To przesądzało sprawę. Nie mogłem pozwolić, żeby Tossie wyszła za Terence’a, i do diabła z naruszaniem kontinuum. Wszechświat w którym Cyryl (i Baine) musieli to znosić, nie był wart zachodu.
Pobiegłem na górę do pokoju profesora Peddicka. Nie było go ale w jego pokoju zastałem Terence’a. Golił się.
— Tak się zastanawiam — zacząłem, obserwując z fascynacja jak Terence namydla pędzlem twarz. — Profesor Peddick wyjechał z Oksfordu już trzy dni temu i jeszcze nie byliśmy w Runnymede. Może pojedziemy tam dzisiaj, a potem jutro wrócimy do Oksfordu. No wiesz tutaj tylko przeszkadzamy, z tym kiermaszem staroci i w ogóle.
— Obiecałem pannie Mering, że zostanę i pomogę przy festynie — odparł Terence, skrobiąc policzek morderczo ostrą brzytwą. — Ona chce, żebym kierował Jazdą na Kucyku.
— Możemy go odwieźć do Oksfordu pociągiem dzisiaj po południu — zaproponowałem — i wrócić akurat na festyn. Siostra i bratanica profesora na pewno za nim tęsknią.
— Wysłał do nich telegram — odparł Terence, goląc podbródek.
— Ale może one przyjechały tylko na krótko — podsunąłem. — Szkoda, gdyby się z nimi rozminął.
Nie wydawał się przekonany.
— „Czas ucieka — postanowiłem użyć cytatu — i szansa, raz utracona, nigdy już nie wraca”.
— Prawda — przyznał Terence, beztrosko przesuwając ostrzem po swojej grdyce. — Ale osoby w rodzaju krewnych profesora Peddicka zawsze zostają przez wieczność. — Starł ręcznikiem resztki mydła — Bratanica w sinych pończochach pewnie rozpoczęła kampanię na rzecz uczelni dla kobiet albo prawa głosu, albo czegoś innego, i zostaną w Oksfordzie na cały trymestr. Nowoczesne dziewczęta! Dzięki niebiosom, że panna Mering jest staromodną dziewczyną, skromną i nieśmiałą, i „słodką jak rosa na cierniu mlecznobiałym, jak dreszcz radości w sercu oniemiałym”.
To było beznadziejne, ale próbowałem jeszcze przez kilka minut, a potem poszedłem popracować nad profesorem Peddickiem.
Nie dotarłem do niego. Pani Mering osaczyła mnie w drodze do sadzawki i zażądała, żebym rozwiesił plakaty w wiosce, co zajęło mi czas prawie do południa.
Na trawniku przed domem stała na drabinie Verity i zawieszała chińskie lampiony pomiędzy straganami, które zbijali robotnicy.
— Udało ci się z pamiętnikiem?
— Nie — odparła niezadowolona. — Przeszukałam każdą szparkę i każdą falbankę w jej pokoju, i nic. — Zeszła z drabiny. — Udało ci się z Terence’em?
Pokręciłem głową.
— Gdzie on jest? — zapytałem, rozglądając się po straganach. — Chyba nie z Tossie?
— Nie — uspokoiła mnie Verity. — Pani Mering wysłała Terenem do Goring po nagrody do stawu wędkarskiego, a Tossie poszła do Chattisbourne’ów pożyczyć wstążkę do kapelusza. Zostanie tam na cale popołudnie.
— Z powodu wstążki? Przytaknęła.
— Powiedziałam jej, że potrzebuje specjalnego odcienia lila, coś pomiędzy fiołkiem a barwinkiem, z odrobiną lawendowego błękitu. A dziewczęta Chattisbourne’ów chcą się dowiedzieć wszystkiego o tobie. Oboje, Tossie i Terence, będą bezpiecznie zajęci aż do herbaty.
— Doskonale — stwierdziłem. — Po południu wezmę się za profesora Peddicka.
— To absolutnie wykluczone! — oświadczyła pani Mering głosem tak podobnym do głosu lady Schrapnell, że mało nie dostałem ataku serca. — Festyn jest jutro! Do tej pory muszą mi dostarczyć kryształową kulę!
Podniosłem lampion, żeby wyglądać na zajętego, i przez stragan wyrobami wełnianymi zajrzałem do niewykończonej budki wróżki. Robotnik w surducie, cylindrze i rzeźnickim fartuchu kulił się przy swoim wozie.
— Firma Felpham i Muncaster bardzo przeprasza za ewentualne niedogodności — bąkał pokornym tonem — i dołoży wszelkich starań…
— Niedogodności! — prychnęła pani Mering. — Próbujemy zebrać pieniądze na fundusz odbudowy!
Wróciłem do Verity.
— Nie przysłali kryształowej kuli.
— Takie rzeczy należy przewidywać — odparła Verity ze złośliwym uśmiechem — — Jeśli chcesz złapać profesora Peddicka, lepiej się pośpiesz. On i Pułkownik wybierają się na ryby.
— Musicie ją dostarczyć dzisiaj do czwartej po południu — zagrzmiała Pani Mering.
— Ależ pani Mering…
— Punkt czwarta!
— Nie wiesz, gdzie jest profesor Peddick? — zapytałem Verity.
— Chyba w bibliotece — odparła, wzięła następny lampion i podkasała spódnicę, żeby wspiąć się na drabinę. — Przeglądał coś o bitwie pod Bannockburn. Zanim pójdziesz — zeszła jeden stopień z drabiny — przemyślałam to, co mówiłeś o Finchu, i miałeś rację. Ktoś taki nie utopiłby kota. — Przyłożyła dłoń do czoła. — Nie bardzo mogę zebrać myśli, kiedy jestem dyschronowana.
— Znam to uczucie — potwierdziłem.
— Ale nie wymyśliłam, co Finch tutaj robi — ciągnęła. — A ty?
Pokręciłem głową.
— Skoczę zobaczyć, czy biegła sądowa do czegoś doszła — zaproponowała Verity. — Spróbuję dowiedzieć się czegoś o Finchu. Pan Dunworthy nic mi nie powie, ale może coś wyciągnę od Warder.
Kiwnąłem głową i poszedłem szukać profesora Peddicka, obchodząc wielkim łukiem panią Mering, żeby znowu nie znalazła mi zajęcia.
Profesora nie było w bibliotece ani w salonie. Sprawdziłem w stajni, po czym zawróciłem do domu, żeby zapytać Jane, czy go nie widziała.
Byłem w połowie drogi, kiedy z drzwi dla służby wyszedł Finch razem z Jane. Powiedział coś do niej, a ona zachichotała, a potem stała uśmiechnięta i machała do niego fartuszkiem na pożegnanie.
Podszedłem do niej.
— Jane — zapytałem — co Finch tutaj robił?
— Przyniósł pierniki na jutrzejszy festyn — wyjaśniła, odprowadzając go tęsknym wzrokiem. — Szkoda, że on nie jest naszym kamerdynerem zamiast pana Baine’a. Pan Baine zawsze naskakuje na mnie, że nie czytam książek i że powinnam się rozwijać, jeśli nie chcę być pokojówką do końca życia, ale pan Finch zawsze jest taki miły, nigdy nie krytykuje, tylko rozmawia.
— O czym z tobą rozmawiał? — zagadnąłem, siląc się na niedbały ton.
— Och, o tym i owym. O jutrzejszym festynie, pytał, czy kupię los na loterii, i jak Księżniczka Ardżumand zginęła. Zwłaszcza interesował się Księżniczką Ardżumand, wypytywał mnie o nią.
— O Księżniczkę Ardżumand? — rzuciłem ostro. — Co mówił?
— Och, tylko jak to dobrze, że nie utonęła, i czy miała kiedyś kocięta, panna Stiggins mówi, że to taka ładna kotka, chciałaby wziąć jednego kociaka, i czy zawsze jest z panną Mering, czy czasami włóczy się samotnie, takie rzeczy.
— Chciał ją zobaczyć?
— Chciał — potwierdziła Jane — ale nie mogłam jej znaleźć. Powiedziałam mu, że pewnie jest nad sadzawką i próbuje złowić złote rybki pułkownika. — Nagle jakby uświadomiła sobie, z kim rozmawia. — Ja niczego złego nie zrobiłam, żem z nim rozmawiała, prawda, sorr? Pracowaliśmy przez cały czas.
— Nie, ależ skąd — uspokoiłem ją. — Pytałem tylko, bo myślałem, że przyniósł gablotkę osobliwości na kiermasz staroci.
— Nie, sorr — odparła Jane. — Tylko pierniki.
— Och — mruknąłem i ruszyłem w stronę sadzawki, najpierw normalnym krokiem, dopóki Jane mnie widziała, a potem galopem. Verity miała rację. Finch czyhał na życie Księżniczki Ardżumand.
Przebiegłem przez trawnik, gdzie pani Mering wciąż wrzeszczała na robotnika, obok miejsca, gdzie wcześniej Verity zawieszała chińskie lampiony. Drabina wciąż tam stała, ale Verity znikła; pewnie już przeskoczyła do Oksfordu.