— Porozmawiamy o tym później — zaproponowałem, poklepując poduszkę. — Teraz się kładź.
Znowu się położyła.
— A jednak to było romantyczne, oświadczyny po łacinie. Chyba kapelusz przesądził sprawę. Siedziała i patrzyła, jak spał, i wyglądał tak przystojnie w swoim słomkowym kapeluszu. I ten wąs. Trochę krzywy, wiedziałeś?
— Tak. — Zdjąłem blezer i narzuciłem jej na ramiona. — Zamknij oczy i śpij.
— Będziesz czuwał nad moim snem?
— Będę czuwał nad twoim snem — obiecałem.
— To dobrze — westchnęła i zamknęła oczy. Upłynęło kilka minut.
— Możesz zdjąć ten kapelusz? — poprosiła sennie Verity.
— Oczywiście — uśmiechnąłem się.
Położyłem kapelusz obok siebie na ławce. Verity zwinęła się w kłębek na boku, podłożyła dłoń pod policzek i zamknęła oczy.
— Nie pomogło — wymamrotała.
Cyryl rozłożył się na dnie łodzi, a Księżniczka Ardżumand przysiadła mi na ramieniu jak papuga i zaczęła mruczeć.
Spojrzałem na Verity. Miała cienie pod oczami i uświadomiłem sobie, że przez ostatnie dwa dni wcale nie spała więcej ode mnie: wykonywała skoki o różnych porach, planowała strategie, spędzała nie wiadomo ile czasu w Oksfordzie, wyszukiwała potomków Terence’a i rozmawiała z biegłą sądową. Biedactwo.
Cyryl i Księżniczka Ardżumand zasnęli. Pochyliłem się do przodu oparłem łokieć na kolanie i policzek na dłoni.
Czuwałem nad snem Verity.
Odpoczywałem przy tym prawie tak samo, jakbym sam spał. Łódź kołysała się lekko, słońce przesiewało przez liście migotliwe blaski i cienie. Verity spała cicho, spokojnie, z twarzą gładką i odprężoną w spoczynku.
I musiałem stawić czoło prawdzie. Choćbym nie wiadomo jak długo spał albo ona nie spała, zawsze pozostanie dla mnie najadą. Nawet kiedy tak leżała z zamkniętymi brązowozielonymi oczami i rozchylonymi ustami, śliniąc się lekko na wilgotną poduszkę, wciąż była najpiękniejszą istotą, jaką widziałem w życiu.
— „Ona ma cudną twarz” — mruknąłem i w przeciwieństwie do Terence’a uznałem, że to doskonały opis.
W pewnej chwili sam przysnąłem i widocznie głowa mi opadła. Łokieć zsunął mi się z kolana i wyprostowałem się gwałtownie.
Księżniczka Ardżumand na moim ramieniu miauknęła zirytowana i zeskoczyła na ławkę obok mnie.
Verity i Cyryl ciągle spali. Księżniczka Ardżumand ziewnęła szeroko, przeciągnęła się, podeszła do burty i spojrzała w wodę. Przycupnęła na okrężnicy i delikatnie zanurzyła w wodzie białą łapkę.
Smugi słonecznego blasku wpadały teraz przez wierzbowe gałęzie pod większym kątem i przybrały złocisty odcień. Wyciągnąłem kieszonkowy zegarek i otwarłem go z trzaskiem. Wpół do IV. Powinniśmy wracać, zanim zaczną nas szukać. Jeśli już nas nie szukali.
Wcale nie chciałem budzić Verity. Wyglądała tak spokojnie pogrążona we śnie, z lekkim uśmiechem na ustach, jakby śniła coś przyjemnego.
— Verity — powiedziałem cicho i pochyliłem się, żeby dotknąć jej ramienia.
Rozległ się plusk. Skoczyłem do burty.
— Księżniczko Ardżumand! — zawołałem, a Cyryl usiadł ze zdumioną miną.
Nigdzie nie było ani śladu kota. Przechyliłem się przez okrężnicę, podwinąwszy rękaw.
— Księżniczko Ardżumand!
Zanurzyłem ramię głęboko w wodzie i próbowałem ją odnaleźć po omacku.
— Ty nie utoniesz! Słyszysz? Przecież ryzykowaliśmy cały wszechświat, żeby cię uratować! — zawołałem, a ona wynurzyła się na powierzchnię i zaczęła płynąć w stronę łodzi. Mokra sierść oblepiała jej głowę.
Chwyciłem ją za skórę na karku i wciągnąłem na pokład. Wyglądała jak utopiony szczur. Cyryl przyglądał jej się z zainteresowaniem i, jak mi się zdawało, z przyjemnością.
Próbowałem ją osuszyć chustką do nosa, która w oczywisty sposób nie wystarczała. Zajrzałem pod dziób w poszukiwaniu koca albo dywanika, ale niczego nie znalazłem. Musiałem wykorzystać swój blezer.
Zdjąłem go ostrożnie z ramion Verity, zawinąłem w niego Księżniczkę Ardżumand i zacząłem ją wycierać.
— Zginiesz przez te ryby, wiesz o tym, prawda? — zagadnąłem, wycierając jej grzbiet i ogon. — Koty mają tylko dziewięć żywotów, a ty już zużyłaś sześć, o ile mi wiadomo. — Osuszyłem jej ogon. — Powinnaś się przerzucić na bezpieczniejszy nałóg, na przykład palenie.
Księżniczka Ardżumand zaczęła się wyrywać.
— Jeszcze nie jesteś sucha — powiedziałem i dalej ją wycierałem.
Wciąż się wyrywała, więc po chwili odwinąłem ją z blezera i wypuściłem. Przemaszerowała obok Cyryla z dość wątpliwą godnością, wskoczyła na środek ławki, usiadła i zaczęła się wylizywać.
Rozwiesiłem blezer na dziobie, żeby wysechł, i znowu spojrzałem na zegarek. Za kwadrans IV. Musiałem obudzić Verity, chociaż najwyraźniej umarła dla świata, skoro nie rozbudziło jej niedawne zamieszanie. Z trzaskiem zamknąłem kopertę zegarka.
Verity otworzyła oczy.
— Ned — odezwała się sennym głosem. — Czy ja spałam?
— Tak. Lepiej się czujesz?
— Lepiej? — powtórzyła niejasno. — Ja… co się stało? — Usiadła. Pamiętam przeskok i… — Szeroko otwarła oczy. — Byłam dyschronowana, prawda? Zrobiłam te wszystkie skoki do maja i sierpnia. — Przyłożyła rękę do czoła. — Bardzo byłam okropna?
Wyszczerzyłem zęby.
— Najgorszy przypadek, jaki widziałem w życiu. Nie pamiętasz?
— Prawie wcale — wyznała. — Wszystko jest jakieś zamazane, a w tle coś wyło jak syrena…
— Syrena alarmowa — potwierdziłem. — Tak, i jakieś rzężenie, prychanie…
— Cyryl — wyjaśniłem. Kiwnęła głową.
— Gdzie jesteśmy? — zapytała, patrząc na wierzby i na wodę.
— Jakąś milę powyżej Muchings End. W takim stanie nie powinnaś była pokazywać się ludziom na oczy, dopóki się nie przespałaś. Teraz ci lepiej?
— Uhum — mruknęła i przeciągnęła się. — Dlaczego Księżniczka Ardżumand jest cała mokra?
— Wpadła do rzeki, kiedy łowiła ryby — wyjaśniłem.
— Och — ziewnęła Verity.
— Na pewno ci lepiej? — zatroskałem się.
— Tak. Dużo lepiej.
— To dobrze — odetchnąłem i odczepiłem cumę. — Musimy wracać. Już prawie czas na herbatę.
Wziąłem wiosła i wyprowadziłem łódkę spod wierzbowych gałęzi na rzekę.
— Dziękuję ci — powiedziała Verity. — Chyba byłam w kiepskim stanie. Nie mówiłam nic zdrożnego?
— Tylko że Napoleon przegrał bitwę pod Waterloo z powodu hemoroidów — powiedziałem, wiosłując z prądem. — Teoria, nawiasem mówiąc, której nie radzę ujawniać przed profesorem Peddickiem i pułkownikiem.
Parsknęła śmiechem.
— Nic dziwnego, że musiałeś mnie porwać. Mówiłam ci, co T.J. robi z bitwą pod Waterloo?
— Niezupełnie.
— Przeprowadza niekongruentne symulacje bitwy — oznajmiła. — Bitwa pod Waterloo została przeanalizowana w mikroskopijnych szczegółach. Drobiazgową symulację komputerową bitwy wykonano w latach dwudziestych. — Nachyliła się do przodu. — T.J. posługuje się tym modelem i wprowadza niekongruencje, które mogą zmienić bieg wydarzeń. No wiesz, gdyby tak Napoleon wysłał do Neya czytelną wiadomość zamiast nieczytelnej? Gdyby d’Erlon został ranny?
— Gdyby Napoleon nie miał hemoroidów?
Potrząsnęła głową.
— Tylko takie rzeczy, które może zrobić historyk — wyjaśniła — jak, podmiana wiadomości albo strzał z muszkietu. A potem porównuje konfigurację poślizgu z naszą niekongruencją.