Выбрать главу

— No i?

— Dopiero zaczął — broniła się — i to tylko teoria. — Co znaczyło że nie chce mi powiedzieć.

— Dowiedziałaś się od Warder, ile było poślizgu przy twoim skoku?

— Tak — przyznała. — Dziewięć minut. Dziewięć minut.

— A te skoki, które zrobiłaś do maja i sierpnia?

— Różnie. Przeciętna wynosiła szesnaście minut. To się zgadza z poprzednimi skokami do epoki wiktoriańskiej.

Zbliżaliśmy się do Muchings End. Wyciągnąłem kieszonkowy zegarek i sprawdziłem godzinę.

— Powinniśmy zdążyć na herbatę — oświadczyłem — więc może nie będą nas wypytywać. Jeśli będą, popłynęliśmy do Streatley ustawić drogowskazy na kiermasz staroci.

Naciągnąłem wilgotny blezer, a Verity przygładziła włosy i nałożyła kapelusz.

Szesnaście minut, a przy skoku Verity dziewięć. Nawet gdyby jej skok miał przeciętny poślizg, przeszłaby za późno albo za wcześnie, żeby uratować kota i wywołać niekongruencję. A przy dziewięciu minutach poślizg oczywiście nie osiągnął granicy. Więc dlaczego sieć nie rozciągnęła poślizgu do przeciętnej długości? Albo nie zamknęła się z hukiem, zanim powstała niekongruencją? I dlaczego zamknęła się teraz, przed Carruthersem?

Do przystani zostało nam tylko kilkaset jardów.

— Przy odrobinie szczęścia nikt nawet nie zauważy, że pływaliśmy łódką — powiedziałem i mocniej naparłem na wiosła.

— Nasze szczęście chyba się skończyło — zauważyła Verity. Okręciłem się na ławce. Tossie i Terence zbiegali nad rzekę, machając do nas.

— Och, kuzynko, nigdy nie zgadniesz, co się stało! — wykrzyknęła Tossie. — Pan St. Trewes i ja jesteśmy zaręczeni!

ROZDZIAŁ SZESNASTY

… zdaje się że nie mają żadnych określonych zasad gry: a nawet gdyby istniały jakieś, to nikt się do nich nie stosuje… i nie masz pojęcia, ile zamieszania wprowadza to, że te wszystkie rzeczy są żywe.

„Alicja w Krainie Czarów”
Szansa na deszcz — Następny łabędź — Co ludzie kupują na kiermaszach staroci — Numery trzy, siedem, trzynaście, czternaście i dwadzieścia osiem — Wywróżono mi przyszłość — Rzeczy Nie Są Takie, Jakie Się Wydają — Odchodzę na Tamten Świat — Bitwa pod Waterloo — Znaczenie porządnego charakteru pisma — Fatalny dzień — Numer piętnaście — Plan — Niespodziewana wizyta

— To nie twoja wina — powiedziała Verity następnego dnia rano, kiedy układaliśmy rzeczy na straganie ze starociami. Dopiero teraz mieliśmy okazję porozmawiać po raz pierwszy od chwili ogłoszenia „radosnej nowiny”, jak to określiła pani Mering. — To moja wina — ciągnęła Verity, ustawiając porcelanowy sabot z wymalowanym biało-niebieskim wiatrakiem. — Nie powinnam pozwolić, żeby T.J. wysłał mnie na tyle skoków.

— Próbowałaś tylko znaleźć coś, żeby nam pomóc — odparłem, odwijając garnuszek do jajek. — To ja zostawiłem Terence’a i Tossie sam na sam. — Postawiłem garnuszek na ladzie. — I ja podsunąłem mu pomysł. Słyszałaś go wczoraj wieczorem. Nie oświadczyłby się, gdybym nie wygadywał tych bzdur o „uciekającym czasie” i „utraconej szansie”.

— Robiłeś tylko to, co ci kazałam — pocieszyła mnie Verity, otwierając japoński wachlarz. — „Skręć «Titanikiem», Ned — powiedziałam. „Nie martw się, nie wpadniemy na górę lodową”.

— Jeszcze nie gotowe? — zapytała pani Mering i oboje podskoczyliśmy — Już prawie czas rozpoczynać festyn.

— Zaraz skończymy — przyrzekła Verity, ustawiając wazę do zupy w kształcie liścia sałaty. Pani Mering spojrzała z niepokojem na zachmurzone niebo.

— O, panie Henry, chyba nie będzie padało, jak pan sądzi?

Skądże znowu, pomyślałem. Los się na mnie uwziął.

— Nie — mruknąłem, rozpakowując rycinę Paola i Franceski, następnej pary, którą spotkał marny koniec.

— O, to dobrze — powiedziała pani Mering, otrzepując z kurzu popiersie księcia Alberta. — O, idzie pan St. Trewes. Muszę z nim pomówić o Jazdach na Kucyku.

Patrzyłem z zainteresowaniem, jak rzuciła się na Terence’a. Miała na sobie błękitną suknię na garden party, ze wszystkimi nieuniknionymi wiktoriańskimi bufkami, falbankami, rozetkami i koronkowymi wstawkami, ale na wierzch narzuciła powłóczystą szatę w czerwone, żółte i purpurowe pasy, a na głowę nałożyła szeroką aksamitną opaskę, za którą zatknęła duże strusie pióro.

— Ona jest wróżką — wyjaśniła Verity, kładąc nożyce krawieckie w kształcie czapli. — Kiedy mi powróży, zapytam ją, gdzie jest strusia noga biskupa.

— Równie dobrze może być tutaj — zauważyłem, szukając wolnego miejsca na banjo wdowy Wallace. — Pasowałaby idealnie.

Verity spojrzała na kolekcję przedmiotów na ladzie.

— Rzeczywiście to straszne rupiecie — stwierdziła, dokładając do tego bałaganu bindę na wąsy.

Spojrzałem krytycznie na ladę.

— Jeszcze czegoś brakuje — oceniłem. Podszedłem do straganu Tossie, ściągnąłem wycieraczkę do piór i wetknąłem ją pomiędzy przycisk do papierów a komplet ołowianych żołnierzyków. — Teraz wszystko jest idealnie.

— Oprócz zaręczyn Tossie i Terence’a — odparła Verity. — Nie powinnam była zakładać, że ona zostanie u Chattisbourne’ów przez całe popołudnie.

— Pytanie brzmi — powiedziałem — nie czyja to wina, że się zaręczyli, ale co teraz zrobimy.

— No więc co zrobimy? — zapytała Verity, przestawiając parę figurek Arlekina i Kolombiny.

— Może Terence wyśpi się porządnie, opamięta się i dojdzie o wniosku, że popełnił straszny błąd.

Potrząsnęła głową.

— To nie pomoże. W czasach wiktoriańskich zaręczyny traktowano prawie równie poważnie jak małżeństwo. Dżentelmen nie mógł tak zwyczajnie zerwać zaręczyn bez okropnego skandalu. Terence nie ma szans, żeby się wykręcić, chyba że Tossie sama z nim zerwie.

— Więc musi poznać pana C. — podjąłem. — Więc musimy się dowiedzieć, kim on jest, im szybciej, tym lepiej.

— Więc jedno z nas musi zameldować się u pana Dunworthy’ego i sprawdzić, czy biegła sądowa już odcyfrowała jego nazwisko.

— Ja to załatwię — oznajmiłem stanowczo.

— A jeśli lady Schrapnell cię złapie?

— Zaryzykuję — odparłem. — Ty nigdzie nie przeskoczysz.

— Chyba masz rację — przyznała, przykładając dłoń do czoła. — Jeszcze trochę pamiętam, co mówiłam wczoraj w łódce. — Odwróciła głowę. — Chcę, żebyś wiedział, że wygadywałam te wszystkie rzeczy o lordzie Peterze Wimseyu i twoim kapeluszu tylko z powodu dyschronii i zakłócenia równowagi hormonalnej, nie dlatego…

— Rozumiem — uciąłem. — A ja, kiedy jestem przy zdrowych zmysłach, nie postrzegam ciebie jako pięknej najady, która wciąga mnie coraz głębiej i głębiej w objęcia wodnej topieli. Zresztą — dodałem, szczerząc zęby — Hortensja Chattisbourne i ja już właściwie jesteśmy po słowie.

— Więc może kupisz jej prezent zaręczynowy — zaproponowała i podała mi ceramiczny przedmiot ozdobiony pozłacaną koronką, różowymi ceramicznymi goździkami oraz mnóstwem małych dziurek.

— Co to jest? — zapytałem.

— Nie mam pojęcia. Wiesz, że musisz coś kupić, prawda? Pani Bering nigdy ci nie wybaczy, jeśli ją zawiedziesz.

Podniosła wiklinowy koszyk w kształcie łabędzia.