Minąłem zarośla bzu, obiegłem belwederek i wpadłem na ścieżkę prowadzącą wzdłuż rzeki. Nigdzie nie widziałem ani śladu Księżniczki Ardżumand czy jej potencjalnych morderców i znowu sobie uświadomiłem, jak wielką różnicę może stanowić kilka minut.
— Księżniczko Ardżumand! — zawołałem i przebiegłem przez ogród kwiatowy do skalnego ogródka.
Sadzawka znajdowała się pośrodku skalnego ogródka, obudowana cegłami i porośnięta liliami wodnymi. Obok sadzawki siedział Cyryl, a na ceglanym murku przysiadła Księżniczka Ardżumand i delikatnie zanurzała łapkę w wodzie.
— Przestań — rozkazałem, a Cyryl podskoczył i zrobił minę winowajcy.
Księżniczka Ardżumand dalej spokojnie gmerała łapką w wodzie, jakby łowiła na błyszczkę.
— No dobrze, wy dwoje, jesteście aresztowani — rzuciłem. — Idziemy.
Złapałem Księżniczkę Ardżumand i ruszyłem do domu. Cyryl dreptał za mną ze zwieszoną głową.
— Powinieneś się wstydzić — skarciłem go. — Pozwalasz, żeby cię wciągnęła w przestępczą działalność. Wiesz, co by się z tobą stało, gdyby Baine cię przyłapał? — I dostrzegłem błysk sieci obok belwederku.
Rozejrzałem się niespokojnie z nadzieją, że w pobliżu nie ma ni kogo innego. Sieć zaczęła lśnić, a Cyryl odskoczył i cofał się warcząc.
Verity wyłoniła się obok belwederku i rozejrzała się dookoła.
— Ned! — zawołała na mój widok. — Jak miło, że wyszedłeś mnie spotkać.
— Czego się dowiedziałaś? — zapytałem.
— I przyprowadziłeś Cyryla — ciągnęła, klepiąc go po łbie. — I kochaną-kochaną Dziudziu — zagruchała, odebrała mi kotkę i przytuliła ją czule. Zaczęła bawić się kocimi łapkami, a Księżniczka Ardżumand na niby atakowała jej palce. — Jak biedna kiciunia może wytsymać, ze pani do niej gawozy jak do niemowlaka? Podlap ją za to, podlap panią, kiciuniu.
— Verity, dobrze się czujesz? — zapytałem.
— Doskonale — zapewniła, wciąż bawiąc się z Księżniczką Ardżumand w koci-koci-łapci. — Gdzie jest Terence? Muszę mu powiedzieć, że nie może kochać się w Tossie, ponieważ zagrożony jest los wolnego świata. W dodatku — zniżyła głos do scenicznego szeptu — ona oszukuje w krokiecie.
— Ile skoków zrobiłaś? — zapytałem surowo. Verity zmarszczyła brwi.
— Szesnaście. Nie, osiem. Dwanaście. — Zerknęła na mnie. — Wiesz, to nie fair.
— Co takiego? — zdziwiłem się.
— Twój słomkowy kapelusz. Wyglądasz w nim jak lord Peter Wunsey, zwłaszcza kiedy nasuniesz go na czoło. — Ruszyła przez trawnik.
Odebrałem jej Księżniczkę Ardżumand, postawiłem kota na ziemi i złapałem Verity za ramię.
— Muszę znaleźć Tossie — oświadczyła. — Mam jej kilka słów do powiedzenia.
— Nie najlepszy pomysł — sprzeciwiłem się. — Usiądźmy na chwilę. W belwederku.
Zaprowadziłem ją do altany. Potulnie poszła za mną.
— Kiedy cię zobaczyłam pierwszy raz, pomyślałam: on wygląda zupełnie jak lord Peter Wimsey. Nosiłeś ten kapelusz i… nie, to nie pierwszy raz — rzuciła oskarżycielskim tonem. — Pierwszy raz był w gabinecie pana Dunworthy’ego i cały byłeś umazany sadzą. Ale wyglądałeś zachwycająco, chociaż usta ci się nie domykały. — Przyjrzała mi się krytycznie. — Miałeś wąsy?
— Nie — odparłem, prowadząc ją po stopniach belwederku. — Teraz opowiedz mi dokładnie, co się stało w Oksfordzie. Dlaczego zrobiłaś dwanaście skoków?
— Siedem — sprostowała. — T.J. chciał przetestować poślizg przy skokach do maja i sierpnia 1888 roku. Szuka najbliższego otoczenia radykalnie zwiększonych poślizgów — mówiła już bardziej logicznie, a ja pomyślałem, że dyschronia stanowi tylko przejściowy objaw. — Mówił, że nasza niekongruencja nie pasuje do schematu — ciągnęła Verity. — Wokół ogniska powinien wystąpić obszar umiarkowanie zwiększonego poślizgu. Wiesz, dlaczego Napoleon przegrał bitwę pod Waterloo? Lało. Jak z cebra.
