zadzwonił do swojego oficera przełożonego o 7.05 rano, prawie pięćdziesiąt minut przed atakiem na Pearl Harbor, i zameldował wielką ilość niezidentyfikowanych samolotów nadlatujących z północy. Oficer kazał mu je zignorować, to nic ważnego, i wrócił do łóżka.
No i Wheeler Field, gdzie zaparkowano wszystkie samoloty na środku, żeby je uchronić przed sabotażem. A japońskim Zerom wystarczyło dokładnie dwie i pół minuty, żeby wszystkie zniszczyć.
Wprawdzie motto lady Schrapnell brzmiało: „Bóg jest w szczegółach”, do mnie jednak bardziej przemawiało: „I tak źle, i tak niedobrze”
Ciągle jeszcze rozmyślałem o Pearl Harbor, kiedy zszedłem śniadanie. Tossie stała przy kredensie, trzymając Księżniczkę Ardżumand, zdejmowała po kolei pokrywy ze srebrnych półmisków i przykrywała je z niezadowoloną miną.
Po raz pierwszy poczułem do niej odrobinę sympatii. Biedne stworzenie, skazane na życie wśród błahostek i obrzydliwe śniadania. Nie wolno iść do szkoły, nie wolno robić nic pożytecznego, a na dodatek pasztet z węgorza. Właśnie pomyślałem, że zbyt surowo ją oceniałem, kiedy trzasnęła pokrywą z wyszczerzonym wilkiem, podniosła srebrny dzwonek stojący obok i zadzwoniła gwałtownie.
Baine zjawił się po chwili, z naręczem kokosów w objęciach i sztuką purpurowego flagowego materiału przewieszoną przez ramię.
— Tak, panienko?
— Dlaczego dzisiaj nie ma ryby na śniadanie? — zapytała Tossie.
— Pani Posey jest zajęta przygotowaniem ciast i przekąsek na jutrzejszy festyn — wyjaśnił Baine. — Powiedziałem jej, że cztery gorące dania wystarczą.
— No więc nie wystarczą — warknęła Tossie.
Weszła Jane ze stosem pokrowców na meble, dygnęła przed Tossie i zatrajkotała pospiesznie:
— Przepraszam panienkę. Panie Baine, przyszli ludzie z namiotem na herbatę, a lokaj panny Stiggins chce wiedzieć, gdzie postawić dodatkowe krzesła.
— Dziękuję, Jane — odparł Baine. — Powiedz im, że zaraz przyjdę.
— Tak, sorr — powiedziała Jane, dygnęła i wybiegła.
— Życzę sobie pstrąga z rusztu na śniadanie. Skoro pani Posey jest zajęta, wy go przygotujecie — rozkazała Tossie i na miejscu Baine’a walnąłbym ją kokosem.
Baine tylko spojrzał na nią twardo, wyraźnie próbując zachować pokerową twarz, i powiedział:
— Jak panienka sobie życzy. — Popatrzył na Księżniczkę Ardżumand. — Jeśli wolno mi powiedzieć, panienko, zachęcanie kotki do jedzenia ryb nie wyjdzie jej na dobre. Gdyby tylko…
— Nie pozwoliłam wam mówić — przerwała mu władczo Tossie. — Jesteście sługą. Natychmiast przynieście mi pstrąga z rusztu.
— Jak panienka sobie życzy — mruknął Baine i ruszył do drzwi, żonglując kokosami, żeby ich nie upuścić.
— Macie go podać na srebrnym półmisku — zawołała za nim Tossie — I uwiążcie tego okropnego psa Terence’a. Dzisiaj rano próbował gonić moją kochaną Dziudziu.