Niestety, wcale nie przejściowy.
— Dlaczego T.J. wysłał cię na te wszystkie skoki? — zapytałem. — Dlaczego nie wysłał Carruthersa?
— Nie mogli go wydostać.
— Nie, to rekruta nie mogli wydostać — sprostowałem. Gwałtownie potrząsnęła głową.
— Carruthersa.
Nie wiedziałem, czy mówiła prawdę, czy coś pokręciła. I czy mówimy o tym samym — na skutek trudności w rozróżnianiu dźwięków, zaburzeń wzroku oraz ak-ak karabinów maszynowych łomoczących w jej uszach mogła prowadzić całkowicie inną rozmowę.
— Verity, muszę cię zabrać… — Dokąd? Potrzebowała snu, ale nie miałem szans przeprowadzić jej przez pole minowe pomiędzy belwederkiem a domem. Wielebny pan Arbitage będzie na trawniku nadzorował służących, pani Mering będzie nadzorowała wielebnego pana Arbitage, a Tossie mogła wrócić wcześniej od Chattisbourne’ów szukać frajerów do meczu krokieta.
Stajnia? Nie, po drodze musielibyśmy przeciąć róg trawnika. Najlepiej chyba zostać tutaj, w belwederku, i nakłonić Verity, żeby położyła się na ławce.
— A co jest złego w Wielkim Planie, chciałbym wiedzieć? — rozległ się głos profesora Peddicka od strony sadzawki. — Oczywiście Overforce nie potrafi sobie wyobrazić Wielkiego Planu. On planuje tylko jak wytresować psa, żeby skakał z drzew na niewinnych przechodniów.
— Chodź, Verity — powiedziałem i pomogłem jej się podnieść. Nie możemy tutaj zostać.
— Dokąd idziemy? — zapytała. — Chyba nie na kiermasz staroci? Nie znoszę kiermaszów. Nie znoszę muszelek, frędzelków, haftów, wolut, frywolitek i tych koralików, które wszędzie wtykają. Dlaczego nie wystarczy im tyle, ile trzeba?
— Nie dostrzegamy planu, ponieważ jesteśmy jego częścią — perorował znacznie bliższy głos profesora Peddicka. — Czy nić na krośnie dostrzega wzór tkaniny? Czy żołnierz dostrzega strategię bitwy, w której walczy?
Pospiesznie wyprowadziłem Verity z belwederku i zaciągnąłem za krzaki bzu.
— Chodź — powiedziałem i wziąłem ją za rękę jak dziecko. — Musimy iść. Tędy.
Zaprowadziłem ją ścieżką nad rzekę. Towarzyszyli nam Cyryl i Księżniczka Ardżumand, która ocierała się nam o nogi i opóźniała tempo marszu.
— Cyryl — szepnąłem — idź poszukać Terence’a.
— Dobry pomysł — pochwaliła mnie Verity. — Terence’owi też mam parę słów do powiedzenia. „Terence — powiem mu — jak możesz zakochać się w osobie, która nienawidzi twojego psa?”
Dotarliśmy do ścieżki holowniczej.
— Szsz — syknąłem, nadsłuchując głosu profesora Peddicka.
— Poprzez sztukę, poprzez historię dostrzegamy drobne fragmenty Wielkiego Planu — mówił jakby z większej odległości. — Lecz tylko na krótką chwilę. „Gdyż niezbadane Jego dzieła i niepojęte Jego drogi”. — Głos przycichał, widocznie szli w stronę domu.
— Założę się, że Maud Peddick uwielbia psy — powiedziała Verity — To urocza dziewczyna. Nie prowadzi pamiętnika, jest patriotką.
Na przystani nikogo nie było. Szybko pociągnąłem Verity nad rzekę.
— Od jej imienia nazwano poemat — mówiła Verity. — „Maud, pójdź do ogrodu, czekam samotnie przy bramie”. Tennyson. Terence uwielbia cytować Tennysona. Kiedy Maud Peddick krzyczy, założę się, że to prawdziwy wrzask, a nie dziecinne okrzyczki. Och, popłyniemy łódką?
— Tak. — Pomogłem jej wejść do łodzi. — Siadaj.
Stanęła na rufie, chwiejąc się lekko i spoglądając tęsknie na rzekę.
— Lord Peter zabrał Harriet na przejażdżkę łódką — oznajmiła — Karmili kaczki. My też będziemy karmić kaczki